Ptak i Jerzozwierz

Autor: Magazyn Sztuki Opublikowano:

Wojciech Ciesielski

W pewne zakłopotanie wprawiła mnie lekkość, z jaką przeczytałem, niewielkich rozmiarów książkę Olgi Ptak, czyniąc to w jedno, niezbyt długie popołudnie. „Jerzozwierz” to opowieść o wybitnym polskim fotografiku, Jerzym Lewczyńskim. W zasadzie można by powiedzieć, że jest to osobista opowieść powstała w oparciu o doświadczenie rocznych spotkań autorki z artystą. Zawiera pełne dygresji relacje i spostrzeżenia, zapisy wspólnych rozmów, a także fragmenty korespondencji Lewczyńskiego z jego wieloletnim przyjacielem, Zdzisławem Beksińskim.

Już we wstępie autorka zaznacza, że „Nie jest to krytyczna rozprawa ani próba analizy jego twórczości”. I faktycznie, dla ambitnego studenta historii sztuki, który zechciałby napisać swoją pracę magisterską o tym artyście, książka ta będzie konieczną pozycją w bibliografii, lecz nie przyniesie żadnych definitywnych i jasno formułowanych odpowiedzi. Wręcz przeciwnie, poszukiwać ich będzie musiał w różnych wypowiedziach samego Lewczyńskiego, rozrzuconych w poszczególnych, krótkich rozdziałach. Zresztą, jak w pewnym momencie stwierdza sam artysta: „Nie ma żadnych sztywnych reguł. Co chwila pojawia się ktoś taki jak Ewa Kuryluk, kto burzy przyjęte kryteria. Tu nie chodzi tylko o fotografię, ale o sztukę w ogóle.” Na poziomie faktograficznym dostarcza zaledwie podstawowych informacji, koniecznych do wyjaśnienia pewnych kontekstów funkcjonowania zarówno samego twórcy, jaki i jego sztuki.

Także o twórczości Jerzego Lewczyńskiego w sumie nie uzyskamy informacji w bezpośredni, akademicki sposób. Brak tu analizy poszczególnych okresów, przestawienia najważniejszych prac i umieszczenia ich w szerokim kontekście sztuki polskiej czy światowej, nieobznajmionemu ze sztuką artysty czytelnikowi, muszą wystarczyć zapewnienia, że jest on fotografem wybitnym. Książka ta co prawda, jest bogato ilustrowana, są to jednak jedynie portrety i autoportrety, trudno więc na ich podstawie wyrobić sobie jakieś zdanie o jego twórczości.

A jednak, mimo tych wszystkich zastrzeżeń, z lektury czerpałem ogromną przyjemność, co spowodowało, że przeczytałem książkę bardzo szybko i z wielkim zainteresowaniem. Największą bowiem jej zaletą jest prostota. Przede wszystkim jest lekko napisaną próbą przedstawienia pewnego zderzenia, spotkania dwojga ludzi, których dzielą nie tylko wiek i zasób doświadczeń, ale także poglądy, mentalność i temperament. Bohaterem jest przede wszystkim blisko dziewięćdziesięcioletni, wybitny artysta, lecz po części także opowiadając o nim, młoda pracownica Muzeum w Gliwicach, która z tego spotkania zdaje relację.

Na kolejnych stronach poznajemy tę historię. Dużą jej cześć zajmują zapisy rozmów, jakie prowadzili ze sobą przy bardzo różnych okazjach. Anegdoty i fakty z życia artysty, przekazywane są niczym podczas rozmowy przy stole, w dygresyjny sposób. W toku lektury jednak, powoli zaczynają się układać w większy obraz. Poznajemy fascynacje, sposób codziennego funkcjonowania, przyjaźnie z innymi artystami, Zbigniewem Dłubakiem, Janem Lessaerem, Bronisławem Schlabsem, czy ze Zdzisławem Beksińskim.

Ujawniony zostaje charakter Lewczyńskiego, przejawiający się w drobnych gestach i większych dziwactwach. Wyłania się obraz człowieka pełnego pasji, dociekliwego, spostrzegawczego, ale też nie pozbawionego wad, często bardzo poważnych i uciążliwych. „Dziś Jerz zgubił ulubioną łyżkę i przez długi czas nie można było zjeść zupy (zupę, jaka by nie była, Jerz zawsze je z chlebem, podobnie jak wielu ludzi z jego pokolenia). Postanowiłam wziąć udział w poszukiwaniach. Na moje pytanie czym łyżka różniła się od pozostałych – chciałam ustalić jej znaki szczególne, aby szybciej odnaleźć zgubę – odpowiedział, że była niemiecka.”

A jednak można wyczuć wielką sympatię, jaką autorka darzy swojego bohatera. Udaje się jej przedstawić postać autentyczną, z krwi i kości, bez upiększania, lecz za to z dużą dozą poczucia humoru, w czym pomagają także opublikowane portrety fotograficzne Lewczyńskiego, często pełne autoironii i dystansu do własnej osoby.

Co ważniejsze, Oldze Ptak dzięki takiej narracji udaje się „dotknąć” fenomenu twórczości jako takiej. Nie robi jednak tego poprzez psychologiczną interpretację, czy doszukiwanie się motywów z przeszłości, które mogłyby kształtować późniejsze działania artystyczne. Wypowiedzi samego fotografa, obserwacje i uwagi autorki sprzęgnięte ze sobą przenikają się wzajemnie i tylko istniejąc w takiej relacji są w stanie zbliżyć czytelnika do bohatera opowieści – artysty, Jerzego Lewczyńskiego.

Nie jest to zatem książka, która w naukowy sposób objaśni na czym polega specyfika jego sztuki, nie podsunie łatwych tropów interpretacyjnych, nie mówiąc już o zwykłym przedstawieniu podstawowych faktów i dzieł. W zamian oferuje jednak możliwość spotkania z wyjątkowym człowiekiem, co prawda zapośredniczonego, ale w bardzo przyjaznej formie. Przede wszystkim jednak oddaje głos samemu artyście, umożliwia poznanie jego poglądów, nie tylko na temat uprawianej przez niego sztuki. Wiedzę z lektury „Jerzowierza” czerpać mogą zatem nie tylko ambitni studenci historii sztuki. „Notujcie to wszystko, zapisujcie i nagrywajcie, bo be ze mnie już nic nie będziecie w stanie zrobić. Ja wam to wszystko opowiem” – Olga Ptak wzięła sobie tę radę do serca.