teksty pokrewne: 


Pierre Delvy
Drugi Potop

Manuel Castells
Wszystko, co ma znaczenie to wymiana impulsów w Sieci

Iza Kowalczyk
Jolanta Kwaśniewska w krainie cyborgów

Ewa Witkowska Cyberfeminizm

O kompleksie militarno-rozrywkowym - z
Bruce'em Sterlingiem rozmawia Krystian Woznicki

Ślepe pole sztuki
rozmowa Paula Virilio i Catherine David

Frank Schirrmacher
Obudź się Europo w rzeczywistości Tech

Baza danych
Lew Manowicz w rozmowie z Brett Stalbaum, Geri Wittig i Inną Razumową




 

 

 
 
 archiwum   Magazyn Sztuki nr 17/1998
Kultura teledysku Jadwiga Mizińska

 

l. Zegar ze Wskazówkami i opowieść Pielgrzyma

Kryzys to właśnie taki czas, w którym materia, substancja doświadczeń egzystencjalnych, przelewa się przez nieadekwatne już, anachroniczne ich formy.

Fundamentem sporu o ponowoczesność jest pytanie, czy i co jest w doświadczeniu zbiorowym na tyle nowego, osobliwego, szczególnego, że wszystkie dotychczasowe formuły, sposoby postaciowania i komunikowania treści umysłowych nie nadają się już do adekwatnego wartościowania (a przedtem uchwycenia i opisu) owych doświadczeń. Zachodzą dwie, jak zwykle, możliwości. Albo ponowoczesność jest dalszym ciągiem nowoczesności, jedynie uwydatniającym skryty wcześniej paradygmat kultury, albo jest ona uskokiem czasu, czymś, co t a r g a nić wątku i sensu, przerywa ją, plącze i skłębia.

Chociaż w literaturze i języku debaty postmodernistycznej najczęściej zagadnienie to ujmowane jest w kategoriach alternatywy: kosmos - chaos, a zatem - istnienia bądź zaniku porządku, ładu w świecie (a co za tym idzie: w myślach, ocenach, zachowaniach), naprawdę rzecz rozstrzyga się na płaszczyźnie sposobu przepływu i rytmizacji czasu. Świadomość kryzysowa, większość mentalnych dolegliwości współczesnego człowieka zaznacza się jako pogubienie w historii. Do niedawna kategorie przeszłości, teraźniejszości i przyszłości były wyraźnie rozróżnialne i - także wyraźnie - aksjologicznie nacechowane. Nowoczesność, nowożytność, dzięki organizującej ją idei postępu, znak ujemny umieszczała nad przeszłością, dodatni - nad przyszłością. Teraźniejszość stanowiła optymistyczne, choć nie bezbolesne, preludium do lepszego jutra.

Obecnie wszystko to uległo rozchwianiu. Przyszłość straszy tysiącem zagrożeń, przeszłość, porzucona w pośpiechu - niemniej, Dziś zostało wciśnięte między ponure wczoraj i niepewne jutro. Rozsypało się przy tym na poszczególne chwile, mijające tak szybko, że nie nadąża się z ich "łapaniem".

To właśnie doświadczenie porażenia zmysłu przemijania, przyspieszenia i podwyższenia pulsu zmian, jakim mierzy się subiektywnie - i intrasubiektywnie - upływ czasu, tkwi u podstaw zasadniczego i powszechnego przeżycia zagubienia. Oddają go różne metafory funkcjonujące w literaturze poświęconej kryzysowi kultury (nie budzące oporów nawet u autorów kontestujących metaforyczny styl). Takie chociażby, jak: "labirynt aksjologiczny". Charakterystyczne, że to właśnie określenie, najszerzej przyjęte, implikuje skojarzenia z przestrzenią - mroczną i wrogą. Tymczasem, powtórzę to raz jeszcze i to w charakterze podstawowej tezy, najbardziej straumatyzowane jest obecnie przeżywanie czasu (por. J. Mizińska, Śwadomość czasu zwichniętego. Filozoficzne troski współczesności, Lublin 1994).

W tym właśnie upatrując źródła pobłądzenia także w antropologicznej, społecznej i aksjologicznej przestrzeni, spróbuję następnie zbadać, co sprawiło, iż czas płynący w nowożytności po linii prostej zmierzającej ku przodowi i zarazem w górę (słynnej "linii postępu") doznał zawirowania i jakby zawrócenia. Zdaje się naraz płynąć do przodu, do tyłu, na boki. Strumień czasu stał się rozlewiskiem czasu. W świadomości współczesnej strzępy przeszłości mieszają się z wizjami (zwykle złowrogimi) przyszłości. Teraźniejszość raz zdaje się wchłaniać historię i przyszłość, innym razem - czynić nieświadome repetycje z przeszłości, Rytm czasu stał się urwany, spazmatyczny, histeryczny. Z tego względu, że "zadyszka czasowa" rodząca naraz lęk przed wszystkimi trzema wymiarami czasu jest epidemiczną chorobą końca naszego stulecia, analizę przejścia między nowoczesnością a ponowoczesnością pragnę przeprowadzić porównując centralne dla nich metafory do upływu czasu się odnoszące.

