szukasz nr archiwalnych?  


nowe teksty:


Beata Maciejewska
Raport o cenzurze

Ewa Mikina
Felieton o niszczonych

Eulalia Domanowska
Demokratyczne skandale

Marek Wołodźko
Cenzura i tabu

Tadeusz Bodio
Polityka jako sztuka bycia wybranym

nie przegap nr30/04
o Warszawie!



Slavoj Zizek Witajcie na pustyni rzeczywistości
[komentarz po ataku na NYC] ["Magazyn Sztuki" on line 2001]

Współczesna amerykańska paranoja jest mniej więcej taka: mieszkaniec idyllicznego kalifornijskiego miasteczka - synonimu konsumpcyjnego raju - nagle zaczyna podejrzewać, że świat w którym żyje jest nieprawdziwy, że jest przedstawieniem odgrywanym po to, by go przekonać, że żyje w prawdziwym świecie, podczas gdy wszyscy otaczający go ludzie są aktorami i statystami monstrualnego show.

Tak dzieje się w filmie Petera Weira "Truman Show", w którym Jim Carrey gra małomiasteczkowego urzędnika, odkrywającego stopniowo, że jest bohaterem 24-godzinnego reality show: jego rodzinne miasteczko to gigantyczne studio, w którym przez cały czas obserwują go kamery.

Podobnie jest w filmie Philipa Dicka pt. "Time Out of Joint" z 1959 roku. Główny bohater prowadzi skromne życie w kalifornijskim miasteczku końca lat 1950. i stopniowo odkrywa, że całe miasto jest sceną, stworzoną po to, by go uszczęśliwić...

U podłoża obu filmów leży przekonanie, że Kalifornia - mityczna kraina rajskiej konsumpcji późnego kapitalizmu - jest, w samej rzeczy [w sensie hiper-rzeczywistym] NIEREALNA, pozbawiona materialnej substancji i właściwej jej inercji.

Można powiedzieć, że Hollywood przedstawia pozorowaną rzeczywistość nie bez powodu. Bowiem społeczeństwo konsumpcyjne samo zmienia "prawdziwe życie społeczne" w przedstawienie, w którym nasi sąsiedzi zachowują się w "prawdziwym" życiu jak aktorzy i statyści... W kapitalistycznym, utylitarnym, pozbawionym duszy wszechświecie następuje dematerializacja "prawdziwego życia", które zamienia się we własne przeciwieństwo: widmowy show.

Tę nierzeczywistość amerykańskiej codzienności dobrze zilustrował Christopher Isherwood posługując się przykładem motelu: "Amerykańskie motele są nierzeczywiste! (...) bo są tak zaprojektowane.(...) Europejczycy nie znoszą nas, bo życie zastąpiliśmy reklamą". W tej wypowiedzi odnajdujemy cień "kuli" Petera Sloterdijka - gigantycznej metalowej kuli, przykrywającej i izolującej całe miasto.

Dzisiejszą postmodernistyczną predominantę zapowiadały filmy science fiction takie, jak "Zardoz" czy "Logan's Run", które przedstawiały odseparowane, żyjące w technologicznej, higenicznej niszy grupy ludzi tęskniące za doświadczeniem prawdziwego świata i materialnego rozkładu.

W kultowym "Matrixie" braci Wachowski z 1999 roku logika ta osiągnęła apogeum: domniemana materialna rzeczywistość jest cyfrową projekcją generowaną przez mega-komputer, do którego podłączeni są wszyscy mieszkańcy Ziemi. Gdy główny bohater (grany przez Keanu Reevesa) trafia z Matrixu do "prawdziwej rzeczywistości" - zaśmieconych ruin przypominających Chicago po globalnej wojnie - przywódca rebeliantów Morpheus mówi do niego ironicznie: "Witaj na pustyni rzeczywistości".

Czy nie to samo wydarzyło się 11 września w Nowym Jorku? Czy Nowojorczycy nie zostali brutalnie wyrzuceni na "pustynię rzeczywistości"? Jedno jest pewne: nam - ludziom skorumpowanym przez Hollywood - krajobraz i huk upadających wież WTC kojarzył się z katastroficznymi scenami wielkich filmowych produkcji.

