2001   archiwum  tekstów  sieciowych

Jarosław Lubiak Co by się stało, gdyby Wiktoria Cukt wygrała wybory prezydenckie?

Tytułowe pytanie automatycznie przenosi nas w sferę political fiction. Oczywiste wydaje się przecież, że Wiktoria Cukt wyborów wygrać nie mogła. Wirtualna istota nie może wszak zaistnieć w świecie realnej polityki. Czy rzeczywiście?

Nie istnieje?

Wiktoria Cukt nie mogła zostać zarejestrowana w PKW, mimo iż zbierano podpisy popierające jej kandydaturę.

Nie legitymuje się dowodem osobistym. Nie może podać imion rodziców. Ani wskazać daty i miejsca urodzenia. Nie jest nigdzie zameldowana. Nie dysponuje numerem PESEL, ani NIP (nie płaci podatków?). Nie dysponuje zatem niczym, co mogłoby potwierdzić jej tożsamość. W sensie formalnym, biurokratycznym nie istnieje.

Nie ma też ciała.

Jednak ma wizerunek ciała. Istnieje jako swój wizerunek. Wizerunek, jaki cybernetyczny program przybiera na ekranach komputerowych monitorów. Jako program multimedialny odpowiada na pytania. Głosi swoje postulaty, przemawiając poprzez głośniki stanowczym głosem.

Wiktoria Cukt istnieje jako komputerowe zjawisko. Czy też może jako cybernetyczna zjawa, elektroniczny fantom.

Osobowość?

Wiktoria Cukt prezentuje się na swoich stronach www, jako dystyngowana dama, w średnim wieku, o filmowej urodzie. Elegancka koafiura, perłowa kolia, precyzyjny makijaż nadają jej wygląd prawdziwej gwiazdy, w nieco staromodnym stylu. Pieprzyk koło lewego oka dodaje tylko wdzięku tej cyfrowej projekcji -- nawet wirtualnie stworzonym "ciałom" zdarzają się skazy. Czyni to kandydatkę bardziej "ludzką" (cokolwiek miałoby to znaczyć).

Wystylizowanie na filmową gwiazdę odpowiada zapotrzebowaniom naszych, zapatrzonych w ekrany i monitory, czasów. Foto- czy telegeniczność jest dziś podstawowym wymogiem jaki spełnić musi osoba publiczna.

Nie jest to jednak jedyna twarz kandydatki Cukt. Inną przejawia na tablicach reklamowych, udzielonych jej przez firmę AMS. W "realnej" przestrzeni miejskiej przewrotnie przybiera kształt od razu rozpoznawalny jako cyfrowy wytwór -- schematyczny, sumaryczny efekt komputerowego modelowania. Na billboardach, zgodnie zresztą z wymogami reklamy, Wiktoria Cukt zaznacza swoją odrębność od "prawdziwych" polityków. Prezentuje się właśnie jako cyfrowa zjawa -- fantom z innego świata niż ten, do którego należą jej kontrkandydaci.

Jednak Wiktoria Cukt to nie tylko jej wizerunki

Określa siebie jako "osobowość wirtualną" i podkreśla brak swoich własnych "poglądów politycznych". W istocie, czy ktoś kto nie istnieje, ktoś będący samą informacją tylko, może mieć swoje poglądy? Wiktoria głosi poglądy, jakie wpiszą w nią za pośrednictwem internetu wyborcy. Wyborcy -- internauci. Sama opisuje tę sytuację, wypowiedzią jednego z nich:

"Jestem wszystkimi, którzy mówią w moim imieniu. Wyrażam poglądy  użytkowników Internetu, którzy tego pragną i wpiszą moje postulaty. Jestem bezstronna, wypowiadam się w imieniu wszystkich, nie cenzurując ich - jeśli ludzie są wulgarni - jestem wulgarna, jeśli lewicują - lewicuję, gdy wyrażają się kulturalnie - ja również to robię."

Wiktoria Cukt jest sumą wpisanych w nią poglądów. Jako algorytm do ich głoszenia nie poddaje ich ani analizie, ani refleksji czy syntezie. Potencjalnie więc jest nieskończonym katalogiem życzeń, dobrych rad, światłych opinii, okrągłych zdań czy złorzeczeń. Staje się sumarycznym fantomem polskiego społeczeństwa, nieobrobionym odzwierciedleniem jego opinii. To właśnie dla tego społeczeństwa, jak sama twierdzi, jest "skłonna poświęcić siebie i swoją wiedzę" i kandydować w wyborach (skąd my to znamy). Na mocy tej decyzji rozpoczęła się pierwsza w dziejach kampania wirtualnej kandydatki.

Kampania?