Naprowadzają na to już same nazwy tych epok: nowoczesność i ponowoczesność - obydwie mające ten sam, wielce znaczący rdzeń. Same w sobie są one jednak zbyt enigmatyczne: wiadomo jeszcze mniej więcej, co mógłby znaczyć "czas nowy" w zestawieniu ze "starym", Ale już całkiem puste treściowo jest wyrażenie "po" w nazwie "ponowoczesność".

Żeby jednakże móc cokolwiek znaczącego powiedzieć o tych sąsiadujących ze sobą, a postrzegających się nawzajem jako obce (a często wręcz wrogie) czasach, trzeba uciec się do metafory. Zresztą - bardzo ściśle związanej z tą kategorią życia i poznania. Do metafory Zegara.

Taki wybór podyktowany jest nie tym po prostu, iż zegar to przyrząd do mierzenia czasu, ale - że jest to urządzenie sztuczne, mechaniczne, stworzone przez człowieka i w pewnym momencie historii wyniesione do wyjątkowej roli i rangi.

A stało się to właśnie na progu ery nowożytnej. Sam fakt upływu czasu, sprzężony z doświadczeniem przemijalności wszystkiego, a zwłaszcza - ludzkiego życia, był naturalnie odnotowany tak w świadomości potocznej, jak i refleksji filozoficznej w odległej epoce ginącej w niepamięci kultury. Kultura europejska w każdym razie rozpoczęła się wraz z podwyższoną świadomością i skupieniem refleksji nad fenomenem przemijania: jako pytanie, co bezpowrotnie zanika, a co się mimo wszystko ostaje jego trawiącemu żywiołowi. Mitologiczny Chronos, bóg czasu odżywiający się własnymi dziećmi - to ślad zbiorowego doświadczenia czasu jako łańcucha zmian nieodwracalnych i a w tej nieodwracalności przerażających i wręcz śmiercionośnych, Ale mitologia grecka posiadała w swym zbiorze symboli także Feniksa - ptaka, który odradza się z popiołów.

Dwie intuicje: odejścia i powrotu złączył w jedno Heraklit pod postacią metafory - symbolu Ognia, zapalającego się, gasnącego i znowu rozpalającego się "według miary". Tak powstała idea zmian cyklicznych, wiecznego obrotu, kołowrotu historii. Przede wszystkim - kosmicznej. Lecz skoro we wszechświecie został rozpoznany Logos, kierujący sprawiedliwie harmonijnymi przemianami, dbający o symetrię przemijania i nawracania pór roku, łatwo już było przez analogię przenieść ten model "mądrego czasu" także na ludzkie życie. Cykl narodzin i śmierci w życiu pokoleń, cykl politycznych systemów władzy w egzystencji miasta-państwa, godziły starożytnych z rytmem czasu, który tylko na powierzchni widzialnej gołym okiem wydawał się być nieodwracalny, ale oglądany okiem rozumu objawiał się jako cykl wiecznych powrotów,

Intuicja tak rozszczepionego czasu mogła i musiała być zbudowana na podstawie obserwacji codziennych wschodów i zachodów Słońca, wschodów i zachodów Księżyca. Oddzielenie dnia do nocy w zasadzie też wystarczało ludziom tej epoki. Życie ludzkie, już na płaszczyźnie filozofii człowieka, postrzegali też oni w szerokiej perspektywie - jako odmiany Losu, koła Fortuny, która toczy się, także cyklicznie. O sensie ludzkiego żywota można cokolwiek powiedzieć dopiero po jego zakończeniu, a właściwie nawet - dopiero znając los dzieci wolno osądzać życie ojców. Historia Edypa, która znalazła kontynuację i rozwiązanie dopiero w tragedii córki, Antygeny, stanowi przekaz greckiej niespieszności, powściągliwości, cierpliwości w postrzeganiu i reflektowaniu doświadczeń z czasem związanych. Symbol sowy Minerwy, a także zagadka Talesa, co jest najmędrszą rzeczą na świecie (czas, gdyż wszystko wyjawia), świadczą o przekonaniu, iż ów czas jawił się starożytnym nie tylko jako miarowy lecz i sensowny. Niosący pewny, choć skryty, sens,

Nowożytność poczęła się jako epoka Zegarów. Wpierw - słonecznego, a następnie - mechanicznego. Mimo iż zdają się one pełnić podobną funkcję - "miareczkowania" płynnego żywiołu, różnica między zegarem słonecznym a mechanicznym jest radykalna. Przynajmniej, co się tyczy ich wpływu na kulturę.

Zegar Słoneczny uszczegóławiał niejako "czas dzienny", kawałkując go na godziny. Jednocześnie zachowywał w sobie, w swej zewnętrznej postaci, wyrazisty ślad pochodzenia od czasu kosmicznego. Cień pręta pozwalający zorientować się w porze dnia dwojako zależał od Słońca: od tego, że istnieje i "rzuca cień" oraz - od jego aktualnego położenia na nieboskłonie.