Gdy słyszymy, że atak był całkowicie nieoczekiwany, że był szokiem, że niewyobrażalne "Niemożliwe" wydarzyło się, powinniśmy przypomnieć sobie inną równie charakterystyczną katastrofę z początku XX wieku - zatonięcie Titanica. To także był szok. Ale i ta katastrofa została przewidziana przez ideologicznych fantastów, dla których Titanic był symbolem potęgi XIX-wiecznej cywilizacji industrialnej. Czy w przypadku ataku na WTC nie jest tak samo? Media bombardowały nas informacjami o groźbie terroryzmu a ilustrowały ją dosadnie produkcje filmowe (poczynając od "Ucieczki z Nowego Jorku" a kończąc na "Dniu Niepodległości"). Tak więc to, co nie do pomyślenia, było obiektem fantazji od dawna. W pewnym sensie Ameryka dostała to, o czym fantazjowała. I to było największą niespodzianką.

Właśnie teraz, gdy nie okrzepła jeszcze Rzeczywistość po katastrofie, musimy pamiętać o ideologicznych i fantasmagorycznych czynnikach determinujących percepcję owej katastrofy. Jeśli upadek wież WTC coś symbolizuje, to na pewno nie upadek staromodnego pojęcia "centrum finansowego kapitalizmu". Wieże WTC reprezentowały raczej centrum WIRTUALNEGO kapitalizmu - finansowych spekulacji oderwanych od sfery materialnej produkcji. Niszczącą siłę tego aktu terroru można tłumaczyć tylko w odniesieniu do przeszłości, a więc do czasów narodzin granicy oddzielającej cyfrowe Centrum Pierwszego Świata od "pustyni Rzeczywistości" Trzeciego Świata. Atak uzmysłowił nam, że żyjemy w wyizolowanym, sztucznym wszechświecie, który sam generuje poczucie zagrożenia personifikowane przez złowieszczego, szykującego nam zagładę, agenta.

Idąc tym tropem, Osama Bin Laden, domniemany "mózg" bombardowania, jest odpowiednikiem Ernesta Stavro Blofelda - super-kryminalisty dążącego do zniszczenia całego świata z filmowej serii Bonda. Warto zauważyć, że jedynym obrazem wytężonej pracy (intensywnego procesu produkcji narkotyków, konstruowania rakiety, która ma zniszczyć Nowy Jork...) jest odkryta przez Bonda sekretna kryjówka super-kryminalisty. Schwytawszy Bonda, super-kryminalista zabiera go na przechadzkę po swojej nielegalnej fabryce. W tej sekwencji wyczuwamy naiwną hollywoodzką fascynację realistycznością produkcji fabrycznej, a same sceny mają w sobie coś z socrealizmu. Funkcją Bonda, co oczywiste, jest wysadzić tę całą fabrykę w powietrze... Czy to nie jest tak - z tymi wieżami WTC - że nasza własna broń wobec groźnego świata Zewnętrznego obróciła się przeciwko nam?

Zagrożenia strefy bezpieczeństwa Amerykanie upatrują w ataku terrorystów z Zewnątrz. Terroryści są ludźmi gotowymi poświęcić własne życie, ale są JEDNOCZEŚNIE tchórzami, są niezwykle inteligentni i JEDNOCZEŚNIE barbarzyńscy. Gdy stajemy oko w oko z czystym złem z Zewnątrz, musimy przypomnieć sobie lekcję z Hegla: w czystej Zewnętrzności rozpoznać przedestylowany obraz Własnej esencji. (...) Jakkolwiek okrutnie by to nie brzmiało, powinniśmy także pamiętać, że skutki ataku na Nowy Jork są raczej symboliczne. Stany Zjednoczone zaledwie posmakowały tego, co na co dzień dzieje się na całym świecie, od Sarajewa po Grozny, od Rwandy i Kongo po Sierra Leone. Jeśli ktoś doda do sytuacji w Nowym Jorku wyborowych strzelców i gangi rabusiów, może zacząć rozumieć, czym dziesięć lat temu było Sarajewo.