Sztab wyborczy Wiktorii Cukt jako jedyny podniósł kampanię do rangi dzieła sztuki. Nadał jej kształt wystaw, które odbywały się w różnych miejscach całego kraju. Pojawiła się w mediach: na tablicach reklamowych, w telewizji i w gazetach. Kulminacyjny moment kampanii -- dzień głosowania -- zbiegł się z otwarciem ekspozycji w Muzeum Sztuki w Łodzi. Wiktoria Cukt została zaproszona do Muzeum przez Marię Morzuch, która wraz ze sztabem kandydatki przygotowała tę wyborczą akcję.

Na wielkiej ścianie (naprzeciw wejścia) wyklejone zostały czarne na białym (jako przewrotna interpretacja maksymy głoszonej przez jednego z kandydatów?) nazwiska polityków i ich wyborcze hasła. Zostały one "przekreślone" świecącym na niebiesko (kolorem zwycięskich kampanii) neonem głoszącym, iż Politycy są zbędni.

Wiktoria Cukt, odpowiadając hasłem na hasła, obwieszcza postulat "polityki bez polityków". Ich miejsce powinien zająć cyfrowy fantom, całkowicie obliczalny cybernetyczny program, który zastąpić by miał nieobliczalnych ludzi z "krwi i kości". Program, który obwieszcza swój program (wyborczy). Ale czy będzie w stanie go realizować?

Muzyka techno rozbrzmiewająca na sali dodaje wdzięku generowanym elektronicznie wypowiedziom kandydatki, wygłaszanym z konieczną w takich wypadkach powagą. Wszystko, co dzieje się we wnętrzu jest chwytane przez kamerę, digitalizowane i rozpowszechniane w interencie. Powstaje zatem elektroniczna pętla: w sali muzeum oglądamy projekcję wirtualnego bytu istniejącego w sieci, projekcja zaś i my jako widzowie (wszystko co się tu wydarza) powraca za pośrednictwem kamery do internetu (gdzie możemy ją znowu obejrzeć, korzystając z komputerowego monitora). Wirtualne pochłania to, co realne -- o ile można użyć tu jeszcze takiej pojęciowej opozycji (tylko na razie i prowizorycznie).

Kampania w muzeum odbywa się w niedzielę, a zatem łamię ciszę wyborczą. O ile jednak jest artystyczna, o tyle wydaje się nie być polityczna. To, co artystyczne i to, co polityczne wciąż zdają się nie mieć nic wspólnego. Wiktoria Cukt chce jednak przyłączyć się do polityki (mimo że nie chce być politykiem). Członkowie jej sztabu rozdawali karty do głosowania przeznaczone do wrzucenia do urn wyborczych (tych "realnych"). Wiarygodność kart potwierdzona była stemplami Państwowej Komisji Wyborczej i Centralnego Urzędu Kultury Technicznej. Czy ta sztuczka, zmierzająca do wkroczenia do polityki, mogła się udać? Czy program Wiktoria Cukt może być również polityczny, a nie tylko artystyczny?

Utopia?

Z taką osobowością jak Wiktoria Cukt -- z "osobowością wirtualną", z osobowością wtajemniczoną w najtajniejsze sekrety informacji, jako że sama jest informacją -- związana jest nasza przyszłość. Zgodnie z tezami socjologów czeka nas przekształcenie (czy też już nas dotyka) w społeczeństwo informacyjne. Któż zatem poprowadzić nas ma w tą przyszłość jak nie Ona, jak nie cybernetyczny program Wiktorii Cukt.

W końcu programy komputerowe sterują pociągami metra i samolotami czemu nie miałyby zatem zacząć kierować społeczeństwem?

Wiktoria Cukt jest świadoma roli jaką może odegrać, jest wszak zdigitalizowaną, czystą świadomością. Świadomością techniczną i to ją właśnie chce rozpowszechniać: "U progu III Tysiąclecia Polska ma szansę stać się pionierem w kształtowaniu nowoczesnej świadomości technicznej swoich obywateli." -- głosi kandydatka w swoim apelu wyborczym.

Ta nowoczesna świadomość ma być podstawą "rozwoju elektronicznej demokracji." Elektroniczna demokracja przynieść ma zniesienie systemu przedstawicielskiego i likwidację klasy politycznej. Będą one zbędne, gdyż elektroniczna demokracja to demokracja "bezpośrednia", w której wszyscy za pośrednictwem internetu mogą brać bezpośredni udział w podejmowaniu decyzji i kształtowaniu rzeczywistości -- współtworząc "Wolę Narodu".

Platformą dla ukonstytuowania "Woli Narodu" ma być Obywatelski Software Wyborczy, tworzony przez urzędników Centralnego Urzędu Kultury Technicznej. Jego pierwszym przejawem jest właśnie Wiktoria Cukt. Jest ona też symbolem nowej ery.

Kto się boi Wiktorii Cukt?

Ery, w której demokracja "bezpośrednia" (wszystkie określenia stają się powoli nieadekwatne) zapośredniczona jest przez elektroniczną sieć. Zaś możliwość korzystania z niej wymaga osiągnięcia świadomości technicznej -- wymaga podłączenia się. A zatem program Wiktorii Cukt jest programem samoistnej ekspansji, w którym jedne formy świadomości pochłaniają inne.