Zegar mechaniczny, który został w całości sporządzony przez człowieka, uniezależniał się od kaprysów pogody. Działał we dnie i w nocy, Tym samym jak gdyby "wyjmował" przepływ czasu z przyrody i zaklinał go w dziele ludzkich rąk. Konstrukcja mechanizmu ujawniała też dobitnie mechaniczność, obojętność, monotonię tak mierzonego czasu, W przeciwieństwie do klepsydry, wymagającej częstej interwencji obserwatora i obrazowo ukazującej kierunek góra-dół (stąd -przeniesienie tego słowa do akcesoriów związanych ze śmiercią), czas mierzony zegarem mechanicznym ulegał odczłowieczeniu.

W zamian ujawniły się inne jego ważkie funkcje: stał się on organizatorem spędzania czasu zbiorowego. Zawieszony na Wieży lub na Bramie miasta, uwspólnotawiał "czasy prywatne". A nade wszystko - nadawał strumieniowi czasu jednoznaczny kierunek. Wskazówki poruszające się nieubłaganie do przodu (specjalnie używam tego obiegowego, stereotypowego wyrażenia) sygnalizowały, iż nie ma powrotu i odwrotu w czasie. Każda chwila przemija nieodwracalnie. Chwile dobrze użyte, wykorzystane, kumulują się w bogactwo, zaś zmarnowane, zmarnotrawione, przepędzone w lenistwie - ograbiają nas z potencjalnych dóbr, tak materialnych, jak i duchowych.

Na rolę Zegara ze Wskazówkami dla ukonstytuowania się mentalności kapitalistycznej (polegającej na gromadzeniu kapitału, równoznacznego z naczelną wartością) zwrócił uwagę Max Weber. Zwłaszcza - podkreślając wagę momentu, w którym oprócz wybijania przez Zegar pełnych godzin wprowadzono zwyczaj wybijania także kwadransów. Był to widzialny i słyszalny przejaw zdynamizowania, zagęszczenia, przyspieszenia - w wymiarze psychologicznym - rytmu czasu. Dźwięk zegara, tego samego dla wszystkich mieszkańców miasta, "poganiał" ich do zajęć, nakazywał koncentrację na pracach przynoszących wymierny pożytek. Wzbudzał wyrzuty sumienia u opieszałych i leniwych, W efekcie sprzężenia pracy z rytmem Zegara ze Wskazówkami, zrodziło się przeświadczenie, iż "czas to pieniądz". Benjamin Franklin w liście do syna, pisał prosząc;

"Pamiętaj, że czas to pieniądz; ten kto mógłby przez dzień zarobić dziesięć szylingów, lecz pół dnia sobie spaceruje lub leży w swoim pokoju, nie może tego sam obliczyć, choćby na swoje przyjemności wydal tylko sześć pensów, gdyż prócz tego wydal jeszcze, czy raczej zmarnował, pięć szylingów. Pamiętaj, że kredyt to pieniądz"
(Max Weber, Etyka protestancka a duch kapitalizmu. Przeł, J. Miziński, Lublin 1994, s. 23).

Tak oto żywioł czasu został ujarzmiony i przeliczony na żywioł pieniądza, O ile marnotrawienie czasu nie było przekonującym argumentem, to marnotrawienie potencjalnego bogactwa dobrze trafiło do wyobraźni. Zegar ze Wskazówkami patronował i kształtował mentalność Pielgrzyma, Wzoru osobowego, typu idealnego obywatela społeczeństwa producentów. Nastawionego na przyszłość, dla którego teraźniejszość jest jedynie przygotowaniem, okazją do zgromadzenia dóbr. Takie pojmowanie i wartościowanie czasu wykluczało się z konsumpcją. Owszem, sprzyjało ascezie w imię odroczonego zysku. W dobrze zorganizowanej społeczności, w świecie - fabryce, pilnie i gorliwie produkuje się różnorakie dobra. Ponieważ jednak czas ziemskiej wędrówki jest ograniczony Kalendarzem (daty narodzin i śmierci), a poganiany Zegarem, przeto używanie nagromadzonych bogactw odłożyć należy na przyszłość. Na taki czas szczególny, wieczność, która już "nie jest pieniądzem".

Pobyt na ziemi jest więc okresem wytwarzania i gromadzenia bogactw materialnych - z myślą o "zapewnieniu przyszłości" (!) dzieciom i wnukom. Dla siebie kapitalista-asceta ma właściwie jedną tylko korzyść - pewność, iż egzystencja poświęcona wytężonej pracy zostanie nagrodzona "wiecznym spokojem" w życiu pozagrobowym. Rezygnacja z konsumpcji, z używania na bieżąco wypracowanych własnymi rękoma bogactw, nie jest dla mentalności protestanckiej czymś wyłącznie negatywnym, wyrzeczeniem, Przeciwnie - stanowi kapitał na wieczność.

