wybrane z archiwum:


Beata Maciejewska
Raport o cenzurze

Ewa Mikina
Felieton o niszczonych

Eulalia Domanowska
Demokratyczne skandale

Marek Wołodźko
Cenzura i tabu

Paul Virilio i Catherine David
Ślepe pole sztuki

nie przegap nr30/04
o Warszawie!



 archiwum   Magazyn Sztuki nr 13/1997
Pierre Delvy Drugi Potop
Tekst jest obszernym fragmentem tekstu opisującego fenomen cyberprzestrzeni zatyułowanego "Deuxieme Deluqe" [Drugi Potop] - napisanego na zlecenie Komisji Kultury Rady Europy (1996).

Wstęp: Potopy
W wywiadzie udzielonym w latach pięćdziesiątych Albert Einstein stwierdził, że w XX wieku wybuchły trzy potężne bomby: demograficzna, atomowa i telekomunikacyjna. To, co Einstein określił jako bombę telekomunikacyjną, mój przyjaciel Roy Ascott (jeden z pionierów i głównych teoretyków sztuki sieci), w obrazowym języku artysty nazwał "drugim potopem", potopem informacji. Telekomunikacja pociąga za sobą rodzaj potopu z powodu wykładniczego, wybuchowego i chaotycznego charakteru swego rozwoju. Liczba brutto dostępnych danych powiększa się i to coraz szybciej. W bankach informatycznych, hipertekstach i sieciach coraz bardziej zagęszczają się więzi między informacjami. Ludzie samowolnie nawiązują kontakty. To chaotyczny zalew informacji, strumień danych, niespokojne wody i zawirowania komunikacji, kakofonia i ogłuszający jazgot mediów, wojna obrazów, propagandy i kontrpropagandy, zamęt w umysłach. Bomba demograficzna jest także rodzajem potopu, niespotykanym zalewem demograficznym. W 1900 roku na ziemi żyło nieco ponad półtora miliarda ludzi. W 2000 roku będzie ich około 6 miliardów. Ludzie zalewają ziemię. Tak szybki i tak powszechny przyrost nie ma precedensu w całej historii.

I w końcu bomba atomowa. Potencjalnie zdolna do eksterminacji naszego gatunku symbolizuje niszczący charakter potopu. Terroru, prześladowań, głodu i masakr doświadczyliśmy w naszym stuleciu bardziej niż kiedykolwiek. Bomba atomowa - zastosowana broń, realna groźba i obietnica apokalipsy dla całego przyrostu demograficznego - przeciwstawia potop gwałtu potopowi demograficznemu. Genezis VI.5. "Kiedy zaś Jahwe widział, że wielka jest niegodziwość ludzi na ziemi i że usposobienie ich jest wciąż złe zesłał na ziemię potop". Bóg podjął więc próbę zgładzenia człowieka. To znaczy ludzie zdecydowali o własnym zniszczeniu. Co gorsza zaczęli to robić. Potop, walące się zapory, zrywane tamy, wysoka fala, niemożliwy do opanowania zalew odzwierciedla niepowstrzymany wzrost przemocy. Potop jest powszechną przemocą, zażartą wojną i klęską ekologiczną. Starcie człowieka z powierzchni ziemi nie jest karą boską, ale pokusą człowieka, fatalizmem samounicestwienia.

W obliczu niepowstrzymanego strumienia ludzkiego istnieją dwa przeciwstawne rozwiązania. Albo wojna, w jakiejkolwiek formie, pełna pogardy dla ludzkości, która jej doświadczy. A więc życie ludzkie traci swą wartość. Człowiek jest traktowany jak bydło lub jak mrówka. Wygłodzony, przerażony, wykorzystywany, deportowany, masakrowany.

Albo pochwała ludzkości, traktowanej jako nadrzędna wartość, jako cudowne, bezcenne zasoby. Aby Wartości nadać wartość, mimo trudności i konfliktów, niestrudzenie podejmujemy się nawiązania więzi między ludźmi różnego wieku i różnej płci, między narodami i kulturami. Drugie rozwiązanie, którego symbolem jest telekomunikacja, zakłada uznanie bliźniego, wzajemny kontakt, pomoc, współpracę, stowarzyszanie, negocjowanie, niezależnie od różnic poglądów i interesów. Telekomunikacja rzeczywiście daje możliwość przyjacielskich kontaktów na całym świecie, zgodnych z umową transakcji, przekazywania wiedzy, wymiany umiejętności i pokojowego odkrywania różnic.

Zgrupowanie ludzi o różnych horyzontach w jednej otwartej i interaktywnej tkance jest sytuacją całkiem niespotykaną i obiecującą, gdyż jest to pozytywna reakcja na przyrost demograficzny. Jest jednak także źródłem nowych problemów. Pragnąłbym poruszyć kilka kwestii wynikających z niezwykłego rozwoju cyberprzestrzeni (zwłaszcza tych, które związane są z kulturą: sztuka, edukacja lub urbanistyka), uzależnionych od interaktywnego, coraz powszechniejszego komunikowania się. W obliczu zalewu informacji refleksja nad pierwszym potopem ułatwi nam może stawienie czoła nowym czasom. Gdzie jest Noe? Co zabrać do arki?

Noe tworzy z chaosu niewielką, dobrze uporządkowaną całość. Dokonuje selekcji niezliczonych danych. Kiedy wszystko się wali, on troszczy się o to, by przetrwać, czyli przekazać informację. Mimo powszechnej paniki gromadzi z myślą o przyszłości.

Genezis VII.16 "Jahwe zamknął za nim". Arka jest zamknięta. Symbolizuje odtworzoną całość. Kiedy wszechświat szaleje, zorganizowany mikrokosmos odzwierciedla porządek przyszłego makrokosmosu. Ale czy wielki wszechświat będzie kiedyś podlegał jednolitemu porządkowi? Systemy, teorie, hierarchie wiedzy mogą na zewnątrz spowodować potop danych i idei. Nie znają nieporządku, a raczej otwartej wielorodności możliwych porządków. Ale wielorakość dojdzie wreszcie do głosu. Zalew informacji będzie trwał bez końca. Arka nie osiądzie na górze Ararat. Drugi potop nigdy się nie skończy. Ocean informacji jest bez dna. Potop to nowa kondycja, z którą musimy się pogodzić. Nauczmy nasze dzieci pływać, utrzymywać się na powierzchni, a może nawet sterować. Wśród powszechnego falowania jedno jest pewne: idea stałego lądu jest przedpotopowa.

Patrząc przez okienko swej arki, Noe, to znaczy każdy z nas, jak okiem sięgnąć widzi inne arki. Płyną po wzburzonym oceanie komunikacji numerycznej. Każda z nich dokonała własnej selekcji. Każda pragnie ocalić różnorodność. Każda chce przekazać informację. Arki będą dryfować bez końca po powierzchni wód.

Oto jedna z głównych tez tego opracowania: cyberkultura jest przejawem tworzenia nowej uniwersalności. Od dotychczasowych form kulturowych różni ją to, że wykorzystuje nieokreśloność wszelkiego ogólnego znaczenia. Rzeczywiście, im bardziej cyberkultura rozprzestrzenia się, staje się "uniwersalna", tym trudniej totalnie ująć świat informacji. Pozbawiona totalności uniwersalność jest paradoksalną istotą cyberkultury. Jest w pełni zrozumiała jedynie wtedy, gdy umieści się ją w perspektywie dotychczasowych przeobrażeń komunikacji.

W społeczeństwach wykorzystujących przekaz ustny komunikaty, zawsze odbierano w kontekście, w jakim powstawały. Wraz z pojawieniem się pisma, teksty odrywają się od żywego kontekstu, z którego się wywodzą. Można przeczytać wiadomość spisaną przed pięcioma wiekami lub zredagowaną w odległości pięciu tysięcy kilometrów, co często rodzi poważne problemy związane z odbiorem i interpretacją. Aby poradzić sobie z takimi trudnościami, niektóre rodzaje wiadomości są tworzone specjalnie tak, by zachować jednakowe znaczenie niezależnie od kontekstu odbioru (miejsce i epoka): są to wiadomości "uniwersalne" (dotyczą nauki, religii, praw człowieka itp.). Owa uniwersalność powstaje dzięki swoistemu zamknięciu lub niezmienności znaczenia. Uniwersalność oparta na statycznym zapisie jest więc "totalizująca". Zgodnie z moją hipotezą, cyberkultura umożliwia współobecność przekazu i jego kontekstu, który istniał w społeczeństwach przekazu ustnego, choć na inną skalę i na innej orbicie. Nowa uniwersalność nie wynika już z samowystarczalności te-kstów, stałości lub niezależności znaczeń, mniej istotnych, gdy zagłębiamy się w sieciach. Tworzy się i rozprzestrzenia dzięki wzajemnemu połączeniu wiadomości, ich stałemu kontaktowi z tworzonymi wirtualnie społecznościami, które nasycają je ciągle zmieniającym się bogactwem znaczeń.

