Może to sztuka mnie wykorzystuje

Autor: Joanna Szczepanik Opublikowano:

Honorata Martin, Gdańsk, 2014, fot. J. Szczepanik

Z Honoratą Martin o przestrzeni rozmawia Joanna Szczepanik. Gdańsk, Listopad 2014


„Dom” był hasłem przewodnim tegorocznej edycji „Parkowania”, odbywającego się w Parku Oliwskim wydarzenia interdyscyplinarnego. Dlaczego Burek, bohater twojej pracy „Welcome”, miał biało- czerwoną koszulkę?

Bo ta praca, to był hymn Polski wyszczekiwany przez psy. Była aleja drzew i psy cię obszczekiwały z głośników poukrywanych co około 2 metry przez pół długości parku. Dlatego Burek miał koszulkę w barwach narodowych. Wymyśliłam to jeszcze idąc przez Polskę. Wtedy już zaczęłam nagrywać szczekania psów.

Nikt ci nie zarzucił profanacji?

Nikt. Ale też dużo osób tego nie zauważyło. Słyszeli szczekanie, ale nie słyszeli hymnu. Nie był tak bardzo ewidentny też przez to, że wstaliśmy kilka luźnych szczeków, a głośniki były zakopane pod ziemią i przykryte liśćmi, więc nie było ich widać. Wszyscy tak się zajęli tym, skąd to szczekanie, że chyba nie zwrócili uwagi. Zresztą dlaczego profanacja? Psy są wszędzie. Polskie psy z polskich domów mają prawo głosu, prawo obrony.

Ale nie stoją na baczność wyszczekując hymn.

Tego nie było widać na szczęście.

W Nowym Sączu skończyła się właśnie wystawa o mesjanizmie (16.11.2014 - „Manifestacje romantyczne”), w której brałaś udział. Na ile ci odpowiada utożsamienie z polskością rozumianą w sensie romantycznym?

Nie jest to bliska mi wizja. Nigdy za bardzo nie myślałam o tym w kategoriach Polski. W ogóle nie myślałam o narodowości, o swojej narodowości. Myślę, że to jest całkowicie losowy przypadek. Nie ma dla mnie większego znaczenia gdzie się urodziłam, gdzie mogłabym się urodzić. Gdybym mieszkała gdzie indziej, to bym wyszła z domu gdzie indziej.

Idea kuratorska raczej nawiązywała do romantycznej koncepcji sztuki Beresia i redefinicji romantyczności w sztuce i ta moja wędrówka była bardzo romantyczna, jak tak na to patrzeć.

Poza wybrzeżem, które jest uprzywilejowane w tej kwestii, połowa Polaków od września do czerwca marzy o tym, żeby wyjechać nad morze. Ty jesteś z Gdańska, a nie ma w twoich pracach morza.

To śmieszne, że mówisz o tym, bo mam właśnie teraz w głowie pracę, którą bardzo chcę zrobić i będzie w morzu. Może dojrzałam do tego.

Niedawno wydarzyło się coś, z czym nie bardzo sobie radzę. Nigdy nie robiłam prac, które wynikały z moich wewnętrznych emocji, z moich przeżyć, rozstań, miłości, rozwodów. To jakoś się działo, a prace były gdzieś z boku.Pierwszy raz mam silną potrzebę zrobienia czegoś trochę o tym, dla siebie bardziej pewnie. Ten film - jeszcze go nie ma, więc nie chcę o nim mówić - będzie w morzu.

A też ja morsuję. Jestem nad morzem tylko zimą. Latem absolutnie mnie nie interesuje, tam się nie da wcisnąć między rzeszę ludzi. Zaczynam dopiero od października, co tydzień, w niedzielę. Rzeczywiście, od kiedy zaczęłam morsować, teraz jest trzeci sezon, zaczęłam tęsknić za morzem jak wyjeżdżam.

Od razu pomyślałam, że dzięki temu łatwiej Ci było zrobić pracę „Zimno” (2006), w której odziana jedynie w strój kąpielowy przy trzaskającym mrozie oddajesz się lekturze Kapuścińskiego. Ale wtedy jeszcze nie morsowałaś.

Może łatwiej mi było morsować, bo zrobiłam pracę „Zimno”.

Swoją drogą, ciekawe skąd się wzięła powielana wszędzie informacja, że czytasz „Heban”, podczas gdy to „Podróże z Herodotem”?