Zwróćmy uwagę na charakterystyczne słownictwo towarzyszące tego typu świadomości: "zapewnianie przyszłości" własnej i następnych pokoleń ugruntowane jest na przeświadczeniu, iż czas będzie płynął zawsze nieprzerwanie, a dobra i wartości skumulowane w przeszłości będą procentować w przyszłości właśnie. Życie doczesne jest "czasem niepokoju", zabiegów, krzątaniny, wytężonego wysiłku, ryzyka przede wszystkim, zaś pośmiertne - czasem "spokoju wiecznego". "Wieczne odpoczywanie", modlitwa nad grobem Pielgrzyma - to najlepsze życzenie, jakie żyjący Pielgrzym może przekazać zmarłemu.

Bowiem Pielgrzymka, model ludzkiego istnienia "czasów zegarów ze wskazówkami" to szlak mozolnego wspinania się pod górę - Golgotę. Każdy dźwiga ze sobą, na sobie i w sobie własny krzyż - cierpienia, niepewności, trudu. Ten ogromny ciężar staje się znośny mimo wszystko dlatego, że po najtrudniejszym nawet życiu czeka nas zbawienie rozumiane jako wieczne odpoczywanie. Konkludując: Zegar ze Wskazówkami to symbol, archetyp i metafora historii sensownej. Zarówno w wymiarze Historii wielkiej - dziejów ludzkości, które są postrzegane przez nowożytność niby wznosząca się (także pod górę) linia postępu jednocześnie technicznego, intelektualnego i moralnego - jako że praca, dyscyplinując wewnętrznie, uszlachetnia; jak też w wymiarze historii osobistej, biografii jednostkowej. Jako udziałowcy historii wieczystej, zarządzanej przez Boga, historii ziemskiej przenikniętej racjonalnością, ludzie dziedziczą jednak również na prywatny użytek jej walory: racjonalność i sensowność, System Hegla stanowi wspaniałą architektonikę myśli wcielającej i wieńczącej ten typ mentalności. Aczkolwiek przywykło się patrzeć nań jako na "Odyseję świadomości", w gruncie rzeczy, w odniesieniu do trzeciego etapu dziejów ducha, stanowi on raczej obraz Pielgrzymowania.

2. Zegar Elektroniczny - bełkot Dyskoteki

Dla świadomości człowieka nowożytnego czas przestał być ż y w i o ł e m, jakim był dla człowieka starożytnego. Żywioł ów został bowiem ujarzmiony, pokawałkowany, zaprzęgnięty do służby człowieka, który jął nań pracować. Ujęty w brzegi "strumienia czasu" był przez adekwatny dlań "strumień świadomości" postrzegany jako jeszcze jedna siła przyrody podporządkowana rozumnej organizacji człowieka, któremu Bóg powierzył gospodarstwo świata. Idea opanowywania i panowania nad natura objęła także czas - ów żywioł żywiołów. Został on nie tylko uregulowany na podobieństwo olbrzymiej rzeki grożącej powodzią, ale ponadto - jednoznacznie ukierunkowany. Podczas gdy Zegar Słoneczny sygnalizował czas biegnący po kole: każdy dzień jak gdyby zaczynał wszystko od nowa, to Zegar ze Wskazówkami "rozrywał" to koło, przekreślał poczucie odradzania się tego samego cyklicznego czasu. Wybijając godziny i kwadranse, pokazując minuty i sekundy, akcentował przerywistość i - zarazem -ciągłość Czasu, który, niczym Pielgrzym, posuwał się z wysiłkiem, ale nieustępliwie - naprzód.

Aby dobitnie zilustrować rewolucyjne wręcz przemiany poczucia i świadomości czasu, jakie nastąpiły na przejściu - czy może raczej przeskoku - od nowoczesności do ponowoczesności, przytoczę znakomitą obserwację Z. Baumana:

"Na głównej ulicy miasta Leeds, w którym spędziłem z małymi przerwami ostatnie ćwierć wieku mojego życia, wznosi się imponujący gmach Ratusza, otwartego z wielką pompą przez królową Wiktorię w 1858 roku. Gmach naśladujący naraz pałace faraonów, świątynie greckie i książęce dwory - zaprojektowano z rozmachem i zbudowano nie szczędząc kosztów. Leedscy mieszczanie sypnęli groszem szczodrze - jakby chcieli dowieść arystokratycznym zadufkom, że ich też stać, że sroce spod ogona nie wypadli i że potrafią nie gorzej od innych sztukom mecenasować. Zgodnie z duchem demokratycznym mieszczaństwa, cały środek Ratusza wypełnia olbrzymia aula zgromadzeń, w jakiej ojcowie miasta spodziewali się debatować sprawy publiczne przy tłumnym udziale współmieszkańców. Wokół sali wypisali wysoko na ścianach, złotymi zgłoskami na purpurowym tle, najświętsze swe życiowe dewizy (...). Obok takich, jak "uczciwość najlepszą polityką", "Labor omnia vincit", "siła w jedności", "splataj prawdę z zaufaniem" czy "auspicium melioras aevi" - jest tam jedna dewiza bijąca wszystkie rekordy lakoniczności: jedno tylko stówo: "Naprzód!" Kto to kazał wpisać, nie miał zapewne wątpliwości, co to znaczy. Musiał wiedzieć dokładnie, gdzie "przód", a gdzie "tył", i spodziewać się, że tłumy mieszczan, ściągające na publiczne debaty, też z ich rozróżnieniem nie będą miały trudności. Dla tych, którzy ratuszowe dewizy komponowali, czas miał kierunek. Parł przed siebie, do przodu. Był jak strzała wypuszczona z Bożej cięciwy. Trzeba było z czasem iść, za czasem podążać i mknący naprzód czas doganiać. Czas był bezlitosnym, a i bezapelacyjnym sędzią kapryśnej ludzkiej woli - obnażał i karał surowo wszelką gnuśność, opieszałość i zaniedbanie. Ale wytyczał zarazem drogę, po której można było pewnie kroczyć, licząc, że się dojdzie tam, gdzie się dojść zamierzało; taka droga nadawała sens każdemu ze stawianych na niej kroków"
(Z. Bauman, O Turystach i Włóczęgach czyli bohaterach i ofiarach ponowoczesności. Maszynopis, s. 2).

