szukasz nr archiwalnych?  


nowe teksty:


Beata Maciejewska
Raport o cenzurze

Ewa Mikina
Felieton o niszczonych

Eulalia Domanowska
Demokratyczne skandale

Marek Wołodźko
Cenzura i tabu

Tadeusz Bodio
Polityka jako sztuka bycia wybranym

nie przegap nr30/04
o Warszawie!



Kazimierz Krzysztofek Okno na Mcświat
["Magazyn Sztuki" nr 27/01]

 

Przystępując do budowania u progu lat 90. nowego ładu medialnego, mieliśmy nadzieję, że lepiej uda się ułożyć proporcje między funkcją mediów jako zwierciadła społeczeństwa i funkcją formy, którą "Wielki Odlewnik" (Big Moulder) z poprzedniej epoki usiłował nadawać społeczeństwu zaplanowane przez siebie kształty ideologiczne. Przerost tej drugiej funkcji był powszechnie krytykowany. Ale oto po 10 latach konstatujemy, że proporcji nadal nie udało się wyrównać, a nowy, już "komercyjny odlewnik" nadal używa kształtki, w której odlewa formy społeczne pod innym znakiem i z inną zawartością. Marna pociecha, że zjawisko to nie tylko polskie.

 

W latach 80. Neal Postman przestrzegał: ekspansja kultury popularnej prowadzi do tego, że "zabawimy się na śmierć". Nasiliła się tendencja do urozrywkowienia życia. Zaczęło się od fetyszyzacji czasu wolnego, za czym poszła ekspansja show biznesu. Miejsce indywidualnego hobby i kultywowania zainteresowań zajęła zorganizowana zabawa, która stała się celem samym w sobie. Usuwa ona z pola uwagi konsumenta kultury wszelkie inne poza zabawą wartości. Masowy konsument tej kultury stał się jej mecenasem.

"Spiel macht frei"

Telewizja stawała się oknem na "McŚwiat", by użyć metafory Benjamina Barbera. Ekran telewizora to panopticum, a telewidz - ekran kontrolny. Świadomość jest wyświetlana na ekranie umysłu. Przesłanie jest wyraźne: nie myśl - oglądaj, Spiel macht frei. Emisja TV to wstrzeliwanie fotonów w mózg, wywołujące głód lampy kineskopowej. Tomasz Goban-Klas nazywa to kulturą push, mediami tłoczącymi, swoistą "lewatywą nadawczą" . Telewizja oferuje kulturę, która nie molestuje i nie represjonuje, a jest chętnie przyjmowana, uwodzi. Produkuje gotową wyobraźnię, faszerując widza implantami tej wyobraźni. Zdaniem D. Enzensbergera telewizja to pierwszy w historii gwałt bez ideologicznej zawartości, co wydaje się uproszczeniem, bo konsumpcjonizm to jednak jest ideologia. Zawsze w historii gwałtom towarzyszyły jakieś ideologie, wyznawane i praktykowane lub tylko wyznawane. Obecnie dominuje zabawa i rozrywka.

Od połowy lat 80. zwiększyła się znacznie oferta kultury medialnej, przybyło kanałów ogólnie dostępnych. W Europie skończył się monopol nadawców publicznych, co z pewnością poszerzyło wybór. "Telewizyjny smok" stawał się coraz bardziej żarłoczny. Komercyjna telewizja, aby się utrzymać na rynku, musi emitować przynajmniej kilka filmów dziennie. Stąd eksploatuje się non stop kilkanaście tysięcy filmów akcji, jakie zdążono do tej pory wyprodukować, film jest bowiem najbardziej sprawnym wehikułem reklamy. Zmieniła się także formuła produkcji, filmy składa się jak z klocków lego. Coraz bardziej jest to formuła wideoklipowa, do której przywykli najmłodsi odbiorcy wychowani na MTV.