Arka pierwszego potopu była jedyna, szczelna, zamknięta, totalizująca. Arki drugiego potopu płyną w towarzystwie. Wymieniają sygnały i zwierzęta. Wzajemnie się zapładniają. Zawierają niewielkie całości, nie pretendując do uniwersalizmu. Tylko potop jest uniwersalny. Ale nie sposób ująć go kompleksowo. Noego trzeba wyobrazić sobie jako kogoś skromnego.

Genezis VII.23 "Wszystko zostało doszczętnie wytępione z ziemi. Pozostał tylko Noe i to, co z nim było w arce". Ratunkowa akcja Noego wydaje się niemal dopełnieniem eksterminacji. Pretendująca do uniwersalności totalność zatapia to, co odrzuciła. Tak tworzą się cywilizacje i umacnia imperialna uniwersalność. W Chinach Żółty Cesarz rozkazał zniszczyć niemal wszystkie teksty powstałe przed jego panowaniem. Który Cezar, który zwycięski barbarzyńca kazał spalić bibliotekę Aleksandrii, aby uporać się z helenistyczną graciarnią? Hiszpańska inkwizycja rozniecała stosy, na których szedł z dymem Koran, Talmud i niezliczone dzieła pełne natchnienia i przemyśleń. Potworne stosy hitlerowskie, książki palone na placach Europy, gdzie dogorywała inteligencja i kultura. Pierwsze próby zatarcia śladów miały być może miejsce w najstarszym z imperiów, w Mezopotamii, skąd pochodzi pismo i opis potopu wcześniejszy od Biblii. Sargon d'Agade, król czterech państw, pierwszy w historii cesarz, kazał wrzucić do Eufratu tysiące glinianych tabliczek zawierających prastare legendy, zalecenia mędrców, podręczniki medycyny i magii spisywane przez całe pokolenia skrybów. Przez chwilę jeszcze czytelne, znaki zatarły się pod wpływem działania wody. Porwane przez wiry, wygładzone przez prądy, tabliczki pomału rozmiękały, stając się gładkimi krążkami gliny. Wkrótce wtopiły się w błota rzeki i zamieniły w nanoszony powodzią muł. Głosy umilkły na zawsze. Nie doczekają się echa ani odpowiedzi.

Nowy potop nie zaciera jednak śladów pozostawionych przez umysł. Unosi je wszystkie razem. Nie sposób spalić owej płynnej, wirtualnej, równocześnie gromadzonej i rozrzucanej biblioteki Babla. Niezliczone głosy dźwięczące w cyberprzestrzeni będą nadal podnosiły się i odpowiadały sobie echem. Wody potopu nie zatrą wyrytych znaków, bo same są jego strumieniem.

Telekomunikacja może jednak służyć prowadzeniu wojny. Choć równowaga strachu utrzymała pozory pokoju, nic nie jest proste. Ale skupmy przez chwilę uwagę na podstawowym przeznaczeniu i działaniu potężnego narzędzia, jakim jest telekomunikacja. Bomba zabija. Telefon czy Internet umożliwiają komunikowanie. Po raz pierwszy w tym stuleciu stali i szaleństwa, obydwa stworzyły konkretną jedność gatunku ludzkiego. Śmiertelne zagrożenie całego gatunku za sprawą bomby atomowej, planetarny dialog za sprawą telekomunikacji.

Technonauka zrodziła zarówno ogień nuklearny, jak i interaktywne sieci. Jednak ani zbawienie, ani potępienie nie wynikają z "Techniki". Zawsze ambiwalentne, techniki rzutują w świat materialny nasze emocje, zamiary i projekty. Zbudowane przez nas urządzenia dają nam władzę. Ale wybór jest w naszych rękach i ciąży na nas zbiorowa odpowiedzialność. Net czy napalm? Pokusa zamknięcia czy uniwersalne otwarcie?

Techniczna infrastruktura wirtualności

Pojawienie się cyberprzestrzeni

Pierwsze komputery (programowane kalkulatory z zarejestrowanym programem) pojawiły się w Anglii i Stanach Zjednoczonych w 1945 roku. Przez długi czas stosowano je tylko w armii do prowadzenia naukowych obliczeń. Do powszechnego użytku weszły w latach sześćdziesiątych. Już wówczas łatwo było przewidzieć, że możliwości sprzętu komputerowego będą nieustannie rosły. Nikt jednak nie przypuszczał - oprócz kilku wizjonerów -że powszechna wirtualizacja informacji i komunikacji tak bardzo wpłynie na podstawowe parametry życia społeczeństw. Komputery były w tamtych czasach ogromnymi maszynami do liczenia, nietrwałymi, odosobnionymi w oziębianych pomieszczenich, z perforowanymi kartami podawanymi przez naukowców w białych fartuchach. Od czasu do czasu wypluwały nieczytelne listingi. Informatyka służyła obliczeniom naukowym, statystykom państwa i potężnych firm oraz rozbudowanemu zarządzaniu (np. listy płac).

Prawdziwy przełom nastąpił w latach siedemdziesiątych. Opracowanie i komercjalizacja mikroprocesora (jednostka obliczeń arytmetycznych i logicznych w postaci małego układu scalonego) uruchomiła szereg procesów ekonomicznych i społecznych o wielkim zasięgu.

Rozpoczęła się nowa faza automatyzacji produkcji przemysłowej: robotyzacja, numerycznie sterowane obrabiarki itp. Rozpoczęła się też automatyzacja niektórych dziedzin, takich jak banki i ubezpieczenia. We wszystkich sektorach gospodarki rozpowszechniły się następnie systematyczne działania mające na celu wzrost produktywności dzięki kompleksowemu zastosowaniu aparatury elektronicznej, komputerów oraz sieci komunikacji informatycznej. Tendencja ta utrzymuje się do dziś.

Ponadto, z kontrkultury zrodził się w Kalifornii prawdziwy ruch społeczny, który sięgnął po nowe możliwości techniczne i wydał komputer osobisty. Od tego czasu komputer wymknął się działom informatycznym dużych przedsiębiorstw i zawodowym programistom, by stać się narzędziem pozwalającym na tworzenie (teksty, obrazy, muzyka), organizowanie (bazy danych, arkusze kalkulacyjne), symulowanie (arkusze kalkulacyjne, wspomaganie podejmowanych decyzji, programy badawcze) oraz rozrywkę (gry), narzędziem dostępnym coraz większej grupie ludności krajów rozwiniętych.

W latach osiemdziesiątych pojawiły się współczesne multimedia. Informatyka stopniowo utraciła swój status techniczny i przemysłowy, wtapiając się w telekomunikację, działalność wydawniczą, kino i telewizję. Zapis numeryczny wkroczył najpierw do produkcji i nagrań muzyki. Nieco później pojawiły się nowe formy przekazu interaktywnego. Lata osiemdziesiąte to sukces gier video i tryumf przyjaznej dla użytkownika informatyki (interfejsy graficzne i interakcje sensoryczno-motoryczne, hiperdokumenty, CD-ROM). Na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych szybko nabrał światowego znaczenia nowy ruch społeczny i kulturalny powstały wśród młodych profesjonalistów wielkich metropolii i amerykańskich uniwersytetów. Nie kierowany przez jakąkolwiek instancję centralną, nastąpił proces łączenia różnych sieci komputerowych powstających od końca lat siedemdziesiątych. W szalonym tempie wzrosła nagle liczba osób i komputerów przyłączonych do tej sieci. Jak w wypadku wynalezienia komputera osobistego, spontaniczny i nieprzewidywalny trend kulturowy narzucił nowy bieg rozwojowi techniczno-ekonomicznemu. Technologie numeryczne pojawiły się wówczas jako infrastruktura cyberprzestrzeni, nowa przestrzeń umożliwiająca komunikację, towarzyskie kontakty, organizowanie się i prowadzenie transakcji. Powstał także nowy rynek informacji i wiedzy. Nie interesuje nas technika jako taka. Konieczne jest jednak ukazanie najważniejszych tendencji współczesnej ewolucji technicznej, aby czytelnik mógł świadomie śledzić towarzyszące jej przemiany społeczne i kulturowe. W tej dziedzinie należy uwzględnić przede wszystkim wykładniczy wzrost możliwości sprzętu (szybkość obliczeń, pojemność pamięci, przepływ informacji) połączony ze stałym spadkiem jego cen. Równolegle, oprogramowania wykorzystują konceptualne i teoretyczne udoskonalenia, na jakie pozwala większa moc sprzętu. Niezależnie od aparatury i sieci, producenci programów poświęcają się tworzeniu coraz bardziej "transparentnej" i dostępnej przestrzeni pracy oraz komunikacji.

