2003   archiwum  tekstów  sieciowych
Sławomir Magala Najpierw PLATO, potem NATO

[Czy istnieje postęp w sztuce albo gdzie indziej?]

Streszczenie
Czy rozwój społeczeństw przynosi per saldo postęp we wszystkich dziedzinach kultury?

W "Narodzinach tragedii" Fryderyk Nietzsche uznał sztukę, a nie moralność za iście metafizyczną agencję wywiadowczą ludzkości, w estetycznym osądzie szukając alibi dla istnienia świata. Cóż jednak począć, jeśli estetyzacja życia codziennego ma uzasadnić kolonialne podboje naszych przeżyć przez rynki i państwa? Sztuka, wyzwolona spod dyktatu monarchii moralności, zarówno w wersji politycznej jak i religijnej, walczy z ponadnarodowymi imperiami kontroli i konsumpcji. Kant po Duchampie, Kołakowski po Nieznalskiej, Cattelan po "Solidarności". Trwa demokratyzacja kultury, mimo oporu starych i nowych elit, równolegle przebiega ponowne zaczarowywanie świata oraz rozczarowywanie jego kolejnymi sukcesami. Czy rozczarowanie świadczy o postępie?

Czy można z tego wysnuć wnioski, co do dynamiki współczesnej kultury? Czy można mówić o relatywizacji postępu w królestwie nauki, gdzie rozejmy paradygmatyczne ograniczają roszczenia awangardowych elit? Czy można mówić o demokratyzacji stosunków pomiędzy twórcami, pośrednikami i odbiorcami na terytoriach powierniczych sztuki? Czy można widzieć cel postępu moralnego w rozciągnięciu zasad rzeczpospolitej szlacheckiej na ubogie kobiety w Indiach lub Brazylii? Platon, nic o nas bez nas, NATO.

Motto
Przyznajmy, że uczestniczyliśmy w przyjęciach, gdzie na jedną krótką noc dotarliśmy do republiki spełnionych marzeń. Czy odważymy się wyznać, że polityka tej nocy jest potężniejsza i bardziej rzeczywista niż, powiedzmy, polityka całego rządu USA? (Hakim Bej, "Tymczasowe strefy autonomiczne" w: Peter Ludlow, red., Kryptoanarchia, cyberpaństwa i pirackie utopie, MIT Press, 2001)

Nie potrafię wyliczyć wszystkich dzieł kultury współczesnej, które mnie przekonują. Z pewnością urynał Duchampa do nich należy. Jego wartość jako wzorca jest więcej niż estetyczna: jest symbolicznie etyczna i tak być powinno. Jest także teoretyczna, co mnie doprowadza do ostatniego przekonania, które żywię głęboko acz nie potrafię go uzasadnić, że mianowicie jest mu równie blisko do Kanta co do współczesnej nauki. (Thierry de Duve, Kant po Duchampie, MIT Press, 1998, s.325)

1.  Pytanie o postęp
Pytanie o postęp jest pytaniem o to, o co chodzi w dziejach. O co chodzi w dziejach pytamy naukowo, religijnie, artystycznie albo filozoficznie. Słynne pytanie Rousseau dotyczyło właściwie sposobu pytania o sens dziejów, a tylko pośrednio pytania o meritum sprawy. Można bowiem założyć, że świat jako całość nie jest widownią rozwijania dywanu pod nazwą postęp dla mającego nas odwiedzić Zbawiciela albo Filozofa-Króla, ale chaotyczną mieszanką przypadku i konieczności, natomiast nasza nauka, sztuka i religia coraz precyzyjniej zdają nam z tego sprawę, dzięki czemu przewroty pałacowe, szkoły w malarstwie albo paradygmaty w nauce potrafimy przewidywać jak deszcz albo spiekotę. Można też przypuszczać, że jest dokładnie na odwrót i faktycznie wszystko ma się ku coraz lepszemu na tym najlepszym ze światów, natomiast nasza nauka, religia i sztuka nie wykazują postępu w rejestracji takiego stanu rzeczy, ponieważ zajęły się rozszerzaniem horyzontów, a trywialne kwestie automatycznego postępu w wielu drobnych dziedzinach przestały być ciekawe i płodne poznawczo. Może więc nie ma postępu przez duże "P", ale robimy systematycznie cząstkowe postępy uświadamiając to sobie, albo istnieje postęp ale tak rozdrobniony i rozciągnięty w czasie i przestrzeni, w tak nieprzewidywalnych miejscach się objawiające, że nie bardzo potrafimy sobie z tego zdać sprawę. Na ogół nie kwapimy się z takimi rozróżnieniami, ponieważ komplikują one nawigację w świecie - na przykład orientację polityczną (na kogo głosować?) albo rynkową (co kupić?) albo estetyczną (czym się zachwycać?).

