Szereg mega techno obecności

z Mikołajem Robertem Jurkowskim, Jackiem Niegodą i Piotrem Wyrzykowskim – członkami C.U.K.T. (Centralnego Urzędu Kultury Technicznej) – rozmawia Agnieszka Pindera

 Sztuka to przestrzeń kultowa, lub nie ma sztuki

Kto stworzył C.U.K.T.?

 

Mikołaj Robert Jurkowski: Na początku było nas bardzo, bardzo, bardzo dużo. Chłopaków i dziewczyn. (Andrzej Awsiej, Anna Nizio, Marek Jabłoński, Paweł Paulus Mazur, Robert Mikołaj Jurkowski, Rafał Grabowski, Jacek Neuro Niegoda, Piotr Wyrzykowski, Peter Style, Adam Virus Popek, Artur Kozdrowski, Maciej Sienkiewicz, Rafał Ewertowski.) To był 1995 rok. Dużo pracowaliśmy, spotykaliśmy się codziennie, ustalaliśmy najbliższe plany. Podchodziliśmy z dużym poszanowaniem do indywidualnych projektów.

Czym był C.U.K.T., kolektywem artystycznym czy projektem?

Piotr Wyrzykowski: Strategią funkcjonowania, koncepcją. Niewątpliwie był też projektem artystycznym. Kolektywem tyle o ile... był raczej pomysłem na życie. Był w pewien sposób też (anty)instytucją. Próbą samoorganizacji.
Na początku nawet napisaliśmy olbrzymi projekt do miasta, chcąc powołać Centralny Urząd Kultury Technicznej na fortach w Gdańsku. Była to jedna z prób by C.U.K.T zaistniał jako instytucja, czy raczej parainstytucja.

MRJ: Właściwie po raz pierwszy połączyliśmy biznes, który wówczas mieścił się w fortach,  z trzema organizacjami pozarządowymi. Mieliśmy opracowaną strategię działania na co najmniej 5 lat.

PW: W rezultacie projekt się nie powiódł. Później wszystko się zupełnie inaczej potoczyło.

Przed C.U.K.T.-em mieliśmy z Mikołajem kilka innych wspólnych projektów. Najważniejszym było działanie w galerii Chwilowej w Koninie, prowadzonej przez Arka Woźniaka, które nazywało się: Sto dwadzieścia godzin mega techno obecności. Sztuka to przestrzeń kultowa, lub nie ma sztuki (1994). Polegało to na tym, że zmieniliśmy galerię w klub nocny. Ja wcieliłem się w DJ-a, miksującego muzykę z kaset z wplecionymi przeróżnego typu cytatami słownymi, które miały działać na podświadomość. Cała przestrzeń była też zaaranżowana przez nas specjalnymi instalacjami przestrzennymi. A Mikołaj w białym smokingu witał gości przy drzwiach i oprowadzał jak po wystawie.

MRJ: Miejscowa publiczność szybko utożsamiła się z tym klubem. Gdy przerwaliśmy projekt po 100 godzinach ktoś podpalił to miejsce.

PW: Nie zgodził się z faktem, iż przestało istnieć. Ta galeria znajdowała się w piwnicach takiego typowego komunistycznego pasażu ze sklepami. To istotne, bo to był czas, gdy dużo przestrzeni zmieniało nagle swoje funkcje, i taka zmiana nikogo nie dziwiła. Nasza strategia zakładała, że nikt tam nie chodził i nie wyjaśniał faktu pojawienia się tam klubu czy dyskoteki, więc to było jakby celowe działanie. Wytworzenie właśnie tego, co nam się udało, czy nawet, co nas jakby przerosło. Kultowość, która się w pewnym momencie pojawiła, rzeczywiście spowodowała takie, powiedzmy, rytualne spalenie.

MRJ: Tam co wieczór tłum ludzi uczestniczył w konsumpcji sztuki. Zaczęły przyjeżdżać wycieczki pociągami z Piły, z Poznania, z Kutna. Przyjeżdżali jednymi, wyjeżdżali następnymi. Ci ludzie, a to zazwyczaj było ciekawe środowisko, młodzież, studenci; wnosili bardzo dużo w to osiedle komunistyczne, w ten Konin. To był pierwszy taki klub w tamtym regionie.

