wybrane z archiwum:


nr 25/01

 

 

 

 archiwum tekstów  sieciowych:
teksty on line
 
 
biblioteczka:
Pożegnanie z historią [powrót mitu]
Grażyna Gajewska

Heglowskie i marksistowskie dopełnienie dziejów okazało się złudne, podobnie jak liberalno-demokratyczny Koniec Historii Francisa Fukuyamy. Jednak w prognozowanej epoce posthumanistycznej bez wątpienia chodzi o koniec historii, bez ogródek mówi się tu bowiem o końcu człowieka.

Pamięcią (memoria) nazywali Rzymianie tę władzę duszy, która spostrzeżenia zmysłów gromadzi w swej składnicy, a kiedy wydobywa je stamtąd, nazywa się zdolnością przypominania (reminiscentia). Ale oznacza ona też władzę, za pomocą której tworzymy obrazy, i w tym znaczeniu miała u Greków nazwę "fantazji", u Rzymian "imaginacji", i kiedy my zwyczajnie mówimy: "wyobrażać coś sobie", Rzymianie wyrażali to samo przez "wspominać" (memorare), a to niewątpliwie dlatego, że wyobrażać sobie możemy to tylko, co spostrzegamy zmysłami. [...] Poeci nie wymyślili nigdy postaci cnoty, której by nie było w dziejach ludzkich, ale najzwyczajniej - biorą jej model z życia, wyolbrzymiają i według tego modelu kształtują swoich bohaterów. Dlatego Grecy podają w swych legendach, że Muzy, inspiratorki fantazji, były córami Pamięci.
Giambattista Vico

Historiografia: nauka i literatura

Taką optykę proponowały w XX w. dwie ścierające się koncepcje na temat usytuowania pisarstwa historycznego pośród innych dyscyplin. Każda z opcji opierała się na innej tradycji. Pierwsza próbowała utrzymać racjonalną spuściznę kultury oświeceniowej, w której dziejopisarstwo zaczęło pretendować do miana nauki. Druga, poświęcając się powtórnemu zaczarowaniu świata, odwoływała się do dziedzictwa przedmodernistycznego. Przyznać jednak trzeba, że literackie korzenie dziejopisarstwa sięgają jeszcze dalej, aż do mitu. Na przeszłość można więc spojrzeć także z perspektywy mitu.

Dziedzictwo to jest godne wskrzeszenia z kilku powodów. Po pierwsze, do przeszłości należy już nasza ufność w obiektywną funkcję naukowej historii. Sceptycyzmem napawa historia jako dyscyplina. Niewielu ludziom towarzyszy jeszcze przekonanie, że historia jest nauczycielką życia. Z kolei historiografia flirtująca z postmodernizmem uwikłała tę pierwszą w kryzys przedstawienia. Nie ma dostępu do zgasłej już przeszłości, możliwe są jedynie różne opowieści o niej, a każda z nich w pewnym zakresie obnaża wartości kultury, z perspektywy której patrzymy na "tamtych" ludzi, "tamten" świat i próbujemy go wskrzesić z odprysków źródeł. Znaczy to tyle, że opowieści o przeszłości piszemy przez pryzmat współczesności.

Wobec pytania o rodzaj wiedzy o przeszłości, jakiej dzisiaj potrzebujemy, coraz częściej przypominamy sobie o tym, że historia jest tylko jednym z możliwych podejść do przeszłości. Wyobrażenia o minionych czasach serwuje nam także epos, dramatopisarstwo, spisywane po latach pamiętniki, czyni to także malarstwo i film. Historiografia nie ma monopolu na przeszłość, bowiem nie tylko ona - zgodnie z symbolicznym znaczeniem słowa - łączy przedmiot przełamany na pół. Niegdyś, w społeczeństwach nieskażonych autorytetem nauki, funkcję tę doskonale spełniał mit. Łączył rozdzieloną czasem przeszłość i teraźniejszość. Zarówno historia, jak i mit (choć w różny sposób) w finalnej scenie zmierzają do zjednoczenia. Przeszłość i teraźniejszość zostają "rzucone", by czytelnicy mogli stać się świadkami upragnionego zespolenia. Jest ono pewnego rodzaju spotkaniem, związkiem pomiędzy obecnością przeszłości i człowiekiem, który ją rozpoznaje i interpretuje. Spotkanie świadectw z interpretującym je człowiekiem jest współzależne. Tworzą one więź, która cementuje spotkanie. Owa więź implikuje przyjmowanie pewnej postaci, którą można przedstawić. Historia i mit są takimi właśnie przedstawieniami.