Zmiany czegokolwiek podejrzewamy o udział w rozwoju, rozwój oskarżamy o wspólnictwo w postępie. Postęp kontrastujemy z głupstwem, snobizmem, wstecznictwem, konserwatyzmem, powrotem do ciemnoty i barbarzyństwa. Postęp albo potop. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że nasza kultura i wybujała hiperaktywność naszej świadomości mają dla nas równie rzeczywisty charakter jak kwiatki na łące albo pożądanie płciowe. Jeśli chcemy, żeby dzieje ludzkich społeczeństw miały sens, jeśli chcemy, by dało się w nich wyśledzić postęp, to musimy rozumieć rzeczywistość już zabarwioną barwnikiem sztuki, religii, nauki, jednym słowem kulturalnej obróbki. Talibowie w Afganistanie a posłowie Ligi Polskich Rodzin w Polsce przejdą do historii jako wrogowie sztuki i przyjaciele religii (choć ci ostatni na szczęście nie wysadzili jeszcze "Zachęty" w powietrze i ograniczają się do wyrzucenia Andy Rottenberg z pracy oraz prób wsadzenia Doroty Nieznalskiej do więzienia). Jak łatwiej zrozumieć, o co w dziejach chodzi i do czego należy dążyć? Podejrzewamy, że chodzi o stopniowe gwarancje wolności coraz liczniejszych jednostek i coraz demokratyczniejsze współdecydowanie o własnym losie. "Rozwój jako wolność" - oto jak zatytułował Amartya Sen swoje studia porównawcze nad zwalczaniem głodu i przeludnienia w Chinach i Indiach oraz nad różnicami w indeksie dobrobytu między poszczególnymi stanami Indii (indeks jest korzystniejszy w tych - nawet obiektywnie biedniejszych stanach - w których kobiety mają więcej do powiedzenia). Zagwarantowanie swobody jednostce oraz demokratyzacja instytucji społecznych to zatem rdzeń częściowo przypadkowych a częściowo celowych myśli i działań, które się zsumowały w tzw. cywilizację zachodnią. Do tego samego rdzenia należy także nadmiernie wybujały krytycyzm, który sprzyja wzrostowi wiedzy a szkodzi zachowaniu autorytetów. Jak słusznie zauważa polski krytyk:

"Postać Papieża daleka jest od jednoznacznych interpretacji: w świecie postrzegany jest on jako konserwatysta - przeciwnik globalizacji i współczesnej kultury konsumpcyjnej. Często budzi gorące reakcje o skrajnym zabarwieniu. Również Cattelan przygląda mu się krytycznie - co nie znaczy jednak wrogo."(Ryszard Ziarkiewicz, "Słowo inicjacji", Magazyn sztuki, nr 26/2000)