W czasach, gdy istniał uznany podział na kulturę elitarną i masową ludzie przyznawali się do preferowania wyższej kultury, prawomocnej, jak ją określał Pierre Bourdieu, choć w skrytości ducha chętnie zanurzali się w masowej ofercie. Dziś coraz więcej konsumentów gotowych jest przyznać, że akceptuje przyjemność, jaką daje kultura niższego lotu; chcą, żeby była ładnie opakowana.

Nachalna batalia o "mięso reklamowe"

Usługi cyfrowe przechwytują widownię. W perspektywie jednak rynek ten opanują potentaci. Pierwszy już się pojawił: megaplatforma cyfrowa "AOL-Warner", kombajn multimedialny on line, który na rynku informacji i kultury popularnej może osiągnąć pozycję porównywalną z imperium Gatesa na rynku oprogramowania.

Koncerny telewizyjne nigdzie na świecie nie kapitulują, pragnąc odzyskać utraconych widzów. Czynią to na różne sposoby, z których jeden zwłaszcza jest mało wyszukany: żeruje na ludzkich skłonnościach do voyeuryzmu, a także ekshibicjonizmu. Na tej formule opierają się programy Big Brother, którą wylansowała telewizja holenderska naśladowana w wielu telewizjach komercyjnych (m.in. dwóch kanałach polskich). Potrzebę podglądactwa można wyjaśnić brakiem zasobów psychicznych i kulturowych u osób, które szukają bodźców zewnętrznych dla zagospodarowania swej przestrzeni wewnętrznej. Zdaniem niektórych badaczy epokę telewizji należy podzielić na dwa stadia: to sprzed reality show i to, kiedy formuła TV staje się zdominowana przez ten gatunek. Atrakcyjność tej formuły tłumaczy się faktem, że publiczność jest już znużona programami, w których odgrywa się role. Big Brother stwarza wrażenie - albo tylko iluzję - że jego herosi są autentyczni, że nie grają żadnych ról. Jeśli taka formuła się wyczerpie, to stworzona zostanie inna - już zresztą są takie plany (program, którego uczestnicy poddani będą pokusie małżeńskiej niewierności jako pierwszy obejrzą duńscy telewidzowie).

Czy nie rodzi się na naszych oczach post-private society? Choć może się okazać, że rządzi tym prawo cyklu: kiedy już odtajni się wszystko, co prywatne, przełamie wszystkie tabu, to znowu będzie się utajniać, aby audiowizualny interes się kręcił. Narazie dominuje tendencja ku "odtajnianiu", co sprawia, że zaciera się w mediach granica między sferą publiczną i prywatną.

Towarzyszy temu ekspansja TV interaktywnej. Jej przyspieszenie, widoczne zwłaszcza w Europie zachodniej, wiąże się między innymi z obawami koncernów TV o przechwytywanie publiczności przez komputery sieciowe. Oczywiście, będzie różnicowanie oferty i zwiększanie możliwości wyboru, ale wiąże się to także z różnicowaniem odbiorcy wedle jego możliwości ekonomicznych. Rośnie oferta tzw. mediów niszowych: telewizja satelitarna, pakiety kablowe, kanały tematyczne na platformach cyfrowych. Żyjemy w okresie przejściowym od dominacji kultury analogowej do kultury cyfrowej. Cyfryzacja stwarza potencjalnie możliwości aktywności wszystkim, ale jeszcze długo będzie obowiązywał podział na "interaktorów" i biernych konsumentów.

Trzy prędkości

Media i multimedia są ślepe, nie widzą celów, którym służą. Mogą służyć trzem modelom kształtowania społeczeństwa: tradycyjnemu, nowoczesnemu i ponowoczesnemu.

Model tradycyjny to wykorzystywanie mediów jako instrumentu budowania i konsolidowania państwa narodowego, praktykowany zwłaszcza w krajach, które uzyskały bądź odzyskały niepodległość. Kultura jest traktowana jako zbiorowa pamięć narodu mająca pomóc w przeżyciu jeszcze raz utraconej historii. Elity widzą w kulturze coś, co można społeczeństwom dać na własność, pobudzić ich dumę, poczucie godności. W sposób nieco zdeformowany, etnocentryczny. Tej koncepcji hołduje Radio Maryja i wydaje się, że taka miałaby być też formuła TV Puls, choć zapewne nie tak etnocentryczna, plemienna.