Moje zainteresowania zwracają się ku niehistorycznemu podejściu do minionych czasów. Wiele argumentów przemawia za tym, że taki rodzaj opowiadania o przeszłości będzie coraz częściej zaznaczać swą obecność w przyszłej kulturze. Historia, która jest nierozerwalnie związana z tropieniem losów człowieka, traci rację istnienia w prognozowanej epoce postczłowieczej. Nie można kreślić jakiejkolwiek historycznej wizji świata bez uwzględnienia w nim człowieka (choćby zdeterminowanego przez siły działające z zewnątrz). Porzucenie tej koncepcji wiązałoby się z wyjściem poza człowieka, a w konsekwencji byłby to definitywny koniec historii. Wizja ta może się ziścić. Dynamiczny rozwój biotechnologii może stworzyć narzędzia, które pozwolą przyszłym pokoleniom dokończyć to, co do tej pory nie udało się ani filozofii, ani inżynierii społecznej. Heglowskie i marksistowskie dopełnienie dziejów okazało się złudne, podobnie jak liberalno-demokratyczny Koniec Historii Francisa Fukuyamy. Jednak w prognozowanej epoce posthumanistycznej bez wątpienia chodzi o koniec historii, bez ogródek mówi się tu bowiem o końcu człowieka. W takiej sytuacji historiografia będąca obwarowanym rygorami metodologicznymi pisaniem o losach ludzi straci podmiot swego zainteresowania. Cyborg, klon, emergent jako nie-ludzie są poza historią, a jednak wkrótce mogą należeć do naszego świata.

Idole pop-kultury od dawna już serwują obraz człowieka posthumanistycznego. Terminator i Robocop są klasycznymi przykładami maszyn obdarzonych ludzką świadomością. Rozwiązują problemy, z którymi ludzie nie potrafią sobie poradzić. Są silni, władczy, niezwyciężalni. Zepsute części można naprawić, a przepalone obwody wymienić. Nie dotykają ich choroby, starość ani śmierć. Wobec tych filmowych kreacji homo sapiens okazuje się przestarzały, traci więc na znaczeniu. Ufność człowieka w rozum, naukę i postęp unicestwił jego samego, stworzony bowiem został twór, który jest doskonalszy od wynalazcy. Dopełniają się marzenia Kartezjusza o epoce wolnej "od niezliczonego mnóstwa chorób tak ciała, jak umysłu, a może nawet także od starczej niemocy". To nauka prowadzi do osiągnięcia takiego stanu. Jej siła, dzięki której filozof chciał odkryć "sposób działania ognia, wody, powietrza, gwiazd, niebios", miała pozwolić ludziom "stać się jak gdyby panami i posiadaczami przyrody". I stali się. Zaczęli nawet sami generować procesy przyrodnicze, potrafią też już oddzielić ciało człowieka od jego biologicznego łożyska. Mimo sprzeciwu towarzyszącego modernizmowi jak cień od początku jego drogi, priorytety kultury o proweniencji oświeceniowej przesycają współczesny świat.

Obrazy science fiction przekształcają się w science reality poprzez ekspansywne wkraczanie zaawansowanej techniki w nasze życie oraz nieustające próby obdarzenia maszyn świadomością. Zwolennicy cyberkultury twierdzą, że to jedynie kwestia czasu. W Manifeście Cyborgów Donny Haraway czytamy:

"Cyborg to cybernetyczny organizm, hybryda powstająca ze skrzyżowania maszyny i organizmu. To postać fikcyjna, a jednocześnie wytwór społecznej rzeczywistości. [...] Nasze czasy, koniec XX w., sprawiają wrażenie mitologicznej epoki: wszyscy jesteśmy chimerami, steoretyzowanymi i sfabrykowanymi hybrydami, gdzie krzyżują się maszyny z organizmami. Jesteśmy, innymi słowy - cyborgami".

Nie ma w tym stwierdzeniu wiele przesady jeśli weżmie się pod uwagę triumfy współczesnej medycyny (produkty zastępujące naturalne organy, maszyny podtrzymujące życie) i techniki, bez której nie potrafimy już. Postęp technologiczny nabrał takiego tempa, że człowiek zaczyna oddzielać się natury. Coraz realniejsze staje się oddzielenie człowieka od ciała za pomocą komputerów.