Czy Papież jest zwolennikiem postępu czy też jego zahamowania? Tego nie wiemy na pewno, bo nie wiemy na pewno, jakiego rozwoju religii sobie życzymy. Czy chcemy, żeby funkcjonariusze kościoła decydowali o naszym życiu płciowym albo cenzurowali twórczość artystyczną? Jeśli nie chcemy, to musimy się przed tym bronić. Co więcej, musimy jednocześnie bronić się przed atakami z zewnątrz, przed wykorzystywaniem cywilizacji zachodniej przeciw niej samej (niestety, tolerancja wymaga wolności także dla wrogów wolności, choć bywa ona bardzo stronniczo stosowana - łatwiej nam na przykład tolerować faszyzujących nacjonalistów niż muzułmańskich fundamentalistów, podobnie jak nie razi nas krzyżyk na szyi, ale razi chustka na głowie). Od Platona (który doradzał dyktaturę), przez Rousseau (który doradzał indywidualizację) do NATO (które sprzymierza się z dyktaturami wyłącznie poza Europą) staramy się takie ataki odpierać. Do obrony wartości zachodnich przed Hitlerem, Stalinem, Sadamem Husajnem, Osamą ben Ladenem, mobilizujemy wszystkie siły, jakimi dysponujemy. Czy w walce tej sojusznikami są najbardziej krytyczni myśliciele, najbardziej bezstronni, najbardziej solidarni z ubogimi i prześladowanymi - tacy jak George Orwell przez całe życie a Czesław Miłosz i Zbigniew Herbert od czasu do czasu?

Czy walczyć trzeba, niestety, także z Freudem, Darwinem albo Marksem jako narzędziami w rękach tych, którzy ustalili, że jednostka jest zerem i bzdurą, zlepkiem złudzeń w ślepym pędzie garniturów genetycznych ku pornograficznej operetce? Postęp to coraz mniej przegapionych okazji. Darwin zwrócił uwagę na dynamiczny charakter rywalizacji między gatunkami w przyrodzie, Marks na sterowanie procesami zbiorowej rywalizacji między klasami, Freud ... no cóż, współcześni socjologowie i psychologowie organizacji zastanawiają się nad głębinową analizą procesów interakcji we współczesnych ramach organizacyjnych posługując się pojęciem archetypów, teorią konfliktu albo relacji do przedmiotów. Dlaczego tak postępują? Ponieważ wierzą, że zaistniał postęp w organizowaniu i zarządzaniu zasobami ludzkimi. Mówiąc w najogólniejszym skrócie , postępu dopatrujemy się w charakterze wymagań stawianych firmom, urzędom, instytucjom czy organizacjom w rozwiniętych społeczeństwach Zachodu. W latach trzydziestych sądzono, że wystarczy gromko zawołać w tłumie zdyscyplinowanym jak wojsko, że żądamy "chleba i wynagrodzenia", a kryzysy prysną jak bańka mydlana. Niestety, systemy komunistyczne zapewniały tylko suchy chleb i nominalne wynagrodzenie, a w dodatku za cenę terroru wobec tych, którym społeczeństwo musztrowane jak wojsko się nie podobało. W końcu lat sześćdziesiątych - po lekcjach Kuby i Wietnamu - sądzono, że wystarczy dorzucić do tego skandowane przez swobodny tłum wyzwolonych indywidualistów hasła "władzy i zrozumienia". Niestety, demokratyzację życia społecznego wywalczono tylko w niektórych dziedzinach, na przykład szkolnictwa wyższego, a i tam natychmiast zaczął się jej demontaż, dzisiaj niemal całkowity. W latach dziewięćdziesiątych dorzucono zatem jeszcze jedno hasło "nauki i samospełnienia", ale awangardowe firmy, w których twórcze jednostki sypały wynalazkami jak z rękawa wytyczając szlaki przyszłej nowej gospodarki wiedzionej przed firmy z ".com" w nazwie splajtowały niemal doszczętnie na progu nowego tysiąclecia. Jakie hasła rzucą sobie następcy organizatorów ruchów demokratyzujących nasze społeczeństwo? Czy wystąpią przeciw globalizacji widząc w niej dalszy ciąg kolonialnego i postkolonialnego wyzysku i rabunku czy też ją pogłębią w Porto Allegre i Johannesburgu, szukając w jej postępach ratunku? Czy zwycięży "fast food" dla emancypujących się mas czy "slow food" dla indywidualizujących się smakoszy? Te trzy fale kontestacji najlepiej świadczą o tym, że niewielu znalazłoby się dzisiaj zwolenników platońskiej wizji postępu jako coraz baczniejszego wpatrywania się przez elity w istotę rzeczy w czasie, gdy masy bawią się cieniami na ścianie jaskini albo ekranie telewizora. Elity, potencjalne elity, masy głodne i masy najedzone ścierają się w niepowtarzalnych konstelacjach, z których czasami wynika coś postępowego.