Wpływ wirtualności na zwyczaje społeczeństw musi uwzględnić stałe dążenie do zwiększania mocy, obniżania kosztów oraz przekraczania dotychczasowych granic, nie zaś zakładać niezmienność technicznych i ekonomicznych ram. Wszystko wskazuje na to, że owe trzy tendencje będą kontynuowane w przyszłości. Nie można natomiast przewidzieć ilościowych zmian, które przyniesie owa fala, ani też sposobu, w jaki wykorzysta i podporządkuje je sobie społeczeństwo. Tu właśnie dojdzie do zderzenia różnych projektów, zarazem technicznych, ekonomicznych, jak i społecznych.

Zapis numeryczny, czyli wirtualizacja informacji

Rozdział ten jest poświęcony nowym aspektom przekazów mnożących się w komputerach i sieciach komputerowych, jak hiperteksty, hiperdokumenty, interaktywne symulacje i światy wirtualne. Podejmę próbę wyjaśnienia faktu, iż rozumiana w bardzo ogólny sposób wirtualność jest wyróżniającą cechą nowego oblicza informacji.

Ogólnie o wirtualności

Uniwersalizacja cyberkultury upowszechnia współobecność i interakcje wszelkich punktów przestrzeni fizycznej, społecznej lub informacyjnej. Tak ujęta, jest ona komplementarna wobec drugiej zasadniczej tendencji, jaką jest wirtualizacja.

Termin "wirtualność" może mieć co najmniej potrójne znaczenie: techniczne (w powiązaniu z informatyką), ogólne oraz filozoficzne. Fascynację wywołaną rzeczywistością wirtualną zawdzięczamy w dużej mierze pomieszaniu tych trzech znaczeń. W ujęciu filozoficznym wirtualne jest to, co istnieje potencjalnie, a nie jako akt. Jest to dziedzina przyczyn i problemów dążących do rozwiązania poprzez aktualizację, Wirtualność wyprzedza rzeczywistą lub formalną konkretyzację (drzewo jest wirtualnie obecne w nasieniu). W ujęciu filozoficznym wirtualność jest oczywiście bardzo istotnym wymiarem rzeczywistości. Ale w rozumieniu potocznym termin wirtualność oznacza często nierealność, rzeczywistość zakładającą materialne spełnienie, namacalną obecność. Pojęcie "rzeczywistość wirtualna" jawi się wówczas jako oksymoron, tajemnicza sztuczka kuglarska. Na ogół sądzi się, że jakaś rzecz powinna być albo rzeczywista, albo wirtualna - nie może więc posiadać równocześnie tych dwóch właściwości. Rozumując jednak z filozoficzną ścisłością, wirtualność nie jest zaprzeczeniem rzeczywistości, ale aktualności: wirtualność i aktualność są jedynie dwoma różnymi sposobami rzeczywistości. Choć istotą nasienia jest wydanie drzewa, wirtualność drzewa jest w pełni realna (aczkolwiek jeszcze nieaktualna).

Wirtualna jest jednostka "zdeterytorializowana", zdolna do wielu konkretnych przejawów w różnych momentach i w określonych miejscach, nie uzależniona jednak od konkretnego miejsca lub chwili. Posłużmy się przykładem spoza sfery technicznej: słowo jest istotą wirtualną, Wyraz "drzewo" zawsze jest wymawiany w jakimś miejscu, jakiegoś dnia i o jakiejś porze. Wymówienie tego elementu leksykalnego nazwie się jego "aktualizacją". Ale słowo samo w sobie, gdzieś wymawiane lub aktualizowane, jako takie jest wszędzie nieobecne i oderwane od każdej konkretnej chwili (chociaż nie zawsze ono istniało). Wirtualność jest rzeczywista, choć nie można jej przypisać żadnej współrzędnej przestrzenno-czasowej. Słowo istnieje naprawdę. Wirtualność istnieje, choć jej tu nie ma. Dodajmy, że aktualizacje tej samej istoty wirtualnej mogą się wzajemnie bardzo różnić i że aktualność nigdy nie jest całkowicie predeterminowana za pomocą wirtualności. Toteż z punktu widzenia akustyki, jak i na płaszczyźnie semantycznej, żadna aktualizacja słowa nie przypomina dokładnie innej. Zawsze może pojawić się nieprzewidziana wymowa (pojawienie się nowych głosów) lub znaczenie (wymyślenie nowych zdań). Wirtualność jest nieskończonym źródłem aktualizacji.

Cyberkultura wiąże się z wirtualnością w dwojaki sposób: bezpośredni i pośredni. Bezpośrednio, numeryzacja informacji może być utożsamiana z wirtualizacją. Informatyczne kody zapisane na dyskietkach lub twardych dyskach komputerów - niewidoczne, łatwe do skopiowania lub do przerzucenia z jednego węzła sieci do drugiego - są niemal wirtualne, gdyż prawie niezależne od określonych współrzędnych przestrzenno-czasowych. W sieciach komputerowych informacja jest oczywiście fizycznie umieszczona w jakimś miejscu, ma określony nośnik, ale jest także wirtualnie obecna w każdym punkcie sieci, w którym ją wywołamy.

Informację numeryczną (od O do 10) również można nazwać wirtualną, jako taka jest bowiem niedostępna dla człowieka. Bezpośrednio można poznać jedynie jej aktualizację za pomocą takiego czy innego sposób wywołania. Nieczytelne dla nas kody informatyczne w pewnych miejscach, teraz lub później, aktualizują się w formie czytelnych tekstów, obrazów widocznych na ekranie lub na papierze i uchwytnych w sferze dźwięków.

Obraz, który został zaobserwowany w trakcie badania "wirtualnej rzeczywistości" nie był na ogół rejestrowany jako taki w pamięci informatycznej. Najczęściej bywał naliczany w czasie rzeczywistym (w danej chwili i na polecenie) na podstawie matrycy informatycznej zawierającej opis wirtualnego świata. Komputer syntetyzuje obraz w zależności od danych (stałych) owej matrycy oraz informacji (zmiennych) dotyczących "pozycji" badającego i jego wcześniejszych działań. Traktowany jako zespół numerycznych kodów, wirtualny świat jest potencjalnymi obrazami, podczas gdy jego wygląd na ekranie, projekcja zanurzająca się w potencjalnym świecie aktualizuje ów potencjał poprzez szczegółowe zastosowanie. Owa dialektyka potencjału/ obliczeń i zależnej od kontekstu projekcji cechuje większość dokumentów lub zespołów informacji o nośniku numerycznym.

Rozwój sieci numerycznych pośrednio ułatwia wirtualizacje inne niż te, które związane są z informacją sensu stricte. Wraz z zapisem numerycznym, za wirtualnością podąży komunikacja, wykorzystując wcześniejsze techniki jak pismo, rejestrowanie dźwięku i obrazu, radio, telewizja i telefonia. Cyberprzestrzeń ułatwia kontakty niemal całkiem niezależne od miejsca geograficznego (telekomunikacja, teleobecność) i czasowej równo-czesności (komunikacja asynchroniczna). Nie jest to całkowitą nowością, gdyż już telefon przyzwyczaił nas do komunikacji interaktywnej. Dzięki poczcie (czy ogólniej dzięki pismu) dysponujemy starą tradycją wzajemnej, asynchronicznej i odbywającej się na odległość komunikacji. Jednakże tylko techniczne właściwości cyberprzestrzeni umożliwiają członkom ludzkiej społeczności (o dowolnej liczbie) wzajemne uzgadnianie, współpracę, zasilanie i konsultowanie wspólnej pamięci - i to niemal w czasie rzeczywistym - mimo różnego położenia geograficznego i różnych stref czasowych. Prowadzi nas to bezpośrednio do wirtualizacji organizacji, które za pomocą narzędzi cyberkultury stają się w coraz mniejszym stopniu zależne od określonego miejsca, rozkładu pracy i długookresowego planowania. Podobnie z dokonującymi się w cyberprzestrzeni transakcjami ekonomicznymi i finansowymi, które coraz bardziej akcentują swój wirtualny charakter, istniejący odkąd wymyślono pieniądz i banki.

Podsumujmy: rozwój cyberprzestrzeni towarzyszy i nadaje tempo ogólnej wirtualizacji gospodarki i społeczeństwa. Wychodząc od substancji i przedmiotów dochodzimy do procesów, będących ich źródłem. Cofamy się od terytoriów do ruchomych sieci, które je waloryzują i zarysowują. Od procesów i sieci przechodzimy do kompetencji i scenariuszy, które nimi kierują, mających jeszcze bardziej wirtualny charakter. Nośniki grupowej inteligencji cyberprzestrzeni wzbogacają kompetencje i umożliwiają im współdziałanie. Poczynając od projektowania, a kończąc na strategii, zasila się scenariusze przy pomocy symulacji i danych udostępnianych przez numeryczny świat.