Pewnie dlatego, że jest opis Afryki i gorąca i upału. Ważniejszy jest ten opis, to wrażenie, nie ważne, czy by to napisał w artykule, czy w jednej ze swoich książek. Wiedziałam, że musi być opis gorąca Kapuścińskiego i przeglądałam książki, żeby znaleźć taki, który będzie najlepiej pasował.

Te słowa też się zmieniają. W pewnym momencie, jak zimno już zaczyna wygrywać, to ja się przejęzyczam kilkukrotnie… . Ale myślę też, że zanim się wsłuchasz w to, że to jest o upale, to to nie ma większego znaczenia, bo ta fizyczność, to, co ja czułam, było bardzo podobne z tym, co opisywałam. Bardzo skrajne stany sprowadzają się do tego samego, do pobudzenia organizmu, uśpienia, wyłączenia, włączenia, zastrzyku adrenaliny, walki.

 


„Welcome”, 2014, Parkowanie, Gdańsk-Oliwa, z archiwum H. Martin

 


„Zimno”,2006, kadr z filmu, z archiwum H. Martin

 

„Spanie”, 2009, kadry z filmu, z archiwum H. Martin

W wielu pracach używasz swojego głosu, czytasz. Na przykład w „Spaniu” (2009), albo w „Jeleniu na rykowisku” (2011), gdzie czytasz opis procesu godowego.

Praca z jeleniem to była część większej instalacji, wideo dopełniające. Praca o śnie - akurat tam czytam swoje zapiski. Ale rzeczywiście, nawet teraz jak myślę, to myślę tekstami, które kiedyś przeczytałam. Łatwiej mi jest zrobić to, niż budować narrację opisową. Bo jak czytam to się staje może trochę bardziej uniwersalne. Gdybym w tym momencie mówiła o tym jak bardzo czuję, że jest mi zimno, miało by to zupełnie inny wydźwięk, mniej byłoby tam obiektywności, niż w wypadku znalezienia tekstu i nadania mu kontekstu. To jest podświadome. Zestawienie czegoś, co jest emocjonalne, intymne, z czymś chłodniejszym i bardziej z zewnątrz, bardziej obiektywnym, surowym.

Sam wybór cytatu, zapożyczenia, odniesienia się do tego, a nie innego tekstu, też jest jakimś przekazem.

W „Spaniu” czytam swoje teksty, ale w zasadzie czytam je tak, że są nie do wyłapania, a całości nie da się usłyszeć. To były pierwsze myśli, które miałam jak wchodziłam do pracowni, pierwsza myśl, z którą się budziłam. To wideo było dopełnieniem do obrazu. Śpię w nim na tym obrazie.

Śpisz z kotem.

Całość wideo to 6 godzin, tyle, ile spałam. Kot przyszedł i pięknie kompozycyjnie przyjął tę samą pozycję co ja. Był kochany, bo tam naprawdę nie było wygodnie. Dlaczego zamiast na miękkim łóżku spał obok mnie na tym napiętym obrazie?

Wracając do przestrzeni: „Z tęsknoty do przynależności”- ładna nazwa wystawy, która zostanie niebawem otwarta w Gdańsku [27.11.2014 – 1.02.2015]. Hong Kong i Gdańsk. Co będziesz pokazywać?

Niestety pokazuję to samo. To znowu będzie „Wyjście w Polskę”.

Dlaczego niestety?

Ile można. Na koniec, na finisaż będę robić performance, który będzie już czymś innym, nową pracą, będzie zrobiony na tę okoliczność specjalnie. Ale też dlatego zostałam zaproszona do tej przestrzeni, do tej przynależności. „Wyjście w Polskę” to kuratorski wybór i mi też pasuje. Nawet jak się zastanawiałam nad tym tematem, to ciężko byłoby mi wymyślić pracę lepszą, bardziej adekwatną. Też mi się podoba ten tytuł bardzo i jestem ciekawa tej wystawy, tego zestawienia.

Drugi artysta z Polski, którym jest, Michał Szlaga, fotograf, pokazuje zdjęcia ze stoczni, a to jest miejsce, z którym jestem bardzo związana. Wychowałam się w mieszkaniu, które jest bardzo blisko, ze sto metrów od stoczni, więc te dźwięki stoczniowe, maszynowe, to wszystko chcąc nie chcąc wpływa - jak morze. Orientujesz się, że tęsknisz za morzem dopiero jak wyjedziesz. Tak samo jest ze stocznią. I to jest taki pejzaż, do którego się przyzwyczajasz. Też mieszkałam na stoczni przez jakiś czas w kolonii artystów. I tym bardziej dla mnie to jest cenne, że z jednej strony jest moja praca, która jest tym moim wyjściem z domu i szukaniem sobie miejsca gdzie indziej, szukania przynależności, albo raczej próby życia bez niej i miejsca, do którego jestem tak bardzo przynależną.