PW: Ważne jest to, że ten projekt wyznaczał naszą przyszłą strategię, która polegała na sprowadzeniu działania artystycznego do uczestnictwa, masowego widza, w pewien sposób nawet nieświadomego, postawionego przez nas w skonstruowanej specjalnie sytuacji, ukrycia dzieła sztuki, pozbawienia sztuki sztuczności.

MRJ: Negowaliśmy obieg sztuki, który w latach 90. przeradzał się w rynek sztuki. Stworzyliśmy coś innego, inną strategię w odpowiedzi na to wszystko, co gdzieś się działo. No i generalnie, nie boję się tego powiedzieć, to było bardzo polityczne, od początku do końca C.U.K.T. reagował na politykę.

Jacek Niegoda: Ja to trochę inaczej widzę. W latach 90. nie było żadnego rynku sztuki. Życie artystyczne było bardzo zinstytucjonalizowane. W tych instytucjach panowała wtedy dosyć duża wolność ze względu na poglądy ale nie ze względu na estetykę. Do tych instytucji zazwyczaj miała dostęp ograniczona grupa artystów. Średnio starszych artystów. Błaka, Libera, Klaman, Zofia Kulik. Z nami młodymi był problem. Obecnie to rynek sztuki napędza koniunkturę na młodych. Wtedy sytuacja wydawała się bardziej zabetonowana. Stąd pomysł na takie zbicie się w grupę, bo razem raźniej i stworzenie swojej instytucji a nawet więcej Urzędu. Nie dość, że Urzędu przez duże U to jeszcze Centralnego. Jak dzwoniliśmy i się przedstawialiśmy to u pracowników instytucji budziło pewną konsternację i niepewność czy ktoś z centrali, z Warszawy, aby nie dzwoni. Niestety współpraca z instytucjami wiązała się z bardzo małymi albo wręcz żadnymi honorariami. Stąd nasze próby łączenia sztuki z biznesem czyli tworzenie projektów w klubach muzycznych.

Dzień Sztuki

Jakie projekty C.U.K.T.-u wydają wam się dziś szczególnie ważne?

PW:Czyn dla miasta Bytowa (1996), to przezabawny projekt, który powstał na styku pomiędzy biurokracją (właściwie politykami miasta Bytowa), a naszą para-instytucją. Zawarliśmy oficjalną umowę z burmistrzem miasta, w której on przydzielił nam na naszą prośbę front robót. W normalnych godzinach od 8 do 16 wykonywaliśmy nieodpłatnie pracę. W zamian mieliśmy przydzielone miejsca do życia i jednorazowy posiłek.

MRJ: Tutaj też trzeba powiedzieć, że Bytów w tym czasie miał największy odsetek bezrobotnych w Polsce.

PW: To był początek takich działań... jak to się nazywało – interwencji społecznych... strategii społecznej do walki z bezrobociem.

JN: Chyba sztuki społecznie zaangażowanej. Realizując naszą pracę artystyczną chcieliśmy wykonać coś użytecznego i zaangażowanego. Jak powiedział Mikołaj nie stroniliśmy od polityki.

MRJ: Przystąpiliśmy do wykonywania tego frontu pracy... byli tam też ludzie z Urzędu Pracy, z którymi realizowaliśmy projekt (wywiady), a którzy byli przerażeni naszą wydajnością.

PW: To wszystko działo się podczas festiwalu sztuki performances IV Zamek Wyobraźni. To też zabawne, iż w pewien sposób, dla tej publiczności i tych artystów staliśmy się niewidoczni. W programie tego festiwalu było napisane, iż nasze działanie ma miejsce od 8:00 do 16:00 w tym i w tym miejscu, ale wszyscy twierdzili codziennie, że przecież tam nic się nie dzieje, nikogo nie ma, jacyś faceci pracują i tyle. W pewien sposób nasza strategia spowodowała, że staliśmy się po prostu niewidoczni dla oczu poszukujących sztuki. My remontowaliśmy przez trzy dni domki wypoczynkowe, a czwartego dnia malowaliśmy pasy na jezdni.

JN: Myślę, że to nie tylko kwestia niezauważalności ale również nieakceptowania, że można robić sztukę która po prostu jest tożsama z rzeczywistością. Dzisiaj to powszechnie usankcjonowana strategia, że zwykłe codzienne czynności jak chociażby praca fizyczna bez żadnych artystycznych komentarzy, udziwnień są sztuką.