Nic już do tego opisu, który stanowi zarówno realistyczne sprawozdanie, jak i alegorię mentalności Mieszczanina-Pielgrzyma, dodać nie można. Co najwyżej, że Zegar Mechaniczny zawieszony na wieży Ratusza, regulując czas, nadając mu kierunek "naprzód", tym samym organizował Pielgrzymowi przestrzeń. Wieża, Brama, Ratusz, wyniesione nad domami obywateli gmachy publiczne z zegarami zamontowanymi na ich szczycie, sygnalizowały też "lepszość" kierunku pionowego nad poziomym. "Naprzód" - dewiza Pielgrzyma, w istocie znaczyło dla niego jednocześnie: "ku przodowi" i "wzwyż"; nie po prostu "przed siebie", lecz i "ponad siebie". W stronę przyszłości, która w jakimś momencie przechodzi w wieczność. Sakralność czasu wiecznego udzielała się, niejako wstecz, przyszłości, a przez to "namaszczała" także, choć w coraz mniejszym stopniu - teraźniejszość i przeszłość. Transcendencja zatem nie tylko uświęcała cel, ale i całą drogę Pielgrzyma.

Turysta, Włóczęga, Gracz, Spacerowicz - to, mówiąc w dalszym ciągu językiem Webera/Baumana, ponowocześni potomkowie Pielgrzyma, Gdy studiuje się ich właściwości (por. Z, Bauman, "Ponowoczesne wzory osobowości." W: Z. Bauman, Dwa szkice o moralności ponowoczesnej, Warszawa 1994), trudno powiedzieć, iż są oni zwykłymi spadkobiercami swego szacownego dziada. Albowiem to, co Pielgrzyma czyniło Pielgrzymem: święte miejsce, zanikło wraz ze "śmiercią Boga". A skoro nie ma miejsca świętego - wszystkie punkty na planecie i we wszechświecie stają się równowartościowe - bezwartościowe. Nie ma dokąd wędrować ani po zbawienie, ani po Złote Runo. Nie ma też Góry, która wzywa do wspinania się na nią, toczenia kamienia, dźwigania Krzyża. Zamiast wspinania rozpoczyna się spadanie, przy czym - "spadamy naraz we wszystkich kierunkach", jak to powiedział Stanisław Różewicz.

Homogenizacja ponowoczesnej przestrzeni spłodziła wielorakość odmian Włóczykijów, Nomadów na pustyni jałowego jak piasek czasu, Czasu, który pozbawiony kierunku (a przez to i sensu) staje się sypki. Można po nim wędrować - ale w którą stronę i po co? skoro wiatr natychmiast zasypuje ślady, a i sam piach - lotny - także się przemieszcza w postaci wędrujących wydm. Wskutek radykalnej dezorganizacji czasoprzestrzeni zbiorowego życia w ponowoczesnym społeczeństwie, załamaniu i erozji uległa też przestrzeń aksjologiczna, ojczyzna sensu. Z tego względu wszelkie konieczności ustąpiły pola przypadkowości. Konieczność, która przejawiała się wobec ludzkiego życia jako przeznaczenie wyznaczające Los, znikła z widoku. Zwłaszcza doświadczenia totalnych wojen, odmieniające ów los z sekundy na sekundę dosłownie, odłożyły się w mentalności jako poczucie absurdu i bezsensu, wyeksponowane przez egzystencjalizm. Postmodernizm zadekretował w charakterze stanu normalnego to, co niedawno jeszcze wydawało się anomalią. Banita, Emigrant, Wygnańca z ojczyzny; ofiara wojny "gorącej", a potem "zimnej" w totalitaryzmie, wyrzucany był na tułaczkę wbrew woli. Dzisiejsi Włóczędzy i Turyści wybierają, a w każdym razie, akceptują swój styl życia bez stałego adresu. Przez to - uznają epizodyczność jako status quo. Czas liniowy prowadzący jak po sznurku Pielgrzyma, został potargany, porozrywany na strzępki. Tak, jak i przestrzeń, w której można swobodnie lewitować (turystyka jest taką właśnie zbiorową lewitacją), czas wypuścił człowieka dzisiejszego ze swoich karbów. Oczywiście, dalej używamy kalendarzy i zegarów, coraz to bardziej precyzyjnych i wymyślnych. Ale prócz użytkowej - zresztą bardzo utylitarnej, bo sprowadzonej do "terminarzyka spotkań" zawodowych i prywatnych, pełnią one funkcję prestiżową, zdobniczą, rozrywkową, reklamową. Czas i przestrzeń rozsypały się, nie stanowią już sieci, utworzonej z różnych oczek powiązanych wszakże ze sobą tak, że cokolwiek dzieje się w jednym z nich, oddziałuje na rozszerzenie bądź ściągnięcie się pozostałych. Jednostki owej czasoprzestrzeni przypominają puzzle: z rozsypanki klocków każdy może dowolnie ułożyć, a za chwilę zburzyć, mechaniczną układankę. Dotyczy to nie tylko sztuki - typowej dla ponowoczesności i ulubionej rozrwyki telewizyjnego serialu, gdzie bohaterowie są przedstawiani raz w retrospekcji, raz w prospekcji, nierozpoznawalnych właściwie, gdyż i teraźniejszość bywa pokazywana w alternatywnych planach. Mogą oni umierać i zmartwychwstawać, okazywać się kimś innym na końcu niż na początku. Kasować własną przeszłość i "zaczynać wszystko od nowa". W zestawieniu z powieścią-rzeką, najbardziej bodaj charakterystyczną opowieścią Pielgrzyma, serial telewizyjny, na pozór ją naśladujący, zawiera w sobie nowy element: odwracalność czasu.