Cyberprzestrzeń czyli wirtualizacja komunikacji

Co to jest cyberprzestrzeń?

Termin "cyberprzestrzeń" został użyty w 1984 roku przez Williama Gibsona w powieści fanastycznonaukowej zatytułowanej Neuromancer. Oznaczał on świat numerycznych sieci traktowanych jako pole bitwy, na którym ścierają się światowe koncerny. Stawka, o jaką walczą, to nowa granica gospodarcza i kulturowa. W wymienionej książce badanie cyberprzestrzeni ujawnia fortece tajnych informacji chronionych przez niedostępne programy, wyspy otoczone oceanami danych, które w szalonym tempie przekształcają się i wymieniają wokół planety. Niektórzy bohaterowie są w stanie "fizycznie" dostać się do tej przestrzeni danych, by przeżyć w niej najrozmaitsze przygody. Cyberprzestrzeń Gibsona uwidacznia zmienną, zazwyczaj ukrytą geografię informacji. Termin ten został natychmiast przyjęty przez użytkowników i twórców sieci numerycznych. Istnieje dziś na świecie ogromne bogactwo prądów literackich, muzycznych, artystycznych czy nawet politycznych odwołujących się do "cyberkultury".

Moja definicja cyberprzestrzeni jest następująca: jest to przestrzeń otwartego komunikowania się za pośrednictwem połączonych komputerów i pamięci informatycznych pracujących na całym świecie. Definicja ta uwzględnia wszystkie systemy komunikacji elektronicznej (w tym również sieci wykorzystujące fale Hertza i klasyczne sieci telefoniczne), które przesyłają informacje pochodzące ze źródeł numerycznych lub przeznaczone do numeryzacji. Podkreślam fakt numerycznego kodowania, gdyż warunkuje on charakter informacji. Charakter plastyczny, płynny, obliczalny z dużą dokładnością i przetwarzalny w czasie rzeczywistym, hipertekstualny, interaktywny i wreszcie wirtualny. Uważam go za znamienną cechę cyberprzestrzeni. To nowe środowisko umożliwia współdziałanie i sprzęganie wszystkie narzędzi tworzenia informacji, rejestrowania, komunikacji i symulacji. Perspektywa powszechnej numeryzacji informacji i przekazów uczyni prawdopodobnie z cyberprzestrzeni główny kanał informacyjny i główny nośnik pamięciowy ludzkości, poczynając od pierwszych lat przyszłego stulecia.

Krytyka krytyki

Funkcje refleksji krytycznej

Cyberkultura zrodziła się z ruchu społecznego o wielkim zasięgu. Ruch ten zapowiada i kształtuje głębokie przemiany cywilizacyjne. Rolą refleksji krytycznej jest oddziaływanie na ich kierunek i sposoby realizacji. Krytyka progresywistyczna może w szczególności doprowadzić do wyodrębnienia najbardziej pozytywnych i oryginalnych aspektów trwającej ewolucji. Przyczyni się do tego, by wielka góra cyberprzestrzeni nie urodziła myszy, jaką byłoby przedłużenie "mediatyczności" na większą skalę czy też najzwyklejsze nadejście planetarnego supermarketu on-line.

Wiele jest jednak zaślepienia i konserwatyzmu w wypowiedziach pretendujących do miana "krytycznych". Wypowiadający je nie znając bieżących przemian, nie są zdolni do oryginalnych koncepcji, odpowiadających specyfice cyberkultury. Krytykuje się "ideologię (lub utopię) komunikacji" nie dokonując rozróżnienia między telewizją a internetem. Wyraża się obawę przed dehumanizującą Techniką, podczas gdy wszystko zależy od wyboru spośród technik i od rozmaitych zastosowań owych technik. Ubolewa się nad coraz większym pomieszaniem pojęć rzeczywisty i wirtualny, nic nie zrozumiawszy z wirtualizacji będącej wszystkim z wyjątkiem odrealnienia świata (jest ona przede wszystkim rozszerzeniem możliwości człowieka). Brak wizji przyszłości, porzucenie funkcji wyobrażania i antycypowania w refleksji doprowadziło w końcu do oddania pola komercyjnej reklamie. Niezwłocznie należy - odnosi się to także do krytyki - rozpocząć krytykę "swoistej krytyki", rozchwianą przez nową ekologię komunikacji.

Należy zbadać zwyczaje i umysłowe reakcje, które w coraz mniejszym stopniu odpowiadają współczesnym wyzwaniom.

Krytyka totalitaryzmu czy obawa przed utratą totalności

Opinia, według której rozwój cyberprzestrzeni zagraża cywilizacji i wartościom humanistycznym, wynika w dużym stopniu z pomieszania pojęć uniwersalności i totalności. Staliśmy się nieufni wobec tego, co wygląda na uniwersalne, ponieważ niemal zawsze uniwersalizm był głoszony przez zwycięskie imperia i tych, którzy dążyli do dominacji, niezależnie, czy była ona doczesna czy duchowa. Cyberprzestrzeń natomiast - przynajmniej dotąd - proponuje raczej akceptację niż dominację. Nie jest to narzędzie transmisji z kilku ośrodków (jak prasa, radio czy telewizja), ale interaktywnej komunikacji między grupami ludzkimi, umożliwiające kontaktowanie się niejednorodnych wspólnot. Ci, którzy widzą w cyberprzestrzeni niebezpieczeństwo "totaiitaryzmu", stawiają całkiem błędną diagnozę.

Prawdą jest, że niektóre państwa i mocarstwa gospodarcze wykradają korespondencję, dane, zbiory i oddają się w cyberprzestrzeni manipulacjom lub operacjom mającym na celu dezinformację. To nic nowego. Znamy to z przeszłości, choć stosowano wówczas inne metody. Wykorzystywano pocztę, telefon czy tradycyjne media. Narzędzia komunikacji numerycznej są potężniejsze, pozwalają więc szkodzić na większą skalę. Ale należy też zauważyć, że instrumenty szyfrowania i rozszyfrowywania, dostępne już zwykłym obywatelom, są częściową odpowiedzią na takie zagrożenie. Powtórzę ponadto, że telewizja i prasa są narzędziem manipulacji i dezinformacji znacznie skuteczniejszym od Internetu, ponieważ mogą narzucić "jedyną" wizję rzeczywistości i uniemożliwić krytyczną reakcję i konfrontację odmiennych stanowisk. Można było to wyraźnie odczuć podczas wojny w Zatoce Perskiej. Różnorodność źródeł i otwarta dyskusja jest natomiast właściwa funkcjonowaniu cyberprzestrzeni, która z zasady nie podlega kontroli.

Raz jeszcze twierdzę, że utożsamianie cyberkultury z groźbą "totalitaryzmu" wynika z głębokiego niezrozumienia jej natury oraz procesu kierującego jej rozprzestrzenianiem. Prawdą jest, że cyberkultura buduje przestrzeń uniwersalną, ale - jak usiłowałem to wykazać - chodzi o uniwersalność bez totalności. Dochodzimy tu do sedna problemu. Czyż to właśnie nie obecnie trwająca detotalizacja tak naprawdę niepokoi zawodowych "krytyków"? Czy potępienie nowych, interaktywnych i transwersalnych środków komunikacji nie jest echem odwiecznej tęskonty za porządkiem i autorytetem? Czy nie demonizuje się "wirtualności", by nie naruszyć silnie zakorzenionej "rzeczywi-stości", uprawomocnionej najlepszym państwowym i mediatycznym "zdrowym rozsądkiem"? Ci, których rola polegała na wyznaczaniu granic i terytoriów czują się zagrożeni w obliczu owej wymykającej się, transwersalnej i wielobiegunowej komunikacji. Strażnicy dobrego gustu, gwarantujący jakość, nieuniknieni pośrednicy i rzecznicy czują się zagrożeni w obliczu nowo tworzących się, coraz bardziej bezpośrednich kontaktów między wytwórcami a użytkownikami informacji.

Czy postępowa dotąd krytyka stanie się konserwatywna?

