Pod patronatem M-S

Autor: Magazyn Sztuki Opublikowano:

Artysto nie jesteś sam
Mikołaj Iwański

Po przeczytaniu „Praktycznego poradnika dla artystów” zacząłem zastanawiać się czy taka książka mogłaby powstać jeszcze 10 lat temu? Prawdopodobnie nie, choć problemy artystów były identyczne jednak zdecydowanie rzadziej rozpoznawali się jako grupa zawodowa. Strajk artystyczny w połowie 2012 roku symbolicznie zakończył okres inkubowania tej świadomości. Pomógł w tym kryzys uświadamiający wielu artystom, iż są częścią rynku pracy – szczególnie w zakresie jego negatywnych aspektów – prekaryzacji, komercjalizacji uczelni wyższych, ograniczania dostępu do usług publicznych czy ubezpieczeń społecznych.

W polskim kontekście transformacyjnym wygląda to jeszcze bardziej brutalnie, gdyż -powiedzmy sobie szczerze – nasz rynek sztuki ma charakter fantazmatyczny. Każdy z artystów doświadczył jego negatywnego wymiaru: nie jest on stabilnym źródłem realnych przychodów.

Dokonała się też istotna zmiana pokoleniowa wśród polskich artystów. Swoją obecność zaznaczają powoli osoby urodzone już po przełomie politycznym lat 80. i wychowane w warunkach rynkowych. Oczekiwania z jakimi decydowali się na wejście w zawody artystyczne były kształtowane przez zupełnie inne warunki niż miało to miejsce wcześniej. Paradoksalnie pozwala im to spojrzeć o wiele bardziej krytycznie na rynkowy kontekst swojej pracy i uwolnić się od oczekiwań, które w latach 90. były czymś naturalnym. To jest wielki potencjał, z którego mam nadzieję jeszcze nie raz będziemy czerpać. Artyści najmłodszego pokolenia to również zupełnie inna jakość podejścia do swojej pracy – zdecydowanie bardziej pragmatycznie myślą o planowaniu swojej kariery, często posiadają wiele kluczowych pozaartystycznych umiejętności jak choćby dobrą znajomość angielskiego.

We wstępie do „Podręcznika” Agnieszka Pindera robi krótki przegląd postaw artystów, którzy podejmowali walkę z wyzyskiem. Samoorganizacja tego środowiska jak się okazuje pozwalała na osiąganie całkiem wymiernych efektów, co jest niezwykle budujące. Do tradycji samoorganizacji artystów nawiązuje sama idea publikacji, która obok serii praktycznych porad z zakresu prawa autorskiego i przewodnika po najważniejszych instytucjach i programach stypendialnych daje obraz bardzo prozaiczny obraz postrzegania przez samo środowisko swoich warunków pracy i budowy kariery.

Raport z badania przygotowany przez Ewę Jarosz jest niezwykle interesującą lektura. Dzięki zachowaniu postawy badacza, udaje się zadać pytania które są zwykle pomijane mniej lub bardziej wymownym milczeniem. Jak wskazuje Agnieszka Pindera we wstępie – polskie uczelnie artystyczne opuszcza co roku około 3 tysięcy absolwentów. Liczbę tę należy nieco okroić – chociażby o absolwentów kierunków związanych ze sztukami użytkowymi, którym należy się zupełnie osobne opracowanie. Liczba ta zawiera również absolwentów studiów zaocznych, z których istotna część posiada już pierwszy zawód i ich motywacja do podjęcia regularnej pracy artystycznej jest też zdecydowanie inna niż dwudziestoparoletnich magistrów sztuki, którzy nie funkcjonują jeszcze na rynku pracy. Tak naprawdę grono potencjalnych artystów rocznie powiększa się o kilkaset osób i ma miejsce bardzo brutalna selekcja. Ci, którym uda się przetrwać pierwsze lata i wejść do obiegu wystawienniczego to zupełna elita. Bardzo podobnie wygląda to w innych dziedzinach sztuki – wydziały aktorskie kończy co roku około 50 absolwentów – istnieje tam zjawisko „spalonych roczników”, z których nikt nie pokonał instytucjonalnej bariery wejścia do zawodu. Sytuacja artystów wizualnych jest zdecydowanie gorsza – w przeciwieństwie do aktorów czy muzyków nie istniały nigdy instytucje takie, jak teatry czy filharmonie oferujące stałe zatrudnienie w oparciu o pracę twórczą. Warto było by się zastanowić, czy jednym z kryteriów przy naborze na kierunki artystyczne nie powinna być ocena osobowościowa kandydatów – jak pokazuje życie wiele osób mimo dużej wrażliwości i sprawności twórczej nie jest przygotowana na tak ciężką przeprawę.

W tym kontekście należy rozpatrywać problem organizacji uczelni artystycznych – to jest de facto jedyne miejsce gdzie można być etatowym malarzem czy artystą wideo. Niestety w badaniu nie wspomniano o skali emocji, która towarzyszy selekcji kandydatów na etaty uczelniane – co jest jednym z najbardziej zapalnych elementów świadomości młodych artystów.

Fragment poświęcony edukacji artystycznej jest bardzo mocny. Tak naprawdę artyści nie pozostawiają suchej nitki na swoich uczelniach i pada wiele gorzkich uwag. Jest to bardzo istotne, gdyż w toku debat z ostatnich kilku lat problem nauczania artystów został prawie zupełnie przemilczany. W sumie całkowicie niesprawiedliwie, gdyż niewielu z nas uświadamia sobie fakt, iż koszt wykształcenia malarza jest porównywalny z kosztem studiów medycznych. Natomiast poziom najprostszego wsparcia po ukończeniu uczelni dla obu grup absolwentów jest drastycznie różny. Do dziś istnieje np. całkowicie zaakceptowana praktyka wypłacania bardziej niż skromnych honorariów za wystawy w publicznych instytucjach, nie ma też działającego systemu dedykowanych ubezpieczeń społecznych – istniejący twór o nazwie Zaopatrzenie Emerytalne Twórców jest jednym z najbardziej ponurych dowcipów wymyślonych przez decydentów III RP.