Czas człowieka ponowoczesnego jest nie tyle mierzony i wyznaczany, co zaznaczany mimochodem przez Zegary Elektroniczne.

Zegary Elektroniczne nie mają wskazówek. Precyzyjnie, z najwyższym stopniem dokładności wypisane godziny, minuty, sekundy, ułamki sekund wyskakują nagle, wybłyskują jaskrawo podświetlonymi kolorami, by natychmiast zapaść się w nicość. Nie ma w tych urządzeniach niczego, co by sugerowało następstwo i ciągłość pomiędzy kolejnymi odczytaniami. Każdy moment istnieje jak gdyby osobno, sam dla siebie, niezależnie od sąsiedztwa. Cyfry mówią wszystko - nie trzeba porównywać, jak w zegarze mechanicznym, położenia wskazówek względem siebie. A zarazem - nie mówią niczego o jakości czasu: czy jest to dwunasta w południe, czy w nocy. Zegar Elektroniczny do końca uniezależnił się od Słońca, sam ma w sobie "wieczne słońce". Tyle - że także elektroniczne. Zamiana Zegara ze Wskazówkami, jednego dla wszystkich mieszkańców miasta, zawieszonego na najwyższej Wieży - na Zegarki Elektroniczne, które ma na własnym ręku każdy, jest znamienna jeszcze dla innego aspektu ponowoczesności. Mianowicie - dla przekształcenia się miasta w aglomerację i, co się z tym wiąże, społeczeństwa - w masę. Pisał o tym już Ortega y Gasset:

"Osoby składające się obecnie na owe tłumy istniały również wcześniej, ale nie jako tłum. Rozproszone po świecie, samotne bądź w pewnej odległości od innych. Każda taka osoba czy grupka zajmowały własne miejsce bądź na wsi, bądź w miasteczku, bądź w dzielnicy dużego miasta. Teraz te ostatnie nagle przybrały kształt aglomeracji i gdziekolwiek spojrzymy, mamy przed oczami tłumy. Gdziekolwiek? Ależ nie: dokładniej rzecz biorąc w miejscach najlepszych, będących stosunkowo wyrafinowanymi tworami kultury ludzkiej, które uprzednio zarezerwowane były dla mniejszości. Tłum stał się nagle widoczny, zajął w społeczeństwie miejsce uprzywilejowane. Przedtem, jeżeli nawet istniał, to pozostawał niezauważony, był gdzieś w tle społecznej sceny; teraz wysunął się na środek, stał się główną postacią sztuki. Nie ma bohaterów, jest tylko chór" (J. Ortega y Gasset, Bunt mas. Przeł. P. Niklewicz, Warszawa 1995, s. 9-10),