Dodam jeszcze, że w czasie pracy słuchaliśmy Radia Maryja, którego dźwięk w tych remontowanych domkach był swoistym soundtrackiem dla naszej akcji. To były takie dwa dominujące elementy polityki tamtych czasów, kwestia bezrobocia, które również nas jako młodych artystów mocno dotykało i rosnąca rola konserwatywnych nastrojów. To był moment kiedy media coraz silniej naciskały na sztukę, również media wówczas mainstreamowe.

MRJ: W Bytowie nawiązaliśmy też kontakt z panem prowadzącym ośrodek Jeleń, w którym mieszkali artyści. Ostatniego dnia festiwalu wystawiliśmy tam Techno-Operę, na którą z Gdańska przyjechało wielu naszych fanów.

Opowiedzcie proszę o roli muzyki w waszych projektach?

PW: Na początku byliśmy wszyscy zaangażowani w przeróżne grupy tworzące muzykę,  przede wszystkim w oparciu o technologie cyfrowe. Było to w połowie lat 90., czyli w momencie gdy do Polski dotarło techno, jako nie tylko nowa stylistyka muzyczna, ale nowy styl bycia. Wybraliśmy zatem tę estetykę jako pewnego rodzaju opakowanie dla naszych ówczesnych poglądów.

Dlaczego wybór padł na techno?

PW: Było jakby tożsame z pewnymi, naszymi poglądami odnośnie użycia technologii. Jednocześnie miało dla nas znaczenie, że łączyło się ze zjawiskiem wielogodzinnych i masowych wydarzeń, przyciągających setki, tysiące ludzi. Na tym też polegała nasza Techno-Opera. Organizowaliśmy tego typu eventy, jako masowe, wielogodzinne performanse, w które wkomponowywaliśmy przeróżne elementy. Począwszy od najprostszych obiektów i instalacji, po działania niemalże podprogowe, gdy wplataliśmy zarówno w muzykę , jak i w obraz (projekcje wideo) przekazy słowne, tekstowe, wizualne.

MRJ: Powołaliśmy do życia nową techno- scenę w Gdańsku. Nagraliśmy też wtedy słynną płytę, która nigdy się nie ukazała.

PW: Nazywała się Witamina. Nie mam już niestety tej kasety dzisiaj. Przepadła.

 MRJ: Ja też nie mam.

JN: A ja mam hehe, ale nikomu nie pokażę.

PW: Łączyła się z tym wszystkim filozofia samplowania, miksowania, chęć wyzbycia się ikony idola popkultury. To wynikało również z naszej struktury wyzbycia się indywidualności na rzecz grupowej tożsamości. Celowo np. posługiwaliśmy się pseudonimami, podawaliśmy się za kogoś innego, celowo czasem wprowadzając w błąd osoby, które nas nie znały. Przy okazji budowania tej strategii wprowadziliśmy też własną biurokrację. Posiadaliśmy np. własne identyfikatory, kwestionariusze osobowe, przeprowadzaliśmy zebrania z głosowaniem.

JN: Zgadzam się, że głównym powodem zainteresowania kulturą techno był fakt, iż jej  podstawę stanowił sample. Próbowaliśmy wycinać z otoczenia pewne gotowe fragmenty by ich używać, a właściwie samplować w swoich akcjach. Tak samo było z obrazem, czy nawet z całą kulturą. Tak samo wykorzystywaliśmy fragmenty istniejących utworów muzycznych, jak wystąpień polityków, czy hymnów narodowych, fragmenty telewizyjnych programów informacyjnych i filmów science fiction. Byliśmy dj-ami i vj-ami kultury i rzeczywistości. Kultury, która była częścią tej rzeczywistości. Wtedy zatarła się granica pomiędzy nią i jej obrazem. Właściwie obraz i jego przekaz czyli media stały się rzeczywistością. Stąd takie płynne przechodzenie od akcji do muzyki, spektaklu, czy w końcu polityki.

MRJ: C.U.K.T. interesował się też tym co się działo w szkołach (chodzi tutaj o planowaną reformę szkolnictwa). Chcieliśmy pokazać jak można inaczej uczyć młodzież... to był nasz kolejny ważny projekt Dzień Sztuki.