2. Pytanie o sztukę
Pytanie o sztukę jest pytaniem o to, o co chodzi artystom poza tym, że nieustannie wykraczają poza religijne i polityczne tabu, nieustannie pokpiwają z nauki i moralności, nadużywają mechanizm rynku oraz histerycznie dramatyzują metafizykę. Sztuka jest, jeśli poważnie potraktować refleksję Fryderyka Nietzsche, swoistą metafizyczną agencją wywiadowczą gatunku ludzkiego, zwiadem estetycznym, który dostarcza alibi estetycznego temu, co istnieje. Zatem, właśnie dlatego, że sztuka zmusiła artystów do ostrej spowiedzi przed samymi sobą oraz resztą świata - mogła się stać swoistym papierkiem lakmusowym dla człowieka dociekającego sensu własnych poczynań, i szukającemu pomocy we wszystkich dziedzinach kultury. Sztuka jest papierkiem lakmusowym stosunku do rzeczywistości, a represje wobec artystów harmonijnie łączą zachód ze wschodem, chrześcijaństwo z islamem, postkomunistów z chadekami, posłów uwalniających Papieża w "Zachęcie" z autorami wystawy "Sztuka zdegenerowana". Losy Szeemanna, Cattelana, Rushdiego i Mapplethorpe’a, Serrano i Ofili, Kulik i Rumasa, Kozyry i Althamera dostarczają dostatecznie wielu przykładów dogmatycznych przeciwników, bezmyślnych represji, biurokratycznej cenzury. Izabelli Gustowskiej nie udało się ustawić na poznańskim Starym Rynku plansz zapowiadających wystawę w poznańskim Arsenale a ukazujących kompozycję złożoną z czterech barwnych fotografii pt. "Więzy krwi" (Katarzyna Kozyra, kompozycja z nagimi kalekimi modelkami oraz symbolami czerwonego krzyża i zielonego półksiężyca). Zofii Kulik nie udało się wystawić kompozycji w poznańskim Muzeum Narodowym, w której wykorzystała zdjęcia genitaliów klasycznych posągów z Ermitażu. Dorocie Nieznalskiej nie udało się udostępnić swojej kompozycji "Pasja" widzom odwiedzającym galerię "Wyspa" gdańskiej uczelni artystycznej. Tylko Eugeniuszowi Stankiewiczowi udaje się uniknąć całkowitej dewastacji znakomitej płaskorzeźby "Zrób to sam" na ścianie domku miedziorytnika we Wrocławiu (być może dlatego, że Papież nie obraził się otrzymawszy tę płaskorzeźbę jako zestaw "zrób-to-sam" w czasie wizyty w tym mieście), a obraz Starowieyskiego nadal zdobi siedzibę polskiej delegacji przy Unii Europejskiej w Brukseli (być może dlatego, że jest ironicznym odzwierciedleniem dwuznacznego stosunku niektórych Polaków do krajów Unii).

Artystom chodzi o to, by sen rozumu nie płodził upiorów, ale dogmatyczny sen rozumu już spłodził potwory cenzury i represji wobec inaczej myślących - na przykład wobec Doroty Nieznalskiej z Gdańska jako autorki instalacji pt. "Pasja". Jak to zwięźle ujął krytyk:

"Instalacja składa się z projekcji video oraz z przedmiotu w kształcie krzyża greckiego, w którego centrum umieszczona została fotografia męskich genitaliów. Film, nakręcony w siłowni, ukazywał katorżnicze ćwiczenia młodych mężczyzn usiłujących osiągnąć popularny dziś ideał tężyzny fizycznej. Doniesienie o przestępstwie złożyło w gdańskiej prokuraturze kilkoro członków Ligi Polskich Rodzin, w tym dwoje posłów. Prokuratura zdecydowała się wystąpić do sądu z oskarżenia publicznego. Władze Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku zamknęły uczelnianą galerię "Wyspa", w której odbywała się wystawa Nieznalskiej (na przełomie roku 2001-2002). Dodajmy, że obrażeni w swoich uczuciach obywatele nie widzieli "Pasji" i kierowali się wyłącznie informacją prasową."(Mirosław Ratajczak, "Dziewczynka z zapałkami", Odra nr1/2003, s.90)

