Magazyn Sztuki
nr 31/05

w zeszycie m. in.:
berlin:

Krzywa berlińska
Platz der Republik
Berlin - nagrobek iluzji
Upadek Muru Wolfa Vostella

materiały:
3fala zlewa miasto
Miejsca sztuki: Bielsko-Biała i Gąski
Baj Maj SzuSzu
Santago Sierra
Za czerwonym horyzontem
Notatki z pracowni Tarasewicza
wa
nasz typ :

Ola Went & Alicja Karska

pod prąd:
Zuzannie Janin(a) ze śmiercią do twarzy
 
 
Archiwum nr drukowanych: "Magazyn Sztuki" nr 31/05

Leon Tarasewicz, Gdańsk spotkanie z artystą CSW Łaźnia 2004

Notatki z pracowni Leona Tarasewicza

Ryszard Ziarkiewicz

Mówi się, że pracownia Leona Tarasewicza na ASP w Warszawie jest najlepsza w Polsce. Postanowiłem to sprawdzić. Spotkałem się z Tarasewiczem w Gdańsku, a parę dni potem jeszcze raz w Warszawie, w pracowni - już razem ze studentami i absolwentami.

Pracownia powstała parę lat temu jako "gościnna", co miało ułatwić, w razie czego, usunięcie Tarasewicza z uczelni. Zresztą, jak mówi artysta, nagrodę Cybisa dostał z tego samego powodu - miała go oswoić, przeciągnąć na stronę profesorów. Czego się tak boją? - Najgroźniejszą rzeczą dla środowiska ASP jest sama aktywność, energia - mówi Tarasewicz. Nie sztuka, ale to, że masz energię i działasz. A najważniejszą rzeczą dla artysty na państwowym etacie jest etat.

Od roku 2004 pracownia jest już katedrą, a Tarasewicz profesorem mianowanym. To oznacza, że wszedł na stałe w strukturę uczelni. Czy jednak się "oswoił"?

Pracownia Żadnego piasku, betonu, betoniarek, pni, pił tarczowych. Telewizorów, komputerów, rzutników wideo, internetu też nie ma. Małe pomieszczenie, zapchane sztalugami, obrazami upchanymi na półkach, zapach farb, model w czerni na czarnym tle ustawiony pod ścianą, którego próbuje namalować kilka młodych osób, stary drewniany stół w rogu przy równie starym kredensie. Plastikowy czajnik, radyjko i farby. Ale czego się spodziewać po pracowni malarstwa?

To pracownia Cybisa i Dominika - z dumą podkreśla Tarasewicz, - trzeba się czegoś trzymać. Rzeczywiście normalna pracownia malrstwa. Jedyna rzecz, która rzuca się w oczy, to neon: "żółty, czerwony niebieski", wiszący za naszymi plecami.

Na czy więc polega tajemnica pracowni, w której likwiduje się malarstwo, by je urodzić od nowa? Jestem cały czas malarzem - mówi jeden z artystów prezentując swoje prace, - chociaż pracuję nad projektem malarstwa przeźroczystego... - Naszym problemem jest to, jak znaleźć miejsce na malarstwo dziś - wtrąca Tarasewicz.


Zaczynamy od martwej natury
  Leon Tarasewicz: Próbuję razem z Wojciechem Zubalą (adiunkt - od red.) zrobić taką pracownię, w której sami chcielibyśmy studiować. Zaczynamy tradycyjnie od początku, czyli martwych natur, ale takich wziętych z rzeczywistości.

RZ: Co to znaczy?

LT: Malują neon, świecące światło, muszą się nieźle nagłówkować.

RZ: Dają sobie z tym radę?