PW: Wysłaliśmy oficjalny list... do sejmu i Prezydenta, postulując powołanie 22 lutego jako dnia sztuki, oficjalnego święta w kalendarzu.

MRJ: ...szkolnym.

PW: Miało by polegać na czymś co tak naprawdę po paru latach nastąpiło w postaci, np. Nocy Muzeów.

Dostaliście jakąś odpowiedź na swój list i koncepcję Dnia Sztuki?

MRJ: Nie, ale mamy wciąż te pisma.

PW: Porozumieliśmy się z dyrekcją liceum w Gdyni, w którym, o czym uczniowie nie mieli pojęcia, zamiast zwykłych lekcji, na każdej lekcji według ich planu spotykali Urzędnika C.U.K.T.u. Podmieniliśmy im plan zajęć. Czyli zamiast np. matematyki były wykłady z hipertekstu, zamiast polskiego z grafiki 3D, w miejsce geografii pojawił się wideo-art, historia zamieniła się na instalacje itd.

MRJ: Kontynuacją tego było działanie w Muzeum Sztuki w Łodzi, gdzie mają pierwszego Romana Opałkę. Szukałem jego następcy, chciałem, żeby ktoś kontynuował jego ideę malarstwa, poprosiłem uczniów by pisali przez 45 minut swoje własne cyferki. Później skonfrontowaliśmy odpowiedzi dzieci z debiutanckim obrazem Opałki.

Jak od prowadzenia klubu, przez remontowanie domków letniskowych i uczenie hipertekstu w szkole, doszliście do Wiktorii Cukt?

PW: To wszystko jest jedną strategią, programem, wizją jak cały ten porządek powinien wyglądać. „Walka z infoapartheidem”, „Demaskowanie info manipulacji”, „Walka z technofobią” – oto parę haseł z naszego założycielskiego manifestu. Pierwszym działaniem, które przeprowadziliśmy, a które doprowadziło do narodzin Wiktorii, była Antyelekcja (1995). Były to wybory prezydenckie, gdzie kandydatem był Mikołaj.

 MRJ: To był dzień wyborów, było dwóch kandydatów: Wałęsa i Kwaśniewski, i my w tym dniu zrobiliśmy anty-elekcję w klubie techno, działanie artystyczno-polityczne. Wyprodukowaliśmy karty do głosowania, które poszły w miasto, były wrzucane do urn. Ludzie pobierali nasze karty, wychodzili rano po całonocnej imprezie z klubu i szli normalnie na głosowanie do lokali wyborczych.

PW: Później zaproponowaliśmy, że osobą, która będzie podejmować decyzje będzie osobowość wirtualna. Podstawowe hasło całej kampanii brzmiało: „Politycy są zbędni”. Przeprowadziliśmy masowy performance, kampanię w całym kraju. Organizowaliśmy komitety i biura wyborcze, wiece czyli spotkania z wyborcami promujące idee OSW (Obywatelski Software Wyborczy) i Wiktorii jako interface'u tego programu. Zbieraliśmy postulaty i podpisy pod kandydaturą Wiktorii Cukt. Ona była politykiem idealnym – mówiła to co włożyli w jej usta wyborcy.

MRJ: Ważnym elementem było powstanie partii Wiktorii Cukt. Zbieraliśmy członków.

PW: W pewnym momencie Wiktoria zaczęła sama się dziać. W trakcie trwania oficjalnej kampanii,  dwie rzeczywistości: nasza wykreowana i ich niby prawdziwa spotkały się na billboardach, w mieście. Billboard z Marianem Krzaklewskim wisiał pod Wiktorią itd.

MRJ: Wiktoria też odniosła pewien realny sukces, gdyż część dyrektorów galerii podłączyła się wtedy do sieci.

PW: Jedno z haseł naszej kampanii brzmiało: „Internet dla każdego”.

Przepowiadanie przyszłości

Czy doświadczenia wyniesione z C.U.K.T.-u miały bezpośredni wpływ na późniejszą formułę Kolonii Artystów?