Łatwo wykazać, że posłowie nie wiedzieli, o czym mówią, albo nie czytali Marii Anny Potockiej, która w okresie dojrzewania zniszczyła cynowy krucyfiks w celach doświadczalnych - a mianowicie po to, by ściągnąć na siebie gniew boży (rozpoznaję ducha naukowej dociekliwości; mój kolega ministrant wyciągał poślinionym lizakiem banknoty z kościelnej skarbonki, z podobnym zresztą skutkiem):

"Wezwano wujka księdza, który potraktował zdarzenie ze zrozumieniem: Aniołku, ludzie bez przerwy robią gorsze rzeczy i Bóg nie przychodzi. Zbrodnie są przeciw sercu, a nie przeciw przedmiotom"(Maria Anna Potocka, "Sztuka i religia. Sojuszniczki czy przeciwniczki", Odra no1/2003,ss.85-86)

Sztuka szarga świętości religijne, kpi z politycznego zaangażowania, z naukowej prostolinijności. Ukazuje świat pozbawiony aury objawienia (dzięki której jawiłby się jako tor przeszkód przed pójściem do nieba), klimatu zaangażowania (dzięki któremu jawiłby się jako mecz o lepsze miejsce w lidze postępowych awangard) oraz dostępności, poznawalności, sensu (dzięki czemu jawiłby się jako żyzna gleba oddana pod uprawę badaczom):

"W tych wyschniętych, wygłodzonych krajobrazach, mężczyznom ani kobietom nie udaje się już dostąpić znaczenia, nie mówiąc już o wzniosłości. Przybieranie tragicznych postaw to jeszcze jedna sztuka zabijania czasu, podobnie jak ssanie kamyków albo podciąganie spodni. Udało nam się w końcu natknąć na rozwiązanie tragedii, ale okazało się, że to nie odkupienie tylko absurd, prowincja, w której nic nie zabawi dostatecznie długo by zasłużyć na status tragiczny." Terry Eagleton, "Od Hegla do Becketta", w: Sweet Violence. The Idea of the Tragic, Blackwell, London, 2003,s.67)

Czy jednak sztuka ma coś do powiedzenia nie tam, gdzie się w nią wsłuchiwano pod wpływem zeświecczonej modernistycznej "religii sztuki", tam, gdzie ją najgorliwiej zwalczano powołując się na religijne albo polityczne fundamentalizmy, ale tam, gdzie jej suwerenność najbardziej jest narażona na szwank - a więc w walce przeciwko kolonizacji życia codziennego przez rynek? Czy wolno nam, jak sądzą niektórzy krytycy zmęczeni nieustannym stawianiem czoła politycznym, religijnym i etycznym zarzutom (czy LPR rzuci fatwę na Nieznalską i powie, że każdy, kto ją zabije, pójdzie do katolickiego nieba równie niechybnie co zabójca Salmana Rushdie do muzułmańskiego?) "pozwolić sobie na odrobinę estetycznej błogości" (Wendy Steiner, The Scandal of Pleasure. Art. In an Age of Fundamentalism, The University of Chicago Press, Chicago, 1995, s.211)? Pojazd dla bezdomnego Wodiczki, obóz koncentracyjny z klocków Lego Libery, hasła Jenny Holzer na kinowych billboardach ("gdybyś był grzeczny, komunizmu by nie było"), paradoksalne billboardy polskiej reklamy zewnętrznej ("blizna po matce"), to przykłady pozytywne polemiki z przeciwnikiem o wiele bardziej podstępnym niż przeciwnicy na tle politycznym albo religijnym. Jest to istotne, gdyż estetyzacja życia codziennego w społeczeństwach rynkowych zamienia sztukę w służkę rynku, policjanta zmysłów, kolonialnego urzędnika chłoszczącego ujarzmianą klientelę w sadomasochistycznym rytuale konsumpcji, marginalizującego krytycznych artystów (Nieznalska w "Zachęcie"? Bardzo proszę, ale przed wejściem muszą stać policjanci opłaceni przez sponsora, sprawdzając dowody osobiste młodzieży). Echem takiego rynkowego ujmowania zjawisk artystycznych jest powracająca jak bumerang dyskusja na temat radykalnej przeceny wartości produkcji artystycznej oraz praktyczny problem ziemi niczyjej między rynkiem, władzą a ekspresją artystyczną - ostatnio na przykład jeden z dziennikarzy stwierdził, że "tylko 5 procent polskiej produkcji kulturalnej ma szansę w konfrontacji z zachodnim importem"(Jacek Melchior, "Kultura Nic", Wprost, 2 marca 2003,s.99). Dziennikarz ma rację, jeśli chodzi o prowincjonalizm polskiej sztuki, o dziwaczne środowiskowe mody na trzeciorzędnych artystów w rodzaju Dudy-Gracza, ale jego wiara w to, że muzyka Chopina czy Pendereckiego, rzeźby Kobro albo sztuki Gombrowicza czy Mrożka bronią się na rynku światowej kultury dzięki mechanizmom rynkowym wydaje mi się naiwna. Estetyzacja życia codziennego, od Leni Riefenstahl do mody młodzieżowej, to rynkowa redukcja i marginalizacja praktyk artystycznych do dostępnej dla każdego klienta sztuki pięknego przeżycia w sidłach własnego ciała (por. S.Magala, "Sztuka pięknego przeżycia. Estetyzacja życia codziennego a marginalizacja praktyk artystycznych", FORMAT, 2003, w druku).