Ludzie posiadają jednak zdolności, których maszyny jeszcze im nie wykradły. Mózg ludzki przetwarza informacje około sto razy szybciej niż komputery najnowszej generacji. Obdarzeni też jesteśmy świadomością, inteligencją i zdolnością tworzenia kultury, do czego maszyny nie zostały (jeszcze) przysposobione. W obliczu prognoz o możliwości wykradzenia nam tych przymiotów szansę na stworzenie nowego gatunku człowieka dostrzegły cyberfeministki. Wątpiąc w skuteczność walki wcześniejszego feminizmu o przyznanie kobiecie we współczesnej kulturze miana "też-podmiotu", cyberfeminizm za punk wyjścia przyjął destrukcję podmiotu. Sprostać temu zadaniu może przymierze kobiet i maszyn, jako że jedne i drugie są symulatorami, brakuje im stałej tożsamości. Zamiast tego nieustannie "działają jako" (perform as). Zarówno kobiety, jak i maszyny są niczym i wszystkim/wszędzie. Są "niepełne" (stąd ich nieustanne porównania z cechami męskimi). Zdaniem inicjatorki cyberfeminizmu, Sadie Plant, wspólne działanie kobiet i inteligentnych maszyn może doprowadzić do powstania nowego gatunku kobiety. Będzie to emergent: "kobiety połączone ze sobą, kobiety połączone z komputerami, łącza komputerowe i telekomunikacyjne, złącza i sieci". Angielska badaczka proklamuje tu epokę postczłowieczą, wobec której tracą rację istnienia tradycyjne wyobrażenia o granicach człowieczeństwa.

Pojęcia: emergent, cyborg, klon, a szerzej człowiek posthumanistyczny, konstytuują nowe napięcie między utrwalonym w tradycji sensem pojęcia "człowiek" a sensem nowym, spowodowanym niespotykanym dotąd odniesieniem do cyberkultury, posthumanizmu i epoki postczłowieczej. Zagadnienie to coraz częściej poddaje się rozpoznaniu, dokonuje jego interpretacji i oceny.

Współczesna humanistyka w dużej części broni się przed technofobią. Ekohumanistyka odcina się od modernistycznych korzeni. Nie wierzy w anachroniczny obraz człowieka natury serwowany przez Jakuba Rousseau, ale próbuje "pogodzić" go z przyrodą, której przez stulecia zadawał gwałt. Postmodernizm obnaża i dyskwalifikuje totalitarne zapędy nowoczesności, pozostając jednak w obszarze świadomości ironicznej, nie może pełnić roli awangardy wyprowadzającej współczesność poza modernizm. Ruchy religijne próbują jeszcze mówić o godności i wielkości człowieka ukształtowanego za podobieństwo Boga. Żadne z tych stanowisk nie jest na tyle silne ani ugruntowane we współczesnej kulturze, by mogło poważnie zagrozić postępowi naukowemu, a w konsekwencji powstrzymać narodziny cyborgów, klonów i emergentów.

Nie oznacza to jednak, że skazani jesteśmy na przyjęcie wobec przyszłości postawy pasywnej. Spośród wszystkich metafor czasu przyszłego, metafora wyzwania jest najbardziej racjonalną i optymistyczną perspektywą. Wymogów tych nie spełnia metafora przyszłości jako przeznaczenia, bowiem akceptuje fatalistyczną rezygnację wobec sił, na które nie mamy wpływu. Metafora odpowiedzi akceptuje z kolei przekonanie mas, że "jakoś to będzie", bowiem zawsze "jakoś było". Możemy się pocieszać tym, że w nawałnicy politycznych, społecznych i technologicznych wydarzeń udało się naszym przodkom przetrwać, a nam zapewnić życie w cywilizowanym świecie. Zapominamy jednak o tych, którym się to nie udało w wyniku procesów modernizacyjnych i wspierającej ją filozofii: podbitym kulturom spoza Europy; grupom społecznym, które były wyzyskiwane przez wczesnokapitalistyczną organizację i warunki pracy; narodom cierpiącym prześladowania w czasie II wojny światowej; chorym, kalekom nie spełniającym wymogów racjonalnej i produktywnej organizacji państwa nowoczesnego; kobietom, które "wymykały" się patriarchalnej organizacji społeczeństwa. Z kolei metafora przyszłości jako sędziego zrzuca z nas odpowiedzialność za to, co "tu i teraz", pozostawiając ją następnym pokoleniom. Jeśli jednak dziś wykażemy ignorancję wobec przyszłości, kto jutro przemówi w naszym imieniu? Być może spotka nas zasłużona kara, jak w metaforze przyszłości jako Apokalipsy, ale przecież wtedy nie będzie już żadnej przyszłości.