Model zwany nowoczesnym dominował w większości krajów zachodnioeuropejskich i polegał na oświeceniowej w swym rodowodzie misji edukowania społeczeństwa przez elity. Cele polityki kulturalnej i edukacyjnej to przede wszystkim demokratyzacja kultury, dostarczanie odbiorcy dobrej jakościowo oferty, edukacja europejska, integracja społeczna mniejszości w duchu tolerancji i socjalizacji w ramach kanonu społeczeństwa obywatelskiego. Kulturze przyznaje się ważną rolę wychowawczą i nie szczędzi się środków na reintegrację dziedzictwa z teraźniejszością. Najbardziej konsekwentnie model ten realizowany był w krajach skandynawskich, Holandii i Francji. Resztki starej elity kulturalnej i intelektualnej, zwanej w Polsce inteligencją, chciałyby zachowania tego modelu, ale oto na naszych oczach obumiera model edukacyjny rodem z Oświecenia, w którym "wiedząca lepiej" elita pompowała w doły społeczne wiedzę i kulturę.

Trzeci model, nazywany ponowoczesnym, w którym doskonale mieści się Big Brother, zmierza do unikania świadomego kształtowania ludzi w duchu wartości i hierarchizowania tych wartości (kultura wyższa-niższa) i tłoczenia ambitniejszej kultury w masy. Dominują media i multimedia oferujące kulturę audio-wideo. Coraz większa ilość kultury popularnej dostępna jest w multimedialnym zapisie cyfrowym oraz Internecie. Wiele głosów w dyskusji, która rozgorzała w "Plusie-Minusie" po artykule Bohdana Cywińskiego wskazywało, że polska inteligencja ze swą misją edukacyjną i cywilizacyjną ustąpiła pola profesjonalnej grupie, która dostarcza społeczeństwu strawy - bałbym się ją nazwać duchową - ale która nie ma żadnej misji edukowania mas. Jest to kultura, w której się nie uczestniczy, lecz się ją konsumuje. Jest to postmodernistyczny model mediów, w których "wszystko chodzi i wszystko uchodzi". Jean Baudrillard nazywa to obscenicznością hiperrzeczywistości, czyli rzeczywistości kreowanej przez media, złożonej z kopii setki razy zdejmowanych z oryginału. Ta nadrzeczywistość jest obsceniczna dlatego, że media czynią ja bardziej widzialną niż rzeczywistość. "Wraz z powstaniem świata hiperrealnego, wirtualnego przestaliśmy żyć w świecie, w jednym świecie. Ten świat jest modelem symulacji, regulacji i reglamentacji (...) radykalnej iluzji świata i pozorów, redukcji wszelkiej odrębności wydarzeń, osób i rzeczy do wspólnego mianownika rzeczywistości" (Jean Baudrillard, Przed końcem, Warszawa 2001).

Wolność handlu czy ekspresji?

Dyskusja, która się dziś przetacza przez łamy prasy w kontekście raportów o telewizji, krytyki i obrony Big Brothera ujawnia ostro zarysowane stanowiska, z których jedno stoi na gruncie obrony prawa nadawcy do oferowania tego, czego sobie życzy odbiorca, czyli wolności robienia pieniędzy na przemyśle telewizyjnym, drugie stanowisko zaś chce narzucić temu medium jakieś hamulce w trosce o dobro publiczne.

Ta orientacja skazana jest jednak na porażkę, wszelkie ograniczenia narzucane z zewnątrz okażą się nieskuteczne, między innymi dlatego, że prawo jest niedoskonałe, nie wyznacza ostrych granic w kwestii przemocy, erotyzmu czy pornografii, a to są główne wehikuły komercji w kulturze popularnej. Teoretycznie można się jeszcze odwoływać do społecznej odpowiedzialności nadawców, ale i to jest iluzoryczne w sytuacji ostrej walki o publiczność, gdy nie wartości czy zdrowie moralne społeczeństwa, ale prawa rynku są głównym regulatorem tej kultury. Trudno się więc dziwić, że nie zasada pro publico bono, a pro mercato bono rządzi doborem oferty. Byłbym jednak za tym, żeby nazywać rzecz po imieniu i nie mydlić oczu wolnością ekspresji, bo nie o nią chodzi, a o wolność kupiecką w kulturze popularnej.