Trudno o przepis na młot na rynkowe czarownice. Niektórzy myśliciele sugerują, że być może dzięki postępom indywidualizacji - oraz swobodzie porozumiewania się z dowolnymi sieciami współużytkowników sieci - uda się wymknąć spod rynkowej kontroli, podobnie jak się to do niedawna udawało użytkownikom Napstera. Jeśli te sugestie okażą się trafne, to należy zaangażowanie artystów w walce o wyzwolenie spod neokolonialnego jarzma rynku mierzyć ich stosunkiem do Kafki, a nie Marksa oraz formalnym postępem w wirtualnym wsparciu jednostki:

Stosunek sztuki do rzeczywistości oparty jest na paradoksie. Otwiera na nią a nie zamyka jej w sobie. Pomaga nam wyobrazić sobie pewne możliwości - wzbogacające albo groźne - które mogą wnieść coś nowego do świata. Udramatycznia to, co lubimy, co nas żywo obchodzi, co nas łączy z innymi ludźmi albo poruszonymi w ten sam sposób albo nie - na przykład prezentując upiory Mapplethorpe’a. Pomaga nam zrozumieć bez zgody, posuwać się za daleko nie ruszając z domu, paść ofiarą gwałtu a jednak panować nad sytuacją. Odwołuje się do naszej swobody i indywidualizmu, a zarazem do naszych więzi ze zbiorowością. Pozwala na nieśmiałe upodobanie do wzniosłości. Utrzymanie takiego otwarcia na sprzeczność, nierównowagę i wyzwania psychiczne to test każdego z nas z osobna i kultury jako całości".(Wendy Steiner, op.cit.,s.212)

Świat zachodni potrafił pogodzić przyśpieszone tempo zmiany społecznej i uczenia się z neutralizacją skutków podwyższonych konfliktów między walczącymi nieustannie o awans masami. NATO nie jest zatem paktem ochrony świętych kamieni, ale sojuszem ochrony swobodniejszego i bardziej twórczego stosunku do świata.