Wszystkie trzy ciągi przemian idą zatem równolegle: homogenizacja przestrzeni, homogenizacja czasu, homogenizacja ludzi. Metamorfoza nowoczesności w ponowoczesność to likwidacja wyjątkowości: świętych miejsc, odświętnych dat, wybitnych osobowości - w sensie szacunku i podziwu dla nich. Umasowienie społeczeństwa to zarazem jego "stłumienie" - w obydwu znaczeniach tego słowa: tradycyjnym - odebranie głosu tym, którzy mają coś istotnego do powiedzenia (upadek autorytetów) oraz - zmiany w tłum. Istotą tłumu jest rozpanoszenie się p o s p o l i t o ś c i, przeciętności, według zasady "wszyscy jesteśmy tacy sami" - jestem "taki sam jak wszyscy". Kult wybitności został zastąpiony kultem pospolitości. Sprzyja temu i znakomicie przyspiesza ten proces telewizja. Le Bon i Ortega y Gasset mówili o tłumie na ulicach, który szczelnie wypełnia i przepełnia każdą przestrzeń, tak placu, jak i pałacu. Nie przewidzieli nowej, współczesnej jego wersji - tłumu przed ekranem telewizyjnym, jednego z najbardziej zadziwiających fenomenów socjologicznych. Mimo to, że każdy siedzi na własnym fotelu w zamkniętym od środka własnym mieszkaniu, wszyscy razem tworzą Społeczeństwo Telewidzów, Nie, nawet nie społeczeństwo, lecz Tłum spełniający podstawowy warunek bycia tłumem czy masą - "bycie takimi samymi". Na koniec warto zdać sobie sprawę z tego, co wypełniając umysły identyczną zawartością, upodobania ich do siebie.

Niewolnicy patrzenia w telewizor zdyscyplinowani są stałymi porami oglądania najbardziej popularnych programów. Telewizja zatem dyktuje im nie tylko sposób spędzania czasu po pracy (w zasadzie Telewidz nie bierze pod uwagę innego rozwiązania), ale też kawałkuje im ten czas: od jednego do drugiego odcinka serialu. Poza tym, co bardziej oczywiste, nasyca im umysł - przez oczy! - takimi samymi obrazami, kondensującymi informację podaną wraz z wtopioną w nie interpretacją, spreparowaną i gotową. Odzwyczaja ich również od konieczności, a nawet potrzeby konfrontowania obrazu rzeczy - z rzeczą samą, choćby dlatego, iż rzeczy są niedostępne wskutek odległości w czasie i przestrzeni.

W sumie Tłum Telewidzów obcuje z quasi-rzeczywistością migających obrazów, pakietów "wiadomości dobrego i złego".

Unifikacja umysłów łagodnie indoktrynowanych atrakcyjnie podanym towarem, oducza bądź nie dopuszcza do pojawienia się myślenia. Myślenia w sensie podstawowym, jako ruchu - ścierania się, napierania na siebie, wikłania i rozwikływania myśli w głowie pojedynczego Ego Cogito. "Bezdźwięcznego dialogu", jak je określa Hanna Arendt (H. Arendt, Myślenie. Przeł. H. Buczyńska-Garewieź, Warszawa 1991, s. 37). Jakiekolwiek my, podmiot zbiorowy, może co najwyżej posiadać "zbiorową świadomość", która - wbrew nazwie - jest zazwyczaj somnabuliczną półświadomością, gęstwiną stereotypów, klisz myślowych, kolektywnych halucynacji, co przekonująco wykazała "sztuka podejrzeń", kontynuowana współcześnie przez socjologię wiedzy. Telewizja - etymologicznie oznaczająca widzenie na odległość - jako uniwersalny w ponowoczesności pośrednik mas w kontakcie ze światem, czy też raczej podglądaniu go przez szklany ekran, narzuca Telewidzom przyzwyczajenie, że od skandali i okrucieństw gdzieś tam obecnej rzeczywistości odgradza go kuloodporna szyba. Przenikające przez nią obrazy niosą ze sobą gotowe porcje informacji, interpretacji i ewaluacji - wystarczy je tylko chłonąć i już, za darmo, wie się wszystko.

Podstawowym, by tak rzec, archetypicznym modelem (i gatunkiem) produkcji Telewizyjnej świadomości jest Teledysk.

W swej formie rodzajowej jest to synkretyczna całość złożona z piosenki podawanej przez piosenkarza z towarzyszeniem zespołu muzycznego na tle migającej feerii obrazków. O ile słowa, tekst piosenki, jeszcze niosą ze sobą jakąś minimalną treść (choć najczęściej bywa raczej ekspresją negatywnych emocji - złości i buntu), o tyle wizualne jej tło tworzone jest na zasadzie szokujących zbitek niepowiązanych ze sobą, przypadkowo dobranych, wymyślonych epizodów. Łączy je ze sobą specyficzna nić nonsensu, Nie są i nie zamierzają być ilustracją tekstu, ale jego przedrzeźnianiem, parodiowaniem, w celu nieustannego przykuwania wzroku, jak gdyby w niedowierzaniu, że same słowa, błahe i banalne, nie zatrzymają na dłużej uwagi oglądających.

Zamierzona przez producentów Teledysku jego absurdalność: zestawianie elementów tekstu, muzyki i obrazu według "rozpasanej wyobraźni", konstruowana ku rozrywce widowni masowej, mimowolnie oddaje istotę ponowoczesnego bytu rozerwanego i potem - ku uciesze i błazenadzie - sfotografowanego w swej fragmentaryczności, przypadkowo na powrót, mechanicznie zlepionej, Wzmacnia to i czyni "normalną" wizję świata jako potrójnej rozsypanki: temporalnej, spacjalnej i aksjologicznej. Wszystkie inne typowe gatunki telewizyjne: wspomniane już seriale, programy rozrywkowe, filmy science fiction, dzienniki telewizyjne (te zwłaszcza), powielają model teledysku.