LT: Dają! Po martwej naturze przychodzi kolei na modela - mamy chłopców ze Starówki -  malują ich na przykład w czarnym stroju na czarnym tle. Załamują się zwykle dopiero na trzecim roku. Najważniejszy jest czwarty rok - wymagamy od nich już jakichś własnych propozycji. Zajęcia warsztatowe wzbogacamy wyjazdami, starannie wybranymi lekturami, spotkaniami z ciekawymi ludźmi. Wyjeżdżamy na tydzień w plener tematyczny, za każdym razem inny. Mieliśmy "plener romantyczny" u Wojciecha Siemiona, pijemy, jemy, słuchamy wykładu o życiu artystów w XIX wieku, mieszkamy w dworku. I wracamy. Plener Nikifora, Żydowski w Sejnach, na który przez tydzień oglądaliśmy na okrągło filmy, na Wigrach gdzie obowiązywał zakaz malowania. Po plenerze robimy prace i wystawę końcową. W tym roku wyjeżdżamy do Łomży na plener Barry Newmana - niech wiedzą, że wielcy artyści są stąd, a nie gdzieś z daleka. Muszą nauczyć się kojarzyć konserwatyzm, Łomżę, Jedwabne, sztukę. Ale wyjeżdżamy też na wystawy: documenta, biennale...

RZ: Kto to finansuje?

LT: Finansujemy się sami. To nie jest takie drogie, poza tym oni mało jedzą: jabłka, zupka na wodzie. I wracamy.

RZ: A dlaczego nie szkoła?

LT: Program pracowni ustala profesor. Nasz program - nasz problem.

RZ: Ale dyplom jest już sprawą uczelni. Trzeba go obronić na forum uczelni, nie pracowni.

LT: Na razie wszystkie dyplomy obroniliśmy. Jest taka zasada, że skoro studiujesz na ASP to ją kończysz. Przyjęliśmy pozytywistyczny wariant: jest czas, dobre miejsce na Krakowskim Przedmieściu i są chętni studiować w pracowni. Staramy się pomóc młodszym kolegom. Ci, którzy kończą pracownię też zaczynają na nią pracować. Jeśli komuś się nie podoba, przenosi się do innej pracowni. Ogranicza nas najbardziej przestrzeń i baza techniczna. Ale na całym malarstwie nie ma ani jednego komputera! Dlatego współpracujemy z Knaflewskim i Wasilewskim z ASP w Poznaniu.

RZ: A współpraca z uczelnią?

LT: Jedyny program, jaki istnieje, to statut uczelni. Wbrew pozorom daje on ogromne pole manewru. Dlatego zamiast wchodzić w spory robimy to, co chcemy. Po co marnować czas?

RZ: Sporów merytorycznych nie ma?

LT: Jeśli są, to zawsze mam ostatnie zdanie. Jeśli ktoś zarzuca kicz, to przypominam o Koonsie, jeśli oburzają się, że praca jest ze śmietnika, daję przykład Richarda Serry. Z drugiej strony błedęm jest przecinanie wszystkiego, co wiąże się z przeszłością akademii. Dlatego zabiegałem właśnie o tę pracownię Cybisa i Dominika. Studiowałem u Dominika i wyłącznie dodaję swoje trzy grosze do tego, czego mnie nauczył. Są jeszcze malarze na świecie, dlatego zbieramy się do kupy i jedziemy do pracowni Tomka Ciecierskiego, na herbatkę do Edka Dwurnika. Zapraszamy do siebie ciekawych wykładowców, zasiadamy w grupce przy stole i już. Żałuję, że nie zdążyliśmy zaprosić do pracowni Andrzeja Szewczyka z opowieścią o czarnym kwadracie. Nie możemy się też skrzyknąć z Andą Rottenberg, która ma nam opowiedzieć o tabu. Robimy wystawy przed pracownią na korytarzu - to już prawie galeria. Współpracujemy na poważnie z Galerią Białą w Lublinie. Pracownia to taka maszyna, która musi wypuścić młodych przygotowanych na spotkanie z kuratorami. Odchodzą i wpadają w ich ręce. Jedynej rzeczy, jakiej nie ma, to krytyki.

RZ: Jakiej krytyki?