Zjawa Wiktorii Cukt nie jest jednak całkowicie samoistna. Jak każde zjawisko polityczne ma ona swoje zaplecze, którego jest wytworem i którego aspiracje wyraża a cele ma spełniać. Co więcej Wiktoria Cukt ma zaplecze zorganizowane w postaci Urzędu. To on powołał ją do istnienia i udzielił jej swojego miana. Centralny Urząd Kultury Technicznej (CUKT) nadał jej swoją nazwę jako nazwisko, określając w ten sposób jej tożsamość, wskazując na przynależność. Nazywając się tak jak on, Wiktoria Cukt staje się jego przejawem. Jest jedną z jego postaci. Jest jego politycznym wizerunkiem.

To aspiracje CUKT-u wyrażać ma Wiktoria Cukt. To jego cele ma realizować. A cele te różnią się od wyborczych sloganów, wypisanych na internetowych stronach kandydatki. Czy to nie ten rozdźwięk między celami a wyborczymi hasłami wprowadza Wiktorię Cukt w sferę polityki? Czy to właśnie nie ten rozdźwięk powoduje, iż staje się ona prawdziwie politycznym zjawiskiem?

Apel kandydatki głosi konieczność i szansę przekształcenia Polski w "nowoczesne państwo o niezwykle wysokim poziomie rozwoju kulturalnego i technologicznego: Środkowoeuropejskiego Tygrysa Kultury Technicznej." Postuluje techniczną rewolucję kulturalną. Jej Urzędnicy (Urzędnicy CUKT-u) przekładają to hasło na język konkretów. Deklaracja CUKT-u, ujmując kulturę techniczną jako "całokształt dorobku ludzi i maszyn", definiuje jej cechy jako "obiektywność, profesjonalizm, standaryzacja, pomiar, postęp". Kulturę tę cechują również technicyzacja stosunków między ludźmi (czyli poddanie ich kontroli specjalistów), ekonomizacja ("Jedynym kryterium jest szybkość i zasięg oddziaływania - skuteczność na cyberynku."; "Wydajność, korzyść i postęp gospodarczy zastępują moralność.") i umasowienie ("Kultura techniczna jest kulturą masową."). Jej głównym, fundamentalnym rysem jest jednak sprowadzenie wszystkiego do informacji, nawet sztuka staje się "manipulacją informacją".

Hasłem Wiktorii Cukt jest przyspieszenie procesu przekształcania kultury w kulturę techniczną. Jej Urzędnicy konkretyzują ten postulat jako konieczność budowy "systemu kontroli informacji", gdyż "niekontrolowana informacja może być zabójcza". Oznacza to w istocie rzeczy jej utajnienie, a tajność "wzmacnia informacje". Podstawą władzy w nowej kulturze "jest jak najsprawniejsze tworzenie i dystrybucja informacji." A tym ma się zajmować właśnie Centralny Urząd Kultury Technicznej. Trzy ostatnie punkty Deklaracji CUKT-u odsłaniają jego aspiracje do przejęcia pełnej kontroli nad informacją.

Czy za wizją elektronicznej demokracji, obiecywanej przez Witkorię Cukt, nie kryje się zatem projekt cyber-dyktatury, realizowany przez CUKT?

Nierealna?

Zjawisko Wiktorii Cukt na zasadzie paradoksu odsłania coraz dalsze przesuwanie się polityki w sferę wirtualności. Oznacza to, że polityka w coraz większym stopniu rozgrywa się w rzeczywistości mediów, w tym coraz częściej medium najnowszego czyli internetu. W konsekwencji oznacza to również, że polityka musi się podporządkować ich zasadom i parametrom. Spełnieniem takich zasad i parametrów jest Wiktoria Cukt -- idealna zjawa z rzeczywistości mediów elektronicznych, najczystsza wizualizacja politycznego wizerunku z nowej rzeczywistości.

Wiktoria Cukt zatem wbrew pozorom, które sama stwarza (i to jest najgłębszym paradoksem) nie jest (nie)bytem radykalnie odmiennym od (nie)bytów jakimi usiłują być politycy, z którymi stanęła w szranki. Politycy (których zbędność głosi) również są precyzyjnie stworzonymi wizerunkami, hasłami i programami. Odpowiadając na społeczne pragnienia i wyobrażenia, stają się odzwierciedlającymi je zjawami. Stają się fantomami życia społecznego, wirtualnymi projekcjami, które mają ściśle odpowiadać wyobrażeniom wyborców. Chcą ich uwieść swoim do nich podobieństwem.

Centralny Urząd Kultury Technicznej dokonał w postaci Wiktorii Cukt rozpoznania sytuacji współczesnej kultury i polityki. Rozpoznanie to jest bardzo radykalne. Natomiast nasze zakończenie będzie banalne. Gdyż odpowiedź na tytułowe pytanie musi chyba zabrzmieć: nic, czego byśmy już nie znali.