Sceptycyzm i systematyczny krytycyzm odegrały pozytywną rolę w XVIII wieku, w epoce politycznego absolutyzmu, kiedy nie wywalczono jeszcze wolności słowa. Wydaje się jednak, że sceptycyzm i krytyka zmieniły dziś front. Coraz częściej służą jako alibi dla zblazowanego konserwatyzmu czy nawet bardzo reakcyjnych postaw. W poszukiwaniu tego, co spektakularne i sensacyjne, współczesne media nie przestają pokazywać najbardziej ponurych aspektów aktualnych wydarzeń. Obwiniają polityków, uważają za swój obowiązek ujawniać "niebezpieczeństwa" lub ujemne wpływy rozpowszechniania w świecie gospodarki czy rozwoju technologicznego. Wykorzystują strach, jedno z uczuć, które najłatwiej wywołać. Rola myślicieli polega prawdopodobnie nie na szerzeniu paniki, przez powielanie frazesów wielonakładowej prasy i telewizji, ale na ponownym analizowaniu świata, proponowaniu głębszego zrozumienia i nowych horyzontów współczesnej myśli zalanej mediatycznym przekazem. Czy oznacza to, że intelektualiści i osoby, których zawodem jest myślenie, powinni porzucić wszelką perspektywę krytyczną? W żadnym wypadku. Należy jednak zrozumieć, że postawa krytyczna jako taka, zwykła reminiscencja czy parodia krytyki z XVIII i XIX wieku, nie zapewnia już dziś otwarcia poznawczego ani postępu ludzkości. Trzeba teraz dokonać dokładnego rozróżnienia krytyki odruchowej, mediatycznej, konwencjonalnej, konserwatywnej, będącej alibi dla istniejących ośrodków władzy i wymówką dla intelektualnej ospałości od krytyki w działaniu, pełnej wyobraźni, zwróconej ku przyszłości, towarzyszącej ruchowi społecznemu. Nie każda krytyka jest myśląca.

Dwoista potęga

Współczesne przyspieszenie biegu do wirtualności i uniwersalności nie może być ograniczone ani do "społecznego oddziaływania nowych technologii" ani do powstania jakiejś szczególnej dominacji - ekonomicznej, politycznej czy społecznej. Wyczuwa się, jak bardzo propozycje te byłyby ubogie, ograniczone czy nawet absurdalne. Chodzi raczej o ogólny trend cywilizacyjny, rodzaj antropologicznej przemiany, gdzie niezależnie od rozwoju cyberprzestrzeni łączą się takie zjawiska, jak przyrost demograficzny, urbanizacja, zagęszczanie transportu (i wynikające stąd przemieszczanie osób), rozwój techniczny i naukowy, wzrost (nierównomierny) poziomu wykształcenia ludności, wszechobecność mediów, rozprzestrzenianie produkcji i wymiany, międzynarodowa integracja finansowa, dojście do głosu wielkich ponadnarodowych ugrupowań, ewolucja idei zmierzająca do globalnej świadomości dotyczącej ludzkości i planety.

Nasz gatunek wzmaga swą własną obcość i potęgę. Czyniąc swe kontakty coraz bardziej złożonymi i intensywnymi, znajdując nowe formy języka i komunikacji, mnożąc swe środki techniczne, staje się jeszcze bardziej ludzki. To odbywające się dziś stopniowe odkrywania istoty człowieka nie zapowiada wcale jednostronnie lepszego jutra czy nadmiernej szczęśliwości. Tendencjom do uniwersalności i wirtualności towarzyszy pogłębianie się nierówności między biednymi a zamożnymi, między regionami centralnymi i strefami poszkodowanymi, między uczestnikami uniwersalności a tymi, którzy są z niej wykluczeni. Zrywają one lub spychają na margines istniejące od wieków przekazy, osłabiają miejscową sztukę życia należącą do najcenniejszego dziedzictwa naszego gatunku, gwałtownie zakłócają świat wyobrażeń organizujący to, co subiektywne. Powodują nowe podziały terytorialne, koncentrowanie się na swych odrębnościach, zacieśnianie tożsamości. W pewnym sensie, poczynając od buntów w gettach i powstań fundamentaiistów aż do zalewu mafii, światowa wojna cywilna wyraża rozdarcie ludzkości. A przecież doświadczanie wirtualności jest tylko wybiegiem, gromadzeniem mającym na celu realizację liczniejszych i potężniejszych aktualizacji. Obawa przed "odrealnieniem świata" jest nieuzasadniona.

A przecież wyzbyta z totalności uniwersalność cyberkultury sprzyja odmienności i nadaje jej wartość, umożliwiając jak największym rzeszom dostęp do publicznej wypowiedzi. Wobec opóźniającej się wojny, obawa przed "kontrolą", totalitaryzmem czy jednorodnością mierzy do fałszywego celu. Tego wszystkiego należy się spodziewać ze strony tradycyjnych mediów oraz autorytatywnych i zhierarchizowanych form społecznych.

Choć bierny potencjał cyberkultury pozwala człowiekowi na osiągnięcie nowej potęgi, nie jest gwarantem pokoju ani szczęścia. Fakt, że stajemy się bardziej ludzcy, powinien budzić czujność, gdyż tylko człowiek jest nieludzki, i to właśnie proporcjonalnie do swej ludzkiej natury.

Pytania bez odpowiedzi

Pragnąłbym teraz określić kilka głównych problemów związanych z rozwojem cyberkultury, nie dążąc jednak do ich "rozwiązania". Procesy społeczno-historyczne są otwarte, nieokreślone, wciąż ponawiane i na nowo formułowane, ale żadna werbalna, teoretyczna odpowiedź nigdy nie zdoła ich definitywnie rozwiązać. Ciągle prowizoryczne odpowiedzi są częścią całego procesu społeczno-technicznego, dotyczącego każdego z nas, zgodnie ze skalą i ukierunkowaniem możliwości działania. Nikt jednak nie jest wstanie opanować ich całkowicie i definitywnie. Wybrałem cztery "pytania bez odpowiedzi". Wszystkie odnoszą się do treści i znaczenia cyberkultury. Pierwsze (Czy cyberkultura prowadzi do wykluczenia?) jest oczywiście głównym pytaniem stojącym przed światową społecznością, dla której wykluczenie (to znaczy współczesna forma tyranii, niesprawiedliwości społecznej i nędzy) jest jedną z podstawowych bolączek. Drugie (Czy zagraża językom i kulturom?) podważa wnioski niniejszego raportu dotyczące braku totalności, który cechuje cyberkulturę. Natomiast trzecie pytanie (Czy cyberkultura nie jest synonimem chaosu i pomieszania pojęć?) zakłada brak totalności i przedstawia ewentualne negatywne aspekty tego zjawiska. Czwarte pytanie (Czy cyberkultura zerwała z wartościami współczesnej nowoczesności?) po raz ostatni pozwoli mi wykazać, w jaki sposób cyberkultura kontynuuje i realizuje ideały filozofii oświeceniowej i wielkiego europejskiego prądu dążącego do wyzwolenia człowieka. Sugerowałbym jednak, aby niezależnie od ciągłości wezwała do radykalnej odnowy politycznej i społecznej refleksji oraz by odmieniła znaczenie samego pojęcia kultury.

l. Czy cyberkultura jest źródłem wykluczenia?

Często uważa się, że rozwój cyberkultury mógłby się stać dodatkowym czynnikiem nierówności i wykluczenia, zarówno wśród klas danego społeczeństwa, jak i narodów zamożnych oraz biednych. Jest to realne zagrożenie. Dostęp do cyberkultury wymaga infrastruktury umożliwiającej komunikację i obliczenia (komputery). Jest on kosztowny dla regionów rozwijających się. Ponadto, opanowanie umiejętności niezbędnych przy montażu i utrzymaniu ośrodków-serwerów wymaga znacznych inwestycji. Załóżmy jednak, że dysponuje się dostępem do sieci i sprzętem koniecznym do konsultowania, wytwarzania i przechowywania informacji numerycznych. Należy jeszcze pokonać przeszkody "ludzkie". Są to instytucjonalne, polityczne i kulturowe sprzeciwy wobec interaktywnego i poprzecznego komunikowania się wspólnot, a także poczucie braku kompetencji i dyskwalifikacji w obliczu nowych technologii.

Reakcje na problem wykluczenia mogą być trojakiego rodzaju. Nie są oczywiście w stanie go rozwiązać, pozwalają jednak na relatywizację i ujrzenie go z innej perspektywy. Odpowiedź pierwsza: należy śledzić raczej tendencję, a nie światowe statystyki dotyczące przyłączeń.