LT: Moralnej, biorącej odpowiedzialność, za to, co się pisze. Tworzy się rynek sztuki, co każdy widzi. Galerie zaczynają sobie wyrywać młodych artystów, podpisują z nimi umowy, tworzą się zamknięte, elitarne grupy - Rastra, młodego Foksalu, Galerii Program. Ale galerie są zainteresowane wyłącznie dialogiem ze swoimi artystami i promują obraz sztuki zgodny z własnym interesem. Oceną wystaw powinien zajmować się krytyk. Tak jak jest na Zachodzie. Oczywiście on też czerpie z tego korzyści, ale odpowiada, za to, co pisze: pisze dobrze - sukces, źle - wszystko przepadło. W Warszawie mamy monopol "Rzeczypospolitej" i "Wyborczej", ale one są niekonsekwentne, nie wiadomo czy coś w ogóle promują, bo raz napiszą, raz nie, a z drugiej strony galerie, których opinie zresztą są chętnie powielane przez gazety.

RZ: Dla galerii jest to wygodne. Kontrolują sytuację.

LT: To jest pole do wykonywania różnych manewrów. Przykład Kuśmirowskiego jest dobry. Przechwytuje go młody Foksal bez słowa podzięki dla Galerii Białej i Gryki, który go wychował.

Rozgoryczenie i sukces Tarasewicz wyraźnie nie chce rozmawiać o uczelni. O programie ideowym pracowni też. - Naszym celem nie jest krytyka, ale praca, realizacja naszego programu zapewniającego wykształcenie młodego artysty. Przez wszystkie te lata starałem się nie dyskutować, by dać studentom możliwość pracy w warunkach, które nam wydają się normalne. Unikamy dyskusji, które nic nie dają - ucina.

Wyczuwalne pretensje do prasy, rynku i kuratorów za małe zainteresowanie artystami opuszczającymi pracownię mogą być jednak skutkiem braku dyskusji ideowych na uczelni. Prób samookreślenia programu pracowni w kontekście najbliższym, również rynku sztuki. Skoro nie ma pola dyskusji o sztuce najnowszej ani na uczelni, ani w prasie, ani w instytucjach państwowych to ostatnie słowo oddaje się kuratorom pracującym na własny rachunek.

Czy nie jest to cena za izolację? Pewne jest, że dopiero teraz artyści wychodzący z jego pracowni, zaczynają zdobywać przyczółki najlepszych galerii warszawskich. Stary Foksal prowadzony przez Borowskiego pokazał Marzenę Nowak, szykuje się wystawa Wojciecha Gilewicza i następne. Galeria Program wspólpracuje z Magdą Bielesz, Piotrem Sokołowskim, Sylwią Narbut. Jak na dłoni widać podział wpływów i reglamentację rynku sztuki najnowszej pomiędzy  Rastrem i młodym Foksalem, a starym Foksalem, Starmachem i całą resztą. Przejęcie patronatu nad artystami z pracowni Tarasewicza przez Włodzimierza Borowskiego z Foksalu jest próbą odbicia piłeczki w stronę FGF i Rastra. Nie może tu chodzić wyłącznie o spór merytoryczny skoro FGF opiekuje się Robertem Kuśmirowskim - artystą wywodzącym się z Galerii Białej w Lublinie wychowanym przez Jana Grykę bardzo bliskiego Tarasewiczowi. Takich "niekonsekwencji" programowych można wskazać więcej. A więc o wyborze artysty decyduje rynek. Nie krytyk, o którym marzy Tarasewicz.

Być może pojawi się on wówczas, gdy "oblężona" pracownia uchyli trochę okna na świat. Z drugiej strony - trudno nie przyznać racji malarzowi w jego pragnieniu przytarcia nosa nowej nomenklaturze warszawskiego rynku sztuki. Nie dość, że decyduje o tym, co jest dobre w sztuce, to jeszcze sama to sprzedaje. A wszystko przy aplauzie prasy, która pobiera w galeriach korepetycje.

Ps. Wschodzące gwiazdy pracowni Tarasewicza (od góry): 
Wojciech Gilewicz, Marzena Nowak i Konrad Radziejewski

W. Gilewicz, fot. R. Ziarkiewicz
zdj. R. Ziarkiewicz

 

 
home