Artyści mają pełną świadomość, że wiedza warsztatowa przekazywana im przez pedagogów nijak ma się do pracy, którą będą podejmować po ukończeniu szkoły. W wielu sytuacjach, tam gdzie istnieją silne środowiska, działa bardzo cenna praktyka samokształceniowa wypełniająca lukę powstałą w wyniku braków oferty akademickiej. W ten sposób możliwe jest uzyskanie wiedzy, która pozwoli na przyszłą obecność w obiegu wystawienniczym. W badaniu, z uwagi na jego dość pionierski charakter, nie ujęta została też problematyka powstających szkół prywatnych kształcących w kierunkach artystycznych. Jest to bardzo ciekawe zjawisko, gdyż mimo naprawdę marnych perspektyw materialnych i życiowych jakie oferuje ten zawód, ich działanie pokazuje jego rosnącą atrakcyjność.

Nieprzygotowanie do zaistnienia w obiegu galeryjnym jest efektem charakteru kształcenia na uczelniach artystycznych, a badani artyści wskazują na ten obszar jako na jeden z największych deficytów edukacyjnych. Rynek sztuki jest nieodłączną częścią świata sztuki i świadomość jego podstawowych mechanizmów powinna być podstawowym wyposażeniem młodych adeptów sztuki.

Wspomniany wcześniej stosunek do rynku jako do opresji doskonale widać w postawach artystów, którzy zdecydowanie dystansują się od działań komercyjnych. Wielu z nich jest doskonale pogodzonych z sytuacją, w której nawet niekwestionowany sukces artystyczny w żaden sposób nie przekłada się pozytywnie na stabilność życiową. Namiastkę tego daje współpraca z galerią, ale jest ich naprawdę niewiele i na powierzchni utrzymują się te, które mają dostęp do targów sztuki i zagranicznych kolekcjonerów. W Polsce żyje naprawdę niewielu artystów będących w stanie utrzymać się dzięki sprzedaży swoich prac. Pozytywny jest rozwój sceny galeryjnej i zdecydowana poprawa jakości współpracy z artystami w porównaniu z latami 90. Artyści funkcjonujący przynajmniej kilka lat po ukończeniu studiów są całkowicie świadomi, iż bez oparcia w dodatkowym, najlepiej nieabsorbującym intelektualnie zajęciu lub bez wsparcia partnera życiowego, ich szanse na znośne życie są bardzo niewielkie.

W przeciwieństwie do muzyków, literatów czy aktorów nie mogą liczyć na przychody z tytułu praw autorskich. Oczywiście istnieje instytucja droit de suite, która pozwala na udział w zysku z tytułu profesjonalnej odsprzedaży dzieła na rynku wtórnym – w praktyce jest to kolejny martwy zapis. W ostatnim rozdziale Monika Zielińska omawia przypadek związany z dochodzeniem tej należności, jednak sposób w jaki została sformułowana ta instytucja w polskim prawie skutecznie zniechęca do jego wykorzystania.

Ostatnia część książki poświęcona jest omówieniu konkretnych przypadków związanych ze stosowaniem prawa autorskiego w pracy artystów wizualnych. Tu najbardziej realizuje się poradnikowa część wydawnictwa. Zagadnienia prawa autorskiego to bardzo poważna cześć wiedzy prawniczej, jednak odnoszę wrażenie, że jest również traktowana bez należytej staranności w toku kształcenia akademickiego. Bardzo często studenci przez semestr czy dwa otrzymują podstawową wiedzę formalną z tego zakresu bez koniecznej specyfikacji. Nie wiem czy można traktować studentów malarstwa tak samo jak studentów prawa, ale w tym zakresie kształcenie powinno mieć całkowicie narzędziowy charakter. W idealnej sytuacji uczelnie dysponowałby podręcznikiem ujmującym problemy dotyczące konkretnej dziedziny pracy twórczej a studenci pod koniec kursu dysponowali by plikiem przykładowych umów oraz umiejętnością oceny zastosowanych klauzul. Monika Zielińska przygotowała materiał, który bez problemu może być wykorzystany na takich zajęciach. Bardzo cenne jest omówienie m.in. praw autorskich przy realizacjach found footage, problemu nadzoru autorskiego, ochrony wizerunku modela. Wytężonej uwagi wymaga jedynie użyty przez autorkę prawniczy język, stopień hermetyzmu jednak utrzymuje się na bezpiecznym poziomie.

Kilka dni po przeczytaniu Poradnika przypomniała mi się historia z okresu licealnego, kiedy wielu z moich kolegów przejawiało ambicje zdawania do jednej ze szkół morskich. Zaniepokojeni nauczyciele i rodzice czasami polecali im lekturę „Okrętu” Lothara Buchheima mając nadzieję, że wybije im z głowy ten pomysł na życie. Oczywiście uprawianie sztuki trudno porównać do ciężkiej pracy marynarzy i mechaników okrętowych, jednak gdzieś z tyłu głowy czuję, że „Praktyczny poradnik dla artystów” może znaleźć całkiem podobne zastosowanie.

„Praktyczny poradnik dla artystów”
Wydawnictwo Sztuka cię szuka, 2012, red. Agnieszka Pindera