W 1996 roku Wietnam miał 1500 osób podłączonych do Internetu. Liczba ta wydaje się bardzo skromna w porównaniu z liczbą mieszkańców tego kraju. Ale z pewnością wzrośnie ona dziesięciokrotnie w 2000 roku. Stopa wzrostu przyłączeń do cyberprzestrzeni wykazuje tempo przewyższające tempo korzystania ze wszystkich poprzednich systemów komunikacji. Poczta istniała od wieków zanim większość ludzi mogła regularnie otrzymywać i wysyłać listy. Wymyślonym pod koniec XIX wieku telefonem dysponuje jeszcze dziś zaledwie nieco ponad 20% ludzkości. Od końca lat osiemdziesiątych w nadzwyczajnym rytmie rośnie liczba osób uczestniczących w cyberkulturze. Dotyczy to zwłaszcza ludzi młodych. Całe regiony i kraje, zwłaszcza najbardziej dynamiczne (kraje Azji i Pacyfiku), planują swe wejście do cyberkultury. Liczba "wykluczonych" będzie więc systematycznie malała. Druga odpowiedź: przyłączenie do sieci będzie coraz łatwiejsze i tańsze. Choć ciągle jeszcze bardzo silne, poczucie niekompetencji jest coraz mniej uzasadnione. Realizacje i utrzymanie w sprawności infrastruktur cyberprzestrzeni faktycznie wymaga dużych umiejętności. Kiedy opanowało się już zdolność odczytu i zapisu, użytkowanie cyberprzestrzeni przez jednostki i organizacje nie wymaga specjalnych zdolności. Procedury dostępu i poruszania są coraz bardziej przyjazne dla użytkownika, zwłaszcza, kiedy na początku lat dziewięćdziesiątych doszło do rozwoju Worid Wide Web.

Sprzęt i oprogramowanie niezbędne do przyłączenia będą coraz mniej kosztowne dla użytkowników. Aby obniżyć koszt abonamentu i połączeń, rządy mogą oddziaływać poprzez uruchomienie konkurencji wśród dostawców sprzętu i operatorów telekomunikacji. Najważniejszym elementem jest zapewne koszt połączenia miejscowego. W Ameryce Północnej jest on wliczony do przeciętnego abonamentu. Płaci się więc taki sam rachunek, bez względu na to, czy połączenie trwało pięć minut czy pięć godzin. Cenniki europejskie natomiast rozliczają miejscowe połączenia według taryfy godzinowej, co powstrzymuje przed korzystaniem z Internetu, BBS czy innej formy interaktywnej komunikacji sieciowej.

Odpowiedź trzecia: każdy postęp zachodzący w systemach komunikacji nieuchronnie prowadzi do wykluczenia. Każdy nowy system komunikacji niesie w sobie wykluczenie. Analfabeci nie istnieli dopóki nie było pisma. Działalność wydawnicza i telewizja spowodowały podział na tych, którzy publikują lub ukazują się w mass mediach oraz pozostałych. Jak już wspominałem, zaledwie nieco powyżej 20% ludzkości dysponuje telefonem. Żaden z tych faktów nie jest poważnym argumentem przeciw pismu, wydawnictwom, telewizji czy telefonii. Fakt, iż istnieją analfabeci lub ludzie pozbawieni telefonu nie doprowadził do potępienia pisma i telekomunikacji. Przeciwnie, przyczynił się do rozwoju szkolnictwa podstawowego i rozbudowy sieci telefonicznych. To samo powinno stać się z cyberprzestrzenią.

Ogólnie ujmując, każda uniwersalność rodzi wykluczonych. Nawet "totalizując" w swych tradycyjnych formach, uniwersalizm nigdy wszystkiego nie obejmuje. Uniwersalna religia ma swych niewiernych i heretyków. Nauka ma skłonność do dyskwalifikowania innych form wiedzy lub tego, co nazywa irracjonalnością. Prawa człowieka bywają naruszane i nie przestrzegane. Dawne formy Uniwersalizmu także dokonują wykluczenia, oddzielając tych, którzy uczestniczą w Prawdzie, w Sensie lub jakiejkolwiej formie Imperium od tych, którzy znaleźli się w strefie cienia (barbarzyńcy, niewierni, ignoranci itd.). Uniwersalność pozbawiona totalności też podlega regule odrzucenia. Tyle tylko, że nie chodzi o dostęp do Sensu, ale o możliwość przyłączenia do sieci. Wyrzutek to ten, który nie jest przyłączony. Pozbawiony wzajemnych i poznawczych połączeń wirtualnych i grupowej inteligencji.

Cyberkultura bezładnie skupia wszystkie herezje. Dokonuje przemieszania obywateli i barbarzyńców, rzekomych ignorantów i uczonych. W przeciwieństwie do klasycznego Uniwersalizmu jej granice są niewyraźne, ruchome i tymczasowe. Ale dyskwalifikacja wykluczonych jest równie przerażająca.

Nie zapominajmy jednak, że dawne Uniwersalizmy też wykluczały ze swej konstrukcji. Powszechna religia czy nauka nieuchronnie zakładała wcześniejsze lub równoległe błędy. Natomiast cechujący obecny uniwersalizm trend do kontaktowania się jest włączeniem.

Co robić? Z pewnością należy wykorzystać wszystkie sposoby, by zwiększyć dostępność i zmniejszyć koszty przyłączenia. Ale kwestia "dostępu dla wszystkich" nie może być sprowadzana do poruszanych zwykle kwestii technologicznych i finansowych. Nie wystarczy znaleźć się przed ekranem, dysponując wszystkimi dostępnymi interfejsami, aby pokonać poczucie niższości. Trzeba być przede wszystkim zdolnym do aktywnego uczestniczenia w procesach opartych na grupowej inteligencji, będących główną zdobyczą cyberprzestrzeni. Nowe narzędzia powinny przede wszystkim dowartościować kulturę, kompetencje, zasoby i miejscowe projekty oraz ułatwić ludziom uczestniczenie w zgrupowaniach wzajemnej pomocy, w opartych na współdziałaniu grupach szkoleniowych itp. Inaczej mówiąc, zarówno w cyberkulturze jak i w innych bardziej klasycznych metodach, woluntarystyczne strategie walki z nierównością i wykluczeniem powinny dążyć do zwiększania autonomii zainteresowanych osób lub ugrupowań. Jednocześnie winny uniemożliwiać pojawienie się nowych zależności wynikających z konsumpcji informacji lub usług z dziedziny komunikacji, zaprojektowanych i wytworzonych w duchu czysto handlowym lub imperialnym. Zbyt często dyskwalifikują one tradycyjne umiejętności i kompetencje mniej zasobnych społeczeństw i regionów.

2. Czy cyberprzestrzeń jest zagrożeniem dla języków i kultur?

Język angielski jest obecnie standardowym językiem sieci. Amerykańskie instytuty i przedsiębiorstwa kształcą ponadto większość producentów informacji przekazywanych przez Internet. Obawa przed kulturową dominacją Stanów Zjednoczonych jest więc uzasadniona. Niemniej groźba uniformizacji nie jest tak wielka, jak można by sądzić na pierwszy rzut oka. Technologiczna i ekonomiczna struktura komunikowania w cyber-przestrzeni znacznie różni się od struktur kina czy telewizji. Zwłaszcza wytwarzanie i transmitowanie informacji jest znacznie bardziej dostępne jednostkom lub grupom dysponującym niewielkimi środkami. Poważne badanie różnorodności kulturowej jest możliwe wyłącznie na podstawie analizy specyficznej struktury sposobów komunikacji funkcjonujących w cyberkulturze.

Zasadniczym znaczeniem cyberprzestrzeni jest jej rozwój jako formy alternatywnej wobec środków masowego przekazu. Mass media to sposoby komunikacji za pomocą zorganizowanej i zaprogramowanej informacji, transmitowanej z pewnych ośrodków i przeznaczonej dla licznych, anonimowych odbiorców, biernych i wzajemnie od siebie oddalonych. Typowy przykład takich mediów to prasa, kino, radio i tradycyjna telewizja. Cyberkultura natomiast, nie posługuje się ośrodkami nadającymi do odbiorców, ale wspólnymi przestrzeniami, do których każdy może coś wnieść, czerpiąc z nich to, co go interesuje. To swoiste rynki informacji, gdzie ludzi spotykają się i gdzie inicjatywa należy do pytającego. Miejscami, które najłatwiej utożsamić z "ośrodkami" są w cyberprzestrzeni serwery informacji lub usług. Serwer bardziej przypomina sklep czy miejsce, w którym najlepiej spełnia się oczekiwania, proponując duży wybór, niż miejsce, gdzie dokonuje się jednostronna transmisja.