MRJ: Zawsze chciałem takie miejsce mieć, w Gdańsku, które jakby służy innym. Wielu ówczesnych członków C.U.K.T.u to były osoby, które niekoniecznie były mieszkańcami miasta, ale np. kończyły tamtejszą uczelnię. Zdarzało się, że nie mieli gdzie mieszkać, czy, tak jak ja, nie mieli pracowni. Powołanie do życia Kolonii Artystów, wynikało z pewnej troski o tych młodych artystów. Wciąż uważam, że brakuje tego rodzaju inicjatyw w każdym z miast. Programu, który zajął by się artystą kończącym uczelnię artystyczną, chcącym zostać i pracować w danym mieście. Powinno się tworzyć im pewne warunki przynajmniej w momencie startu. C.U.K.T. też był czymś takim, odpowiedzią na pewną sytuację, która istniała wtedy w Polsce.

PW: Tak, tylko my jednocześnie dosyć specyficznie widzieliśmy rolę artysty.

MRJ: W tamtym czasie wielu młodych kuratorów przyjeżdżało do Gdańska rozmawiać o tym z nami, jakby w kontrofensywie do tego co reprezentowała np. Grupa Ładnie.

PW: W tym miejscu warto też przywołać jeden z naszych nieudanych projektów, którym był Uniwersytet Cyborga, jaki chcieliśmy powołać. Zaszliśmy dosyć daleko, już nawet zostały wydrukowane ulotki informujące o jego powstaniu. Ulotki promujące i nawołujące absolwentów liceów do...

MRJ: Sformułowaliśmy założenia bardzo ciekawej Akademii, którą planowaliśmy otworzyć.

Akademii Cyborga? Na czym to miało polegać?

PW: Na kształceniu cyborgów.

MRJ: Chcieliśmy wprowadzić dużo nowych przedmiotów, dziedzin, które teraz wchodzą do Akademii w postaci wydziałów multimedialnych, intermedialnych... Po doświadczeniach C.U.K.T.u, kultury technicznej, bardzo chcieliśmy łączyć technikę z nauką i kulturą.

PW: W Polsce wciąż, moim zdaniem, tak naprawdę nie ma ani szkoły, ani instytucji, która zajmowałaby się stricte nowymi technologiami. Oczywiście w każdej Akademii jest jakiś tam wydział, ale mam wrażenie, iż w dużej mierze one nie spełniają swojego zadania. Ponieważ  w tym zakresie najciekawszy jest styk nauki, i kultury, czy też sztuki. Pewnego rodzaju eksperyment intelektualny, czy społeczny na dużą skalę. Bo technologia zawsze wiąże się z pewną formą rewolucji. Zabawne jest dziś obserwowanie pewnych zjawisk, które się stopniowo pojawiają, a które my wtedy do pewnego stopnia propagowaliśmy.

Co masz konkretnie na myśli?

PW: Na przykład coś, co myśmy wtedy nazywali Wiktoriomatami, czyli postulat by w każdym urzędzie miasta, czy też gminy, pojawiły się stanowiska komputerowe do rozmowy z Wiktorią. Dziś jest już niemalże powszechne załatwianie pewnych procedur urzędowych poprzez tego rodzaju interfejs. Kolejna rzez to kwestia parytetów w polityce i w ogóle funkcjonowania w jej obrębie kobiet. Ktoś kiedyś napisał bardzo ładny tekst na temat ówczesnej pierwszej damy Jolanty Kwaśniewskiej, iż w dużej mierze swój image zawdzięcza ona Wiktorii CUKT.

MRJ: Generalnie mamy na myśli partycypację w miastach, i w państwie. To odkształcenie, któremu Wiktoria nadała charakteru. Państwo, jego urzędnicy, tracą kontrolę.

PW: Z jednej strony oczywiście wiadomo, że ten projekt był totalną utopią. Ale z drugiej strony był taką samą utopią, jaką jest demokracja i jakakolwiek inna forma ustroju społecznego. Co by było gdyby przeanalizować przeróżne postulaty, które się wówczas pojawiały, które ludzie zgłaszali do wypowiedzi Wiktorii. One oczywiście często się niwelowały, były ze sobą kompletnie sprzeczne. Rodziło to pytanie o pewnego rodzaju algorytm, który porządkować miałby ten cały obywatelski system wyborczy, i pomimo, że nigdy oczywiście nie powstał, gdyby miał powstać to kto miałby go napisać, a tym samym kto by go kontrolował.

To jest szczególnie ciekawe w kontekście ostatnich wydarzeń związanych z WikiLeaks i Snowdenem, historii o kontroli informacji, ich wybiórczym traktowaniu i kontrolowaniu przepływu.