Jedynie metafora wyzwania czyni aktualnymi pytania o kształt przyszłości. Według tej koncepcji "przyszłość nie jest bez reszty zdeterminowana przez pozaludzkie czynniki - pozwala ludziom na siebie wpływać. Człowiek nie jest w stosunku do przyszłości zupełnie bezradny - może ją wedle swej woli w pewnej mierze kształtować. Przyszłość jako >>wyzwanie<< jest dla człowieka >>wezwaniem<<, >>zadaniem<<, >>postulatem<<: teoretycznym, praktycznym, moralnym". Od siebie dodałabym, że jest to dylemat nie tylko w skali globalnej, dla rodziny rodzaju ludzkiego, lecz w pewnym sensie sprawa rodzinna każdego z nas, mówimy bowiem o przyszłości naszych dzieci i wnuków.

Humaniści mogą w swej twórczości podejmować motywy prognostycznej refleksji i - tak też czynią. Filozofowie debatują o kształtach przyszłości, literatura piękna tworzy metafory jutrzejszego dnia. Rzadko jednak zadania tego podejmują się historycy. Skrywając się za płaszczem uprawianej dyscypliny, debatują raczej o drogach, które przywiodły nas ku czasom obecnym. Przyszłość pozostawiają prognostykom. Czyż jednak nie jest tak, że diagnoza teraźniejszości i nasze wyobrażenia o przyszłości rzutują na to, jak postrzegamy, oceniamy i opisujemy przeszłość? Czy wobec prognoz epoki postczłowieczej i końca historii historyk może pozostać obojętny? A może jego sposobem ocalenia człowieka będzie stworzenie przeszłości ludzko-bosko-technicznej triadzie, czyli napisanie mitologii cyborgów, klonów i emergentów.

Tak sformułowane zadanie mogłoby przynieść podwójną korzyść: po pierwsze, ocalona zostałaby sztuka pamięci. Nie zapisana jako historia, lecz jako mit ma większą szansę na przetrwanie w epoce postczłowieczej, nie mogącej konstruować pamięci syntagmatycznej. W jaki bowiem sposób historia miałaby wykazać ciągłość i chronologię między epoką posthumanistyczną a czynami inteligentnych i świadomych cyborgów z przeszłości, jeśli wtedy jeszcze ich nie było? Istotom, które w przyszłości znajdą się poza zwarcie napisaną historią pozostaje jej upadek i powrót do mitu. Pamięć mityczna, opierająca się na analogii lub metaforze, implikuje porównywalność wydarzeń z przeszłości i teraźniejszości poprzez odczucie wspólnych zasad, które nimi rządzą. Dawne czasy i czasy cyborgów byłyby więc porównywalne, ale nie mogłaby już ich łączyć uporządkowana kolejność. Pamięć ta konstytuowałaby się w porządku estetyczno-etycznym, ocala bowiem, reinterpretuje i ciągle na nowo przedstawia fundamentalne cechy kultury. Dlatego wydaje się szczególnie pożądana w przełomowych momentach, a zakładamy, że koniec historii i koniec człowieka to właśnie problem "permanentnie nowego porządku", który będzie musiał stworzyć nowych bogów i bohaterów, wyznaczających prawa rządzące światem. Sceptycyzmem musi jednak napawać budowanie tego porządku wyłącznie na nauce w szacie modernizmu. Skłaniam się raczej ku tezie, że wobec wyzwań przyszłości porządek mityczny może okazać się bardziej płodny.

Po drugie, perspektywa mitologiczna zdaje się być najskuteczniejsza w przezwyciężeniu modernistycznego kształtu nauki, nie poprzez negację, lecz wzbogacenie o nowe elementy, które zniosą dychotomię między racjonalnością a irracjonalnością, między rozumem a zmysłami, między nauką a sztuką i wiarą, wreszcie między faktem a fikcją. "Musimy mieć nową mitologię, lecz mitologia ta winna służyć idei, musi być ona mitologią rozumu" - twierdził Fryderyk Wilhelm Schelling, ufając w możliwości przymierza między mitem a rozumem. Jest to spojrzenie na przyszłość z pozycji estetyczno-etycznej, proklamowanej w Najstarszym programie idealizmu niemieckiego:

"W przyszłości cała metafizyka utożsami się z moralnością [...] Etyka ta stanie się nie czym innym jak zupełnym systemem wszystkich idei, albo, co jest tym samym, zawierać będzie wszystkie postulaty praktyczne. [...] Jestem przekonany, że najwyższy akt rozumu, akt, w którym obejmuje on wszystkie idee, jest aktem estetycznym, i że prawda i dobro złączone są więzami pokrewieństwa jedynie w pięknie. [...] Ludzie pozbawieni zmysłu estetycznego to nasi filozofowie dogmatyczni. W żadnej dziedzinie nie można wykazać bystrości, nawet o historii nie można bystro i inteligentnie rozprawiać, bez zmysłu estetycznego. Winno tu wyjść na jaw, czego właściwie brakuje ludziom, którzy nie pojmują żadnych idei - i wystarczająco szczerze przyznają, że wszystko jest dla nich ciemne, co wychodzi poza tabele i rejestry. Poezja otrzymuje przez to wyższą godność, staje się w końcu znowu tym, czym była na początku - nauczycielką ludzkości; nie ma bowiem więcej filozofii, więcej historii, jedynie sztuka poetycka przeżyje wszystkie pozostałe nauki i sztuki. [...] Monoteizmu rozumu i serca, politeizmu wyobraźni i sztuki, oto czego potrzebujemy!"

Dwieście lat później Herman Broch prorokował, że logos będzie zmuszone do przyjęcia mitu. "Takie zadanie - pisał w Mitycznej spuściźnie poezji - nie może jednak zostać nauce postawione z zewnątrz i niejako sztucznie, raczej musiałoby wynikać samoistnie w naturalny sposób z jej wewnętrznego rozwoju, nieostatnią przy tym rolę odegrać musi rozwój i pogłębianie filozofii nauki, gdyż tylko po niej można oczekiwać coraz silniejszego zgłębienia związku między logiczną, duchową w ogóle, a wreszcie etyczną strukturą duszy ludzkiej - fakt, który, choć na razie większość uczonych odnosi się do niego niechętnie, wydaje się w znacznym stopniu pewny".

Dzisiaj przychylniej odnosimy się do tych prognoz niż kilkadziesiąt lat temu. Pomni nadużyć nowoczesności oraz ironii postmodernizmu, coraz częściej mówimy o etycznym zwrocie w nauce i humanistyce. Sceptycyzmem napawa chłodna postawa naukowców wobec problemów współczesności i coraz chętniej mówimy o konieczności perspektywy etycznej wobec dynamicznego rozwoju nauki i rezultatów, które osiąga. Od humanistów oczekuje się zaangażowania w wielowymiarowe przywoływanie życia, łączenia słów ze światem tak, jak reszta ludzi nie potrafi. Oczekuje się od nich postawy artystycznej, kreatywnej. To nie jest już obraz chłodnego erudyty zbierającego i szeregującego fakty, lecz wizerunek poety.

Być może mamy tu do czynienia z cykliczną transformacją świadomości, którą niegdyś opisał Giambattista Vico. W ujęciu autora Nauki Nowej historia ma charakter cykliczny, przechodzi bowiem przez stadia: młodości, dojrzałości i starości aż do śmierci (epoka bogów, bohaterów i ludzi). Początek cyklu dziejowego zawsze przepełniony jest poezją, która jest zjawiskiem koniecznym i nieuniknionym. Zdaje ona bezpośrednie sprawozdania z treści ówczesnej świadomości, której podstawową jednostką przekazu jest mit. Zdaniem autora Nauki Nowej mitologia jest najczystszą formą poetyckiej świadomości. Jest nosicielem prawdy. Ci, którzy ją tworzą i głoszą są niczym mędrcy. Rolą i przywilejem pierwszych historyków-bardów było tłumaczenie "rzeczy boskich i ludzkich".

W myśl tej koncepcji historia ludzka, zataczając cykliczny obrót, winna wobec wyłaniającego się "permanentnie nowego porządku" powrócić do świadomości mitycznej i metaforycznej sztuki pamięci. Byłoby to zgodne ze stanowiskiem Haydena White'a, który adaptując koncepcję Vikiańską twierdzi, że transformacje świadomości stanowią również model dla spekulatywnej filozofii historii. Przechodząc przez stadia metafory, metonimii, synekdochy i ironii, zatacza krąg i powraca do metafory. Być może więc już niedługo świadomość historyczna otworzy się na związki z poezją, nauką i filozofią, które inspirowały Schellinga i których życzył przyszłym pokoleniom Broch. Gdy oderwiemy się od ironii i dopuścimy do pisania o przeszłości metafory, będziemy mieli szansę na wielopostaciowe przywoływanie życia, objęcie doświadczeń różnych światów, tych przeszłych i tych teraźniejszych, by pokazać nowe drogi ku przyszłości. Jestem przekonana, że to już niedługo.

archiwum_index