Studiowałaś w Stambule. Nie ma go w twoich pracach.

Tylko pół roku. Namalowałam kilka obrazów. To był okres bardzo intensywny, ale byłam wtedy bardzo skupiona na malarstwie. Później te wszystkie obrazy przywiozłam do Polski i nie wiem gdzie one są. Pewnie zostały gdzieś na uczelni, tutaj, macierzystej. Do kantorka wkładałam, to później pewnie ktoś przemalował.

Mam takie sito, grafikę. Z grafik, które zrobiłam, jest moją ulubioną pracą. Tylko już ją rozdałam wszystkim. Pokazywałam grafiki z czasów studiów, jeżeli ktoś chciał coś sobie wybrać, kupić, czy dostać, to zawsze to był ten Istambuł.

Ale to był fajny okres, ważny dla mnie. Trzeci roku studiów, czyli połowa, idealnie, Wyjechałam z miejsca, gdzie znam wszystkich, od ludzi, na których opinii mi zależy, a to jest często obciążające. Bo niby jesteś wolny, robisz sztukę, ale się zastanawiasz czy to jest ok., co kto powie. To jest krępujące. Wyjechałam do innej uczelni, tam trochę mieli nas w nosie, w zasadzie mogłam robić wszystko. Przez pół roku siedziałam w pracowni i malowałam i absolutnie nie myślałam o tym, że komuś ten obraz pokażę, czy ktoś na niego spojrzy, czy to jest fajne, i wtedy zupełnie zmienił się sposób malarstwa. Myślę, że to w ogóle mi dużo dało, ten czas odcięcia.

Mam mało prac z tamtego okresu. Jakby nie było, po jakimś czasie zaczynasz się wstydzić czegoś, co zrobiłaś 10 lat temu i chcesz pokazać nowe. Robię coś, jestem zażenowana, nie jestem w stanie na to patrzeć. W ogóle nie patrzę na swoje prace prawie nigdy, ale zdarzyło się tak, że musiałam coś obejrzeć, siedziałam przy tym jakby mnie ktoś mordował, terror. I czasami, kurde, to nie jest takie złe.

Jak wróciłam z Polski i miałam masę materiałów nagranych, dźwięków, zdjęć, nie byłam w stanie usiąść do tego. Bo zazwyczaj tę pracę się robi, oddaję ją i nie muszę na nią patrzeć. A tutaj jak już wróciłam, dla mnie to było zakończenie najbardziej angażującego performaces jaki zrobiłam. I teraz mam siedzieć nad tą dokumentacją i to wszystko oglądać i tego wszystkiego słuchać. Nie mogłam w ogóle pozbyć się żenady, patrzeć na siebie z boku, że gadam do siebie w tym momencie, bo się bałam, co mi się teraz wydaje infantylne teraz i niepotrzebne, ale tak wtedy czułam. Nie siedziałam u siebie w domu na kanapie i nie oceniałam chłodno. Byłam gdzieś, przerażona. Patrzenie na siebie surowym okiem, żeby pokazywać wszystko, nawet to, co mi się wydaje żenujące, zawstydzające, było trudne. W ogóle cofnąć się do tego to była jakaś masakra. Dopiero zadzwonił Zbyszek 2 miesiące przed wernisażem: Jestem trochę przerażony, bo rozmawiałem z Maryną i podobno jeszcze nie usiadłaś do tych rzeczy. Mówię, że nie zajrzałam nawet, nie odpaliłam dysku. Siedzi w szufladzie pod książkami i nie ma opcji.

 


„Wyjście w Polskę”, 2013, z archiwum H. Martin

 


„Jeleń na rykowisku”, 2011, kadr z filmu, z archiwum H. Martin

Od początku naszej rozmowy unosi się nad nią duch „Wyjścia w Polskę”. Nie chciałam od niego zaczynać, bo myślałam, że jesteś zmęczona mówieniem o tym. W ciągu ostatniego roku bardzo dużo się wydarzyło w tym temacie w mediach.