Oglądany na ekranach telewizorów upadek dwóch wież WTC, ujawnił nieprawdziwość "telewizyjnych reality show", które dzieją się "na prawdę" tylko w tym sensie, że ich bohaterowie występują na scenie "grając" samych siebie. (...) Oczywiście "powrót do Rzeczywistości" może przyjąć inny obrót - prawicowi komentatorzy, m.in. George Will, natychmiast ogłosili koniec amerykańskich "wakacji od historii". (Oto wpływ rzeczywistości druzgocącej odosobnioną wieżę liberalnej tolerancji i uniwersyteckich Studiów Kulturalnych.) Ale jest to powrót tekstualny. Mówi się: teraz musimy oddać cios, walczyć z prawdziwymi wrogami w prawdziwym świecie... Ale KOMU oddać? Żaden cios sam dla siebie nie rozwiąże problemu. Uderza głupota planów ataku na Afganistan: czy zniszczenie przez najpotężniejszy kraj świata jednego z najbiedniejszych krajów nie będzie wymownym przykładem impotencji?

W pojęciu "starcia cywilizacji" tkwi częściowa prawda. Spójrzmy na zaskoczenie przeciętnego Amerykanina: "Jak to możliwe, że ci ludzie tak bardzo pogardzają własnym życiem?" Czy za tym zdziwieniem nie stoi smutny fakt, iż my mieszkańcy Pierwszego Świata nie potrafimy nawet wyobrazić sobie publicznej czy uniwersalnej Przyczyny, dla której ktoś byłby gotów poświęcić własne życie?

(...)

Atak ten zmienił jedno: odbudował poczucie solidarności - widok Afro-amerykanów pomagających przejść przez ulicę starszemu Żydowi, był jeszcze kilka dni temu nie do wyobrażenia.

Teraz, tuż po ataku, zatrzymaliśmy się w wyjątkowym czasie pomiędzy traumatycznym przeżyciem a jego symbolicznym znaczeniem. W tych dniach, gdy zostaliśmy głęboko zranieni a nie odczuwamy jeszcze bólu - kwestia symboliki tych wydarzeń wciąż jest otwarta. Nie wiadomo jaka będzie symboliczna skuteczność wydarzeń i jakie usprawiedliwione czyny wydarzenia te za sobą pociągną. Są już pierwsze złe znaki: dzień po ataku otrzymałem wiadomość od wydawcy gazety, która miała opublikować mój obszerny tekst o Lenie, że postanowiono odłożyć publikację. Tekst o Leninie wydał im się niestosowny tuż po bombardowaniu. Czy fakt ten nie zapowiada złowieszczych ideologicznych restrykcji?

Nie ZNAMY jeszcze ekonomicznych, ideologicznych, politycznych i wojennych konsekwencji tego wydarzenia, ale jedno jest pewne: Stany Zjednoczone, które dotąd uważały się za wyspę bezpieczeństwa, zostały boleśnie doświadczone. Reakcją obronną może być jeszcze większa izolacja, a jej konsekwencją wzmożona agresja wobec Świata Zewnętrznego ukoronowana paranoicznym odwetem. Amerykanie mogą również zaryzykować wyjście z izolacji. Zamiast powtarzać "Dlaczego to stało się u nas? Takie rzeczy nie powinny mieć TUTAJ miejsca!" mogą przekroczyć fantasmagoryczny ekran oddzielający ich Rzeczywistego świata, czyniąc mocno spóźniony krok od "Takie rzeczy nie powinny mieć TUTAJ miejsca!" do "Takie rzeczy nie powinny mieć miejsca NIGDZIE!".

Amerykańskie "wakacje od historii" były nieprawdą: Amerykański pokój okupiony był katastrofami, które miały miejsce gdzie indziej.

Lekcja jaka z tego płynie jest następująca: jedynym sposobem na to, by akt terroru nie powtórzył się TUTAJ, jest dbanie o to, by nie wydarzyło się to GDZIEKOLWIEK IDZIEJ.

Tłumaczenie Beata Maciejewska

 

 

archiwum_index