Umieszczenie w cyberprzestrzeni sposobów komunikacji poprzez mass media byłoby z pewnością możliwe z technicznego i politycznego punktu widzenia. Sądzę jednak, że ważniejsze jest uświadomienie nowych możliwości, które daje powszechna łączność i numeryzacj a informacji. Streszczę to w czterech punktach: zanik monopolu przekazu publicznego, rosnącą różnorodność sposobów ekspresji, rosnące możliwości sprzętu umożliwiającego poruszanie się wśród zalewających nas informacji i ich odsiew, rozwój wirtualnych wspólnot i międzyludzkich kontaktów na odległość wywołanych jednakowymi zainteresowaniami.

a/ Zanik monopolu przekazu publicznego. Jakakolwiek grupa lub jednostka może teraz dysponować środkami technicznymi i przy niewielkim koszcie zwracać się do ogromnej międzynarodowej publiczności. Każda grupa czy jednostka może przekazywać swe pomysły, produkować reportaże, proponować swe przemyślenia i własny wybór aktualności w takiej czy innej dziedzinie.

b/ Rosnąca różnorodność sposobów ekspresji. Sposoby wyrażania, jakimi dysponujemy, by porozumiewać się w cyberprzestrzeni są bardzo urozmaicone. Różnorodność ta będzie z czasem coraz większa. Zwykły hipertekst, multimedialny hiperdokument czy numeryczny film video, modele do interaktywnej symulacji graficznej i osiągnięcia świata wirtualnego. Powstają wciąż nowe formy: nowe pismo ikoniczne, nowe retoryki interaktywności. Także i w przyszłości wspólnoty penetrujące cyberprzestrzeń będą kontynuowały swe poszukiwania.

c/ Rosnące możliwości sprzętu umożliwiającego poruszanie się wśród zalewających nas informacji i ich odsiew. Automatyczne i półautomatyczne urządzenia, dzięki którym można poruszać się i selekcjonować zawartość sieci i pamięci umożliwią każdemu szybkie dotarcie do najcenniejszej informacji. Nie oznacza to informatycznej cenzury, gdyż to, co najbardziej interesujące, może - jeśli tego chcemy -oddalić nas od tematów, którymi się zazwyczaj zajmujemy. Nowe możliwości wnikliwej selekcji i automatycznych poszukiwań w ogromnej masie informacji sprawią prawdopodobnie, że coraz mniej użyteczne okażą się streszczenia zredukowane i kierowane do anonimowych tłumów. Coraz doskonalsze narzędzia selekcji wskazują drogę informacji do odbiorcy oraz przenoszą punkt ciężkości ze źródła informacji na jednostkę lub grupę poszukującą informacji.

d/ Rozwój wirtualnych wspólnot i międzyludzkich kontaktów na odległość wywołanych jednakowymi zainteresowaniami. Osoby zaludniające i zasilające cyberprzestrzeń są jej własnym bogactwem. Dostęp do informacji mą mniejsze znaczenie niż kontakt ze specjalistami, uczestnikami i dyskretnymi świadkami interesujących nas zjawisk. W coraz większym stopniu cyberprzestrzeń umożliwia kontakt z jednostkami na podstawie ich adresu w przestrzeni, ich umiejętności i zainteresowań. Zanurzenie się w otwartych wspólnotach badawczych, w praktykach i dyskusjach jest z pewnością najlepszą odtrutką na dogmatyzm i jednostronne manipulowanie informacją. Cyberprzestrzeń ułatwia integrację wirtualnych wspólnot. Dzieje się to niezależnie od fizycznych i geograficznych barier.

e/ Kulturowe zróżnicowanie w cyberprzestrzeni będzie wprost proporcjonalne do aktywnego udziału i jakości wkładu wnoszonego przez przedstawicieli różnych kultur. Prawdą jest, iż wymagane będą pewne infrastruktury materialne (sieci telekomunikacyjne, komputery) i minimum umiejętności. Niemniej najistotniejszy jest fakt, że polityczne, ekonomiczne czy technologiczne ograniczenia hamujące światowy, różnorodny przekaz kulturowy nigdy nie były równie słabe jak te, które występują w cyberprzestrzeni. Nie znaczy to, że bariery te nie istnieją. Są jednak znacznie mniejsze niż bariery spotykane w innych sposobach komunikacji.

f/ Najdrobniejsze doświadczenie poruszania się po Word Wide Web ujawnia nieprawdopodobną obfitość informacji i form przekazu napływających ze wszystkich regionów świata (głównie z Ameryki) oraz intelektualnych horyzontów o niezwykłej różnorodności. Skargi na uniformizację nie tylko nie odpowiadają rzeczywistości (o czym każdy bez trudu może się przekonać), ale przede wszystkim nie mają swego adresata. Cyberprzestrzeń zawiera to, co ludzie w niej umieszczą. Zachowanie zróżnicowania kulturowego zależy głównie od inicjatywy każdego z nas. Być może również od poparcia projektów natury artystycznej czy kulturalnej, jakiego mogą udzielić władze państwowe, fundacje, organizacje międzynarodowe i ponadpaństwowe.

Przejdźmy teraz do szczegółowej, kwestii jaką jest język. Fakt, iż poruszanie się po sieci odbywa się w języku angielskim (jak zresztą w nauce, interesach, turystyce itd.) jest z pewnością utrudnieniem dla osób, dla których angielski nie jest językiem ojczystym. Zauważmy jednak, że istnienie języka kontaktowego jest samo w sobie atutem dla międzynarodowego porozumiewania. Trudno byłoby się bez niego obejść. Ale dlaczego angielski? Abstrahując od amerykańskiej przewagi gospodarczej, militarnej i kulturowej musimy stwierdzić, że angielski (którym posługuje się Anglia, Stany Zjednoczone, Kanada, Australia i Afryka Południowa) jest dziś głównym językiem internautów. Uwzględniając czynnik demograficzny, angielski jest trzecim językiem świata (po chińskim i hindi), ale liczba przyłączeń w Chinach i Indiach jest jeszcze dość ograniczona. Odnotujmy mimochodem, że po angielskim w kolejności występuje hiszpański, rosyjski i arabski.

Fakt, że angielski jest dominującym językiem sieci nie znaczy oczywiście, iż jest jedynym. Już dziś znajdują się w Internecie informacje w setkach różnych języków. Wiele tekstów dostępnych jest w języku francuskim, hiszpańskim, portugalskim, niemieckim, włoskim itd. Wspólnoty wirtualne formowały się także wokół związków lingwistycznych, co nakłada się na związki tematyczne i je komplikuje.

Hamulcem dla utrzymania i rozprzestrzeniania różnorodności językowej jest głównie technika. Podporządkowując się obowiązującym normom, zapis stosujący akcenty i używający alfabetu łacińskiego (francuski czy hiszpański) jest nieco pokrzywdzony w stosunku do zapisu bez akcentów (angielski). Jeszcze bardziej pokrzywdzone są alfabety niełacińskie (cyrylica, alfabet grecki, arabski, hebrajski, koreański). Najbardziej przykrej próby doświadcza za sprawą norm technicznych pismo niealfabetyczne, czyli ideograficzne (chiński lub japoński). Choć hamulce te rzeczywiście istnieją, nie oznaczają w żadnym razie niewykonalności. Ponadto, postęp badań (dotyczących zwłaszcza pisma niealfabetycznego) i zmiana norm sprawią, że za kilka lat informacja pisemna w języku rosyjskim czy chińskim będzie równie prosta i "przejrzysta" jak w języku angielskim.

Oprócz wymienionych przeze mnie drobnych trudności technicznych, w Internecie nie istnieje nic, co zagrażałoby różnorodności lingwistycznej, z wyjątkiem braku inicjatywy lub nieobecności rozmówców posługujących się takim czy innym językiem mniejszościowym.

Aby wypracować w sobie właściwą pokorę i szacunek dla bliźniego, dobrą postawą wydaje mi się traktowanie wszystkich języków a zwłaszcza własnego, jako mniejszościowych. W skali światowej nawet angielski jest mniejszościowy w stosunku do chińskiego. Podobnie wśród frankofonów. Choć język tych ostatnich miał światowe znaczenie, dziś muszą przyzwyczaić się do traktowania francuskiego jako języka mniejszościowego. Również języki regionalne, dialekty, gwary, uciskane lub wypierane idiomy są językami mniejszościowymi, których trzeba bronić i chronić, w sieci i poza nią.

Co robić? Zgodnie ze zdrowym rozsądkiem zalecam, by w Internecie nigdy nie publikować wyłącznie w języku angielskim, gdy nie jest on ojczystym językiem autorów, ale zawsze zamieszczać wersję oryginalną tekstów czy wypowiedzi, a nawet, ewentualnie, tłumaczenia na języki inne niż angielski. Kiedy natomiast pragnie się dotrzeć do publiczności międzynarodowej, lepiej jest proponować wersję angielską obok wersji oryginalnej, by zapewnić jak najszersze oddziaływanie.

3. Czy cyberkultura jest synonimem chaosu i zamieszania?

Ponieważ każdy może zasilać sieć bez jakiegokolwiek pośrednictwa czy cenzury, a żaden rząd, instytucja czy inny autorytet moralny nie gwarantują wartości dostępnych danych, czy można mieć zaufanie do informacji znajdujących się w cyberprzestrzeni? Skoro żadna selekcja czy oficjalna hierarchia nie ułatwiają odnalezienia się w informacyjnym zalewie cyberprzestrzeni, czy nie uczestniczymy raczej w kulturowym rozkładzie niż w postępie? Rozkładzie, który może służyć ostatecznie tylko tym, którzy już opanowali wytyczne, to znaczy osobom uprzywilejowanym z racji wykształcenia, środowiska, prywatnych kontaktów intelektualnych.

