wybrane z archiwum:

nr 15/97

Sztuka legalizowania buntu - ze Zbigniewem Liberą rozmawia Bożena Czubak

Ślepe pole sztuki
- rozmowa Paula Virilio
i Catherine David

 

 
 

 

 
 
 archiwum   Magazyn Sztuki nr 29/2004

Felieton o niszczonych
Ewa Mikina


Wymieńmy: projektowana i niedoszła do skutku wystawa Roberta Rumasa (nt.papieża); medialno-partyjny szum wokół pracy Cattelana; awantura wokół wystawy Naziści Piotra Uklańskiego; proces Doroty Nieznalskiej; odwołanie na kilka dni przed otwarciem wystawy Rafała Jakubowicza w Poznaniu; zdjęcie z billboardów prac Katarzyny Kozyry; zdjęcie z billboardów plakatu Benettona; wycofanie się rządu polskiego z finansowania projektu Roberta Rumasa "Plein Air" we Wiedniu; odwołanie wystawy Niech nas zobaczą...
To przykłady. Wymieniłam je bez zachowania porządku chronologicznego; mają różny ciężar merytoryczny, różną wymowę polityczną i różne znaczenie społeczne.
I różne są powody niszczenia ich publicznej obecności. Niszczenie jest odpowiednim słowem.
Działają różne siły: populistyczne, potem partyjne, dalej parlamentarne, administracji państwowej, administracji lokalnej, wreszcie korporacyjne. Mamy więc całe spektrum: od spontanicznej reakcji ulicy (w przypadku rozerwania Termoforów Rumasa) po logikę korporacyjną (w przypadku odwołania wystawy Rafała Jakubowicza na skutek nacisków VW).
Wypowiedź wystawia się na zniszczenie także z różnych powodów: tabu śmierci, nagości, kalectwa, choroby (Kozyra), tabu religijne (wiadomo), tabu homoerotyzmu, tabu historyczne (Uklański), tabu logo korporacyjnego (Jakubowicz).
Zastanawiam się czy jest sens utrzymywać rozróżnienia, których przed chwilą dokonałam. Czy nie dałoby się sprowadzić do jednego mianownika z jednej strony powodów niszczenia wypowiedzi (przyjmuję założenie, że dzieło nie jest ważne, ważna jest wypowiedź), z drugiej samego mechanizmu niszczenia.
Oczywiście spektrum jest lepsze - każde spektrum jest lepsze od homogeniczności - ale nie jest lepiej, jest gorzej.
To sprawa socjopsychiki czyli obyczajowa i właściwie wszystkie wymienione powody można by sprowadzić do tego jednego. Przejdźcie się po praskiej ulicy, tylko po praskiej, nie wspominam o berlińskiej, zobaczcie jak ubrani są młodzi i zafundujcie sobie potem spacer po warszawskiej promenadzie. W społeczeństwie tak strasznie zapakowanym w siebie, jak polskie, razić musi wszystko: i rozpakowywanie się strojem i granie strojem i ukrywanie się za strojem. W Polsce jest tylko ubranie. Tymczasem od stroju się zaczyna, strój jest wypowiedzią i grą z wypowiedzią (cudzą i własną). Strój jest przede wszystkim różnicą, nie wyróżnianiem się, różnicą, wieloma różnicami.
Człowiek ustrojony rozumie gry znaczeń, mechanizmy budowania sensów. Kiedy spotyka Innego, może go nie zauważać, reagować wstrętem, wchodzić z nim w konflikt, dominować nad nim, ale tak czy inaczej działa w żywej przestrzeni społecznej. Tam gdzie jest strój, tam zawsze, przynajmniej z założenia, teoretycznie, istnieje szansa przebrania się, przestrojenia. Nie chcę powiedzieć, że wystarczy zacząć się stroić, z powyższego chyba to nie wynika, byłoby idiotyzmem.
Socjopsychika zamknięta i urazowa. To nieprawda, że uczucia religijne, że interesy państwowe, to głęboki uraz z dzieciństwa.
Społeczeństwo zapakowane w siebie nie buduje przestrzeni społecznej, a skoro nie ma przestrzeni społecznej - nie wspominam o przestrzeni publicznej, bo to jeszcze inna kwestia - to wypowiedź nie może zaistnieć, po prostu. Nie ma gdzie zaistnieć, musi zostać zniszczona.

A co do mechanizmów, ingerencje (większość ingerencji) są nieuprawnione, często (zawsze) skandaliczne, nie chcę o tym pisać, wchodzić w analizy, chociaż to jest właśnie obszar najbardziej czuły, w końcu wspólny, chciany/niechciany obszar wyznaczany przez populistyczne wrzaski, medialny szum i kaleką administrację, w którym wszyscy musimy funkcjonować i takie analizy są najbardziej potrzebne.
Bardziej jeszcze od analiz potrzebne byłby strategie działania, pola manewru...
Jedno mnie niepokoi (to jedno jest wiele): bezradność niszczonych, nasze święte oburzenie, stawianie się w sytuacji ofiary, ciągłe składanie podpisów, łzy w oczach Doroty Nieznalskiej. Do jasnej cholery!

archiwum_index