JN: Z dzisiejszej perspektywy to wygląda jakbyśmy przewidzieli przyszłość. Właściwe wszystkie nasze pomysły z kampanii są rzeczywistością dzisiejszej polityki. Jak powiedział Piotr Obywatelski Software Wyborczy miał być takim permanentnym głosowaniem na tematy polityczne. A Wiktoria jego twarzą – interfejsem, który ogłasza jakie są decyzje podjęte przez większość. Obecnie odbywa się to przy pomocy firm badających opinię publiczną. Partie polityczne, urzędy centralne non stop zamawiają tego rodzaju raporty. Internetowe wydania gazet przy co drugim artykule zamieszczają opcję do głosowania. Politycy są obecnie tylko takimi interfejsami do ogłaszania co zadecydowała większość. Już nie myślą, nie mają własnych poglądów, tylko komunikują wyniki sondaży. Gdy, nie daj Boże, pomyślą samodzielnie to im od razu słupki spadają. Stąd też hasło „Politycy są zbędni”. Można powiedzieć, że owocem naszej kampanii było powstanie Platformy Obywatelskiej, której członkowie przez długi czas zabraniali nazywać się politykami. I przez pewien czas umieli czytać sondaże.

Czy możemy wrócić na koniec do samych Cyborgów? Wspominacie projekt powołania uczelni dla Cyborgów, są one również obecne w indywidualnej praktyce Piotra.

PW: Z jednej strony z ręką na sercu mogę powiedzieć, iż przez przynajmniej 3-4 lata myśmy naprawdę żyli w takim przekonaniu, że jesteśmy cyborgami, z wiarą w technologię, która przyniesie nam formę nieśmiertelności. Twierdziliśmy, że nasza świadomość jest zapisana jako informacja w pamięci i istnieją możliwości rozwinięcia naszych ludzkich ograniczeń. Technologia była taką formą religii, tak to można nazwać. Jak powiedział kiedyś Virus: „Ja to bym sobie najchętniej wszystko wymienił”. W tym sensie to metafora przemian, które się dokonują w ogóle na człowieku jako takim, w pewien sposób także jako zwierzęciu. Ludzie tracą coraz więcej ze swojej prostej emocjonalności, wypierają, wycofują się, są zmuszani do tego przez mechanizmy rynkowe. Przez wszystkie systemy, w których funkcjonują – edukację, rodzinę, rynek pracy itd. – są coraz bardziej sprowadzani do takiego zcyborgizowanego sposobu funkcjonowania. Oczywiście ta wiara dzisiaj się załamała. Przede wszystkim zniknął bezkrytyczny zachwyt chociażby Internetem jako globalną przestrzenią wolności, „kapitał” przemienił sieć w globalną przestrzeń kontroli i terroru i w narzędzie sterowania naszymi potrzebami.

Wówczas wszystkie imprezy techno, czy też Techno-Opery, które organizowaliśmy były poprzedzane przeprowadzanym przez nas testem na Cyborga. Biurokratyczną procedurą, którą każdy z uczestników, który chciał dotrzeć do tej „błogosławionej” sali z głośną muzyką, musiał przejść. To przybierało różne formy, ale z reguły wyglądało to tak, że trzeba było podać np. swoją wagę, która była następnie weryfikowana, wypełnić kolejne kwestionariusze, otrzymywało się numer identyfikacyjny, pieczątkę potwierdzającą ten numer. Była to dosyć żmudna sztafeta, zmuszająca ludzi do szalonej pokory. Nazywaliśmy to właśnie tekstem na Cyborga uważając, że ci ludzie, którzy się na to zgadzają są właśnie tymi Cyborgami. Tylko jednostki się przed tym buntowały. W rezultacie ludzi-ludzi zostawało bardzo mało.

JN: Tak jak członków C.U.K.T.u

 


Antyelekcja, Forty w Gdańsku, 1995

Test na Cyborga, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski w Warszawie, 1996

 

Mikołaj Robert Jurkowski i Piotr Wyrzykowski (akcja praC.U.K.T.-owa)
Sto dwadzieścia godzin mega techno obecności. Sztuka to przestrzeń
kultowa, lub nie ma sztuki,
plakat, Galeria Chwilowa w Koninie, 1994

 

 Dzień Sztuki, zaproszenie, I Liceum Autonomiczne w Gdyni, 1999