Uważnemu i zdystansowanemu Telewidzowi sygnalizują one fakt, iż życie ludzkie stało się "nieopowiadalne". Pielgrzym tak po drodze, jak i - szczególnie, pod jej koniec potrzebował opowiedzieć o swych przygodach innym Pielgrzymom, aby porównać z nimi własny Los i wspólnie dopatrzeć się w nim sensu.

Dzisiejszy Turysta i Włóczęga już tego nie potrafią i nie potrzebują. Pojęcie Losu wyparowało z jego języka na rzecz - życia. Życia jako mozaiki zachowań, przypominającej ruchy pionka na szachownicy. Złożone z poszczególnych epizodów, daje się ono rozkładać i znowu składać - wedle życzenia i wedle aktualnej potrzeby politycznej - w dowolne życiorysy, które nie stanowią jednak spójnej biografii. Metafora labiryntu jest przeto nietrafna. Wszak Tezeusz zaopatrzony przez Ariadnę w kłębek nici, wyruszał w mrok zagmatwanej budowli, by odnaleźć i zabić Minotaura. Dzisiejszy labirynt jest, owszem także zamieszkiwany przez niewidocznego potwora, ale Tezeusz nie ma w nim żadnych szans, gdyż motek nici sensu został porwany na kawałki, zaś Ariadna porzuciła Tezusza w imię walki o równouprawnienie kobiet.

Nie tylko przestrzeń (labirynt), ale i czas (szpula nici) utraciły strukturę i ciągłość. Wszystko popadło w chaos, bezład, Zaginęła postać świata i sama możliwość nakreślenia jego figury na tle, Tło i figura migają jak w tricku gestaltystów: "kaczkokrólika", Nawet obrazki utraciły wiarygodność. Okazuje się, iż nie stanowią barwnych, obwiedzionych konturem plam, lecz są złożone z poszczególnych, gęsto nagromadzonych punktów.

Cechą kultury ponowoczesnej jest właśnie punktowość, zaprzeczająca jakiejkolwiek liniowości. "Puentylizacji" brak jednak punktów wyróżnionych. Żaden z nich nie ma prawa do roli k r o p k i. Ani "kropki nad i", akcentującej sens, ani do znaku interpunkcyjnego zamykającego wypowiedź. Postrzępione, wyrywkowe relacje o świecie zaczynają się i... nie kończą. Wielokropek - to znak wiecznego oczekiwania na ciąg dalszy, na niekończącą się i nieciągłą relację z bełkotliwego życia, które zdaje się być wcieleniem Szekspirowskiego "snu idioty śnionego nieprzytomnie".

Byt ponowoczesny wszystko wyrównał i zrównał ze sobą. Zilustrował, dosłownie, dewizę nihilisty: "wszystko jedno”. Telewizja zadekretowała, uczyniła codziennym pokarmem człowieka masowego mieszaninę faktów, fikcji, baśni, magii. Oduczyła ludzi słuchania w sensie wsłuchiwania się w rzeczywistość, w innych, w siebie samego. Zagłuszyła "uszy do słuchania", zamydliła kolorowymi mydełkami "oczy do patrzenia". Przyzwyczaiła do beztroskiej nieodpowiedzialności już nie tylko za stan świata, ale i za jego spójną wizję.

Mimo upływu lat wciąż nieprzedawniona pozostaje diagnoza Ortegi y Gasseta:

"... żyjemy w epoce, którą cechuje poczucie olbrzymich możliwości realizacji, ale która nie wie, co ma realizować. Panuje nad wszystkimi rzeczami, ale nie jest panią samej siebie. Czuje się zagubiona w nadmiarze własnych możliwości. (...) Stąd bierze się dziwna dwoistość poczucia siły a zarazem zagubienia, które zagnieździło się w duszy współczesnej. O naszej epoce powiedzieć można to samo, co mawiano o regencie panującym w okresie dzieciństwa Ludwika XV, mianowicie, że ma wszystkie talenty za wyjątkiem talentu posługiwania się nimi." (Ortega y Gasset, Bunt mas, Warszawa 1995, s, 41-42).

Utrata kierunkowości czasu, sprzężona z poczuciem przypadkowości życia jako bezwolnego dryfowania na oceanie wszelkich możliwości, wykształciła obywatela ponowoczesności jako wiecznego tancerza Dyskoteki. Wiruje on w ogłuszającym rytmie, samotny w tłumie konsumentów odurzonych żądzą rozrywki. Nie patrząc pod nogi, na podłogę, gdzie padają słabsi, wyczerpani, depcąc po nich bez skrupułów. Ponowoczesności obca jest idea rezygnacji z czegokolwiek. Nawet jeśli przyjdzie - ostatecznie - zrezygnować z życia, warto najpierw użyć go do woli. Wola mocy, nawet to, przekształciło się w wolę używania. Aż do ostatecznego zatracenia?

 

 
archiwum_index