3.  Pytanie o kulturę współczesną
Pytanie o kulturę współczesną jest pytaniem o to, o co chodzi w kulturze poza tym, że jest ona coraz bardziej obszerną siecią o coraz różnorodniejszych oczkach zarzucaną na coraz różnorodniejsze, rozleglejsze, mniej ostro wyodrębnione wydarzenia. O co chodzi w kulturze, która coraz rzadziej defiluje przed naszym umysłem niczym szkoły samby przed trybunami w Rio de Janeiro? Dlaczego wytwory naszej kultury i jej instytucje coraz rzadziej oglądamy w hierarchicznie sformowanych piramidach i zaplanowanych starannie pochodach? Dlaczego togi sędziowskie albo profesorskie są już tylko archaicznymi rekwizytami? Dlaczego osłanianie błędów lekarskich mgiełką zawodowej tajemnicy wywołuje oburzenie? Dlaczego zmowa autorytetów kościelnych, zawodowych i politycznych nie uchroniła poznańskiego arcybiskupa przed wyrzuceniem ze stanowiska (choć ochroniła go, w odróżnieniu ode Lwa Rywina, przed odpowiedzialnością prawną)? Dlatego, że demokratyzacja organizacyjnych podstaw życia społecznego prowadzi także do demokratyzacji kultury - nie ma papieży literatury, a jeśli roszczą sobie do tego prawo, jak na przykład Reich-Ranicki w Niemczech, to spotykają się z zasłużoną krytyką (w tym przypadku w powieści "Śmierć krytyka" Martina Walsera). Nie ma papieży filmu tylko notowania krytyków albo widowni czasami odzwierciedlone w przyznawanych z rozgłosem nagrodach (a czasem w elitarnych dyskusyjnych klubach filmowych i wyrafinowanych wideotekach). Nie ma papieży fotografii - na jednego Mapplethorpe’a albo Prażmowskiego przypada stu Helmutów Netwonów i tysiące anonimowych - dla większości widzów ich dzieł -twórców. Przykłady można by mnożyć.

Pytanie o kulturę współczesną jest pytaniem o jej stanowisko wobec zmysłowej rozkoszy przeżyć estetycznych oraz ich masowego upowszechnienia (określenie rozpasana konsumpcja jest trafne - ludzkość już dawno popuściła wszystkie pasy pojąc nasze zmysły wirtualnymi światami sztuki i innych reklam). Pytanie o kulturę współczesną jest pytaniem o paradoks zachodniej cywilizacji zdolnej do tworzenia demokratycznej federacji coraz głębszej wspólnoty i szerszego sojuszu powiatów wiedzy - mimo wielkiej czarnej dziury zamiast czarnych głazów w miejscu, gdzie mają być niewzruszone wartości (a może właśnie dlatego - jeśli za kwestionowanie prawd i podważanie wartości grozi cenzura i więzienie, wiedzy przybywa wolniej). "Jeśli Boga nie ma - to jaki ze mnie kapitan?" - pytał Dostojewski. Na jego pytanie odpowiedział George Orwell rezygnując ze służby w kolonialnej policji brytyjskiej w Birmie. (por. Chirstopher Hitchens, Orwell’s Victory, Allen Lane, London, 2002). Większość kapitanów została jednak na stanowisku. W Oświęcimiu, na Kołymie, i w Czeczenii. Kultura współczesna reaguje kanonizacją Orwella, który był zdolny jednocześnie zachować krytycyzm wobec brytyjskiego imperializmu, niemieckiego i hiszpańskiego faszyzmu oraz rosyjskiego komunizmu wraz z jego brytyjskimi szpiegami i poputczykami, oraz potępieniem biurokratycznej ślepoty totalitarnych imperiów. Ale zrodzone na gruncie kultury idee nie są wcielane w życie bezstronnie i sprawiedliwie. Łatwiej je stosować, jeśli krytykowani dyktatorzy staną się przedmiotem niechęci najsilniejszych mocarstw, niż jeśli się z tymi mocarstwami sprzymierzą. Jedyną pociechę można czerpać z faktu, że nawet najdoskonalsza machina propagandowa (taka jak CNN) nie jest w stanie całkowicie wyciszyć krytycyzmu (BBC około północy, El-Dżazira przez całą dobę) oraz szumu indywidualnych porozumień na globalnych łączach (Internet).