Jeśli nie podejmie się wysiłku, aby już w szkole przygotowywać młodych Polaków do odbioru lepszej oferty kulturalnej czy medialnej, to w przyszłości w ogóle już nie będzie takiej oferty, bo zabraknie adresata. Taka widownia, gdy dorośnie nie będzie odczuwać wyższych potrzeb kulturalnych. A takiej publiczności nie można niczego narzucać, bo w liberalnym społeczeństwie każdy ma prawo do takiej oferty, jakiej sobie życzy, choćby najmniej wyszukanej, choćby tylko konsumpcji oper mydlanych. Jeszcze tylko w szkole można coś narzucać i - nie bójmy się tego określenia - tresować kulturowo. Trudno być jednak optymistą, kiedy jak na lekarstwo jest zajęć rozbudzających potrzebę uczestnictwa i własnej twórczości. W ilu szkołach powszechnych przetrwały kółka teatralne, zajęcia plastyczne, muzykowanie? Jak wygląda edukacja ucząca arytmetyki nowych mediów? Jaka grupa społeczna ma jeszcze w Polsce szanse samopotretowania się przez własną kulturę, tworzoną na własny użytek, wyrastającą z doświadczenia ludzi?

W Polsce jeszcze długo będziemy mieć społeczeństwo o "trzech szybkościach" z elementami tradycji, nowoczesności i ponowoczesności. Rodzi to chaos i konflikty, ale też może przy pewnej dojrzałości wytwarzać ożywcze napięcia, którymi karmić się będzie kultura i duchowość Polaków w XXI wieku. Dobrze więc, że zaczyna się u nas dyskusja, czy tożsamość narodową i spoistość społeczną da się obronić tylko wzmożeniem wysiłków na rzecz przeszczepiania kanonu narodowego, czy też należy szukać szerszego uniwersum europejskiego i światowego. W jednym i drugim przypadku chce się zachować kulturę słowa, w jakiej wyrastały pokolenia ludzi wykształconych. Cały problem polega na tym, żeby podsunąć młodemu pokoleniu kulturę wartościową w nowym języku multimedialnym. Zdaniem jednych dominacja języka audiowizualnego, który rozumie każdy analfabeta, obniża jeszcze bardziej poziom kultury popularnej. Inni wyrażają pogląd, iż ikonizacja języka pozwoli nowym pokoleniom wykorzystać naturalną multimedialność człowieka i stworzyć nowy język, dzięki któremu można będzie nie gorzej, a może nawet lepiej niż w linearnym języku alfabetycznym rozwijać myśl, twórczość i emocjonalność.

To drugie podejście przebija się coraz częściej w myśleniu niektórych polskich intelektualistów o przyszłości polskiej kultury, polityce i edukacji kulturalnej. Ich zdaniem, każde medium, w tym Internet, jest zdolne przekazywać wartości istotne dla kultury narodowej. "Jeśli uważa się", stwierdza Wiesław Godzic, "że gry komputerowe są z gruntu złe, bo upowszechniają przemoc, to jedynym rozwiązaniem będzie stworzenie pozytywnej alternatywy. [...] Dlaczego nie zaproponować gier komputerowych opartych na historii Polski, odkryciach geograficznych?". Słowem, nowe pokolenie nie pozbawi się możliwości ekspresji i odbioru kultury nawet w warunkach kryzysu słowa drukowanego. Dla zwolenników tezy o kluczowym znaczeniu książki i czytelnictwa dla rozwoju kultury brzmi to jak herezja. Ale problem wart jest dyskusji. Jest ona wręcz niezbędna z punktu widzenia polityki i edukacji kulturalnej Polaków.

 

 

archiwum_index