Na pierwszy rzut oka pytania takie wydają się uzasadnione. Zasadzają się jednak na fałszywych założeniach.

Prawdą jest, iż żaden centralny autorytet nie gwarantuje wartości informacji, którymi dysponuje cala sieć. Niemniej, sieć Web jest zasilana i utrzymywana przez osoby lub instytucje, które podpisują się pod swym wkładem i czuwają nad jego przydatnością dla internautów. Posłużę się przekonującym przykładem: treść źródła uniwersyteckiego jest gwarantowana przez uniwersytet, w którym działa. Tak jak dla czasopism drukowanych, odpowiedzialność za czasopisma i gazety on-line należy do komitetu wydawniczego. Informacje pochodzące z danego przedsiębiorstwa są gwarantowane przez tę właśnie organizację, która ryzykuje swe dobre imię za pośrednictwem Web co najmniej w taki sam sposób (jeśli nie bardziej) jak w wypadku innych rodzajów komunikacji. Informacje rządowe są oczywiście kontrolowane przez rządy itd.

Wirtualna komunikacja, elektroniczne forum czy newsgroups są bardzo często łagodzone przez osoby odpowiedzialne za nie, które dokonują odsiewu informacji na podstawie ich jakości i rzeczowości.

Nierzadko operatorzy systemów zarządzający serwerami informatycznymi zatrudniani są przez organizacje państwowe (uniwersytety, muzea, ministerstwa) lub instytucje, które dbają o swą reputację (duże przedsiębiorstwa, stowarzyszenia itd.). Owi operatorzy, dysponujący w cyberprzestrzeni znaczną władzą "regionalną", mogą eliminować serwery, za które są odpowiedzialni, informacje czy grupy dyskusyjne sprzeczne z etyką sieci (osławiona netiquette): pomówienia, rasizm, namawianie do przemocy, proksenetyzm, systematyczne przekazywanie nierzeczowych informacji itp. Znamienny jest fakt, iż takie informacje czy praktyki są w sieci bardzo rzadkie. W Internecie funkcjonuje zresztą rodzaj opinii publicznej. Najlepsze węzły są często cytowane lub podawane jako przykład w czasopismach, katalogach i spisach (on-line lub drukowanych). Wiele dróg prowadzi do owych "dobrych" usług. I odwrotnie, internauci rzadko korzystają z sieci o niewielkich czy niepewnych walorach informacyjnych. Funkcjonowanie w sieci odwołuje się więc głównie do odpowiedzialności dostawców i odbiorców informacji w przestrzeni publicznej. Odrzuca kontrolę hierarchiczną (więc nieprzejrzystą), globalną i aprioryczną, co byłoby jedną z możliwych definicji cenzury czy totalitarnego kierowania informacją i komunikacją. Nie sposób dysponować jednocześnie wolnością słowa i aprioryczną selekcją informacji dokonaną przez dziennikarską, naukową, polityczną czy religijną instancję, która wie, co jest prawdziwe i dobre dla wszystkich ludzi.

A chaos, zamieszanie, informacja i komunikacja zalewające cyberprzestrzeń? Czy nie działają na niekorzyść tych, którzy pozbawieni są indywidualnych czy społecznych punktów odniesienia? Obawa ta jest tylko częściowo uzasadniona. Bogactwo informacji i brak globalnego znaczenia a priori nie utrudniają ludziom i ugrupowaniom poruszania się wśród nich i dostosowania pewnych hierarchii, selekcji czy struktur do własnych potrzeb. Zniknęły selekcje, hierarchie i struktury wiedzy traktowane jak powszechnie i zawsze słuszne, czyli totalizująca uniwersalność. Jak już wspominałem, aby ustalić lokalny i prowizoryczny ład w ogólnym nieładzie internauta może posłużyć się coraz doskonalszymi "narzędziami poszukiwana spisami czy instrumentami umożliwiającymi mu poruszanie. Nie należy też wyobrażać sobie, że cyberprzestrzeń wypełniona jest odosobnionymi jednostkami, zagubionymi w masie informacji. Sieć jest narzędziem wzajemnego komunikowania się, wirtualnym miejscem, w którym wspólnoty pomagają swym członkom w poznaniu tego, co pragną wiedzieć. Dane to jedynie surowiec żywego i bardzo wypracowanego procesu intelektualnego i społecznego. Ogrom wspólnej inteligencji świata nigdy nie uwolni jednostki od własnej inteligencji, od osobistego wysiłku i czasu koniecznego na naukę, poszukiwanie, ocenę i integrację z rozmaitymi wspólnotami, nawet o charakterze wirtualnym. Na szczęście sieć nigdy nie będzie za nas myśleć.

4. Czy cyberkultura zrywa z wartościami będącymi podstawą europejskiej nowoczesności?

Przeciwstawiając się postmodernistycznej idei upadku ideałów oświeceniowych uważam, że cyberkultura może być traktowana jako prawowity (choć odległy) spadkobierca progresywnej filozofii XVIII wieku. Nadaje ona rangę udziałowi we wspólnotach nastawionych na dyskusję i argumentację. Wywodzi się w prostej linii z moralności egalitarnej, zachęca do pewnej istotnej wzajemności w kontaktach międzyludzkich. Rozwinęła się poczynając od gorliwie praktykowanej wymiany informacji i wiedzy, którą filozofowie oświecenia traktowali jako główny motor postępu. Gdybyśmy więc kiedykolwiek byli nowocześni, cyberkultura nie byłaby postmodernistyczna, ale z pewnością kontynuowałaby rewolucyjne i republikańskie ideały wolności, równości i braterstwa. Tyle tylko, że w cyberkulturze "wartości" te nabierają realnego kształtu za pomocą konkretnych rozwiązań technicznych. W erze elektronicznych mediów, równość realizowana jest dzięki możliwości powszechnej emisji, wolność obiektywizuje się za pośrednictwem programów kodowania i nieograniczonego dostępu do rozlicznych wspólnot wirtualnych, zaś braterstwo uzyskuje się dzięki przyłączeniom na całym świecie.

Nie pretendując do zdecydowanego postmodernizmu cyberkultura może więc jawić się jako rodzaj technicznej materializacji nowoczesnych idei. Szczególnie współczesna ewolucja informatyki jest zadziwiającą realizacją marksistowskiego celu, jakim było przejęcie narzędzi produkcji przez producentów. Dziś "produkcja" polega głównie na symulowaniu, przetwarzaniu informacji, tworzeniu i transmitowaniu wiadomości, zdobywaniu i przekazywaniu wiedzy, wzajemnej koordynacji w czasie rzeczywistym. Komputery osobiste i sieci numeryczne oddają w ręce jednostek główne narzędzia działalności gospodarczej. Nawet więcej: o ile spektakl (system mediatyczny) jest - zdaniem sytuacjonistów - szczytem kapitalistycznej dominacji, o tyle cyberprzestrzeń dokonuje prawdziwej rewolucji. Każdemu bowiem umożliwia - lub niebawem to uczyni - prezentację tekstów, muzyki, wirtualnego lub innego świata czy jakiegokolwiek wytworu umysłu bez odwoływania się do wydawcy, producenta, popularyzatora czy pośrednika. Niemożności odpowiedzi i odosobnieniu odbiorców telewizji cyberkultura przeciwstawia możliwość bezpośredniej, interaktywnej i wspólnej komunikacji.

Niemal techniczna realizacja ideałów współczesności natychmiast ujawnia jej charakter jako częściowy, niewystarczający. Oczywiste jest bowiem, że ani informatyka, ani cyberkultura (choćby objęły jak największą liczbę ludzi) nie są w stanie rozwiązać głównych problemów życia w społeczeństwie. Faktem jest, że w praktyce realizują nowe formy uniwersalności, braterstwa, współistnienia, przejęcia przez bazę narzędzi produkcji i komunikacji. Zarazem jednak z ogromną szybkością, a nawet gwałtownością, destabilizują gospodarki i społeczeństwa. Obalając stare, uczestniczą w tworzeniu nowych ośrodków władzy, mniej widocznych i trwałych, lecz równie niebezpiecznych.

Cyberkultura jest częściową reakcją na problemy minionej epoki. Sama jednak wywołuje problemy i konflikty, dla których nie istnieje jeszcze żadna próba globalnej odpowiedzi. Trzeba ponownie wypracować stosunek do wiedzy, do pracy, zatrudnienia, pieniądza, demokracji czy Państwa, aby zacytować tylko kilka z najbardziej kwestionowanych form życia społecznego.

Cyberkultura kontynuuje w pewnym sensie wielką tradycję europejskiej kultury, jednocześnie ją przeobrażając.

Tłumaczenie: Justyna Budzyk

archiwum_index