Jeśli nie ma hierarchii, jeśli coraz trudniej o metafizykę zdolną hierarchie uzasadnić, to nic dziwnego, że media poją zmysły a zdrady klerków przybierają rozmiary epidemii: od de Manna i wczesnego Miłosza, przez Heideggera i Krońskiego, do Blunta czy Wiatra i Huntingtona czy Fallaci. Pytanie o kulturę jest także pytaniem o fabrykę znaczeń, która produkuje zarówno na potrzeby turystów (standardyzacja kontaktów w skali globalnej) jak i terrorystów (standardyzacja oporu). Jakie to ma znaczenie dla sztuki i postępu?

Starając się sformułować program minimum dla zrozumienia procesów zmian w kulturze współczesnej, dochodzimy do wniosku, że w większości dziedzin kultury, w nauce, sztuce, a prawdopodobnie także w moralności, chodzi o to by więcej ugrać tymi samymi, znaczonymi kartami, zarazem przewidując możliwe reakcje pośredników i odbiorców, prowokując je (Libera i klocki Lego, Gombrowicz i młodość wiecznie naga, Beckett i "Wyludniacz", Oshima i "Tabu", Mapplethorpe i nadzy mężczyźni, Rumas i studenci ucharakteryzowani na Hitlera malujący pałace w centrum Wiednia. Czy możliwa jest taka wizja demokratyzacji moralności, która sarmackie złudzenia polskiego zaścianka wynosi do godności ultranowoczesnej wizji samostanowienia i odkrywa jego ślady w spółdzielniach rolnych stanu Bihar, kółkach kobiecej samopomocy stanu Madras czy bankach minipożyczek takich jak Gramin w Bangladeszu? Czy możliwe jest wypisanie na postmodernistycznych sztandarach "nic o nas bez nas" i wprzęgnięcie ideałów sarmackiego baroku w służbę umiarkowanego postępu w granicach porządku, prawa oraz - wbrew Platonowi - także w ramach usankcjonowanej smagłej swobody artystycznej, źrenicy twórczej wolności, czyli "licentia poetica"?

Jak zatem odpowiedzieć dzisiaj na pytania Rousseau. W nauce postęp istnieje, ale jest mniej niewątpliwy, bo jego owoce, zerwane przez polityków i handlarzy, bywają gorzkie. W sztuce jednak trochę istnieje, bo Nieznalskiej nie grozi stos tylko represje ze strony fanatyków politycznych albo religijnych, którzy nadużywają i kompromitują skorumpowany wymiar sprawiedliwości. W moralności postęp istnieje tym bardziej - bo jednak pojawiły się szanse na "global governance", bo zwiększyły się szanse na transparencję i rzetelną informację, na skuteczne i globalne ściganie zbrodni ludobójstwa, na poddanie się arbitrażowi ONZ, na ograniczanie szkód wywołanych lekceważeniem ONZ przez obecne supermocarstwo, oraz nadużywaniem ONZ przez byłe supermocarstwa jak Francja czy Rosja albo te kraje, które mają nadzieję nimi zostać (Chiny). Z drugiej strony, w chwili, gdy piszę te słowa zamordowano mojego kolegę humboldtczyka i filozofa, Zorana Djindjica (pisaliśmy w tym samym czasie habilitacje na niemieckich uniwersytetach i spotykaliśmy się na konferencjach i sympozjach) oraz rozpoczęto wojnę w Iraku (większość moich amerykańskich przyjaciół organizuje demonstracje antywojenne i ubolewa nad tym, że Bushowi udało się wykraść urząd prezydenta USA). Niemniej nawet The New York Times przyznał w lutym 2003 roku, że na świecie istnieją dwa supermocarstwa; Stany Zjednoczone dysponujące najsilniejszym wojskiem i światowa opinia publiczna dysponująca najpotężniejszą siecią informacji i komunikacji w dziejach gatunku. Tak więc Rousseau doczekał się historycznej korekty: postępu w nauce jest nieco mniej, niż się wydawało, w sztuce jest umiarkowany i odgrywa rolę drugoplanową dla sztuki (choć być może nie dla artystów), a w moralności jednak daje się zauważyć.


Tekst S. Magali został pierwotnie wygłoszony w Bunkrze Sztuki w Krakowie 18.03.03.