Pracuję już nad nowym projektem i łatwiej mi jest teraz o tym mówić, niż wcześniej, kiedy byłam tak bardzo na świeżo. Wszyscy mi zadawali pytania, a ja chciałam już się trochę odciąć. Chciałam już to zamknąć. Teraz już w sobie to zamknęłam. To jest praca z przeszłości. Psychicznie już jestem gdzie indziej.

Zdarzało ci się podróżować autostopem?

Kiedyś mi się zdarzało dużo, przy nastoletniości albo na studiach. A później przestałam. I przestałam to lubić. Męczyła ta zależność od ludzi w podróży. Zauważyłam w pewnym momencie, że lubię siedzieć w autobusie, patrzeć za szybę, mam swój bilet, mam swoje miejsce, nie muszę nikogo o nic prosić, nie muszę z nikim rozmawiać. Może się pozamykałam, nie wiem. Czy jechać swoim autem, usiąść sobie na trawie, zjeść śniadanie. Ja lubię często być trochę samej, ale samej - o czym się przekonałam w tym wyjściu - jak mogę być bezpieczna i niezależna.

W rozmowie z Elą Petruk powiedziałaś, że najważniejsze dla ciebie w tym projekcie były trzy rzeczy [Do widzenia – Nie ma za co. Rozmowa Eli Petruk z Honoratą Martin, NN6T#91, http://www.funbec.eu/533,-_do_widzenia_-nie_ma_za_co.html#/page/1]

…sama jestem ciekawa…

… zderzenie się z mitem wolności, to, że chciałaś, żeby praca „zrobiła się sama”, bez żadnych założeń, narzuconego z góry projektu i trzecia rzecz to odrzucenie tego, kim jesteś, znalezienie się w roli obserwatora, jak Jane Goodall. Dodałabyś coś z perspektywy czasu?

Zupełnie inaczej poznałam ludzi. Trochę lepiej poznałam ten kraj. To też jest pewnie istotne dla mnie.

„Polskę klasy B”.

Nie znoszę tego określenia.

Spędziłam sporo czasu kontemplując „Wyjście w Polskę” w BWA we Wrocławiu. Pomyślałam, że to jest idealna praca o przestrzeni. Ale później pojawiła się wątpliwość, że to nie jest w ogóle praca o przestrzeni, bo przestrzeń jest tylko narzędziem do jakiegoś innego celu, albo do kilku: wolności, autentyczności. Ale idąc tym tropem, czy nie jest tak, że dla Ciebie sztuka jest środkiem do celu?

Możliwe.

I czy to nie jest nietaktowne wobec sztuki?

Możliwe, że wykorzystuję sztukę do tego, żeby coś poznać, zrozumieć. A może to sztuka mnie wykorzystuje? Jestem jej narzędziem. Wielokrotnie miałam pomysł, że pieprzę to, że nie będę się zajmować sztuką, nie chcę tego robić. I bardzo często myślę, że to ja jestem narzędziem czegoś, co mi mówi: znowu masz coś robić, idź, leź, maźnij, maluj, siedź w ciemności…

Bezwolną postacią kierowaną przez siłę wyższą…

Tak. To dopiero mit romantyczny, co?

To jest śmieszne, bo najczęściej te prace, z których jestem najbardziej zadowolona, to nie jest rezultat godzinnego rozmyślania i planowania, tylko nagłych błysków. Zazwyczaj je odsuwam i próbuję wymyślić coś innego, a one po prostu wracają, jak natręctwa, do takiego momentu, że dobra, muszę to zrobić, bo inaczej nie znikną. Więc pod tym względem jestem narzędziem.

A jeśli już o tym mowa, masz misję upowszechniania sztuki? Wspominałaś o osobie, którą poznałaś w czasie „Wyjścia…”. Miała przyjechać na wernisaż do Wrocławia. Pytała Cię, czy się nią zaopiekujesz, bo nigdy nie była na otwarciu wystawy. Bardzo trudno wytłumaczyć komuś co to jest sztuka współczesna. Skoro chciała przyjechać, to znaczy, że poczuła, że coś w tym jest.

Ale ja mam tak samo jak ona. Też czuję co to jest sztuka współczesna, a ciężko mi to zdefiniować, tłumaczyć innym ludziom. Nie jestem teoretykiem. Mogę powiedzieć o tym jak to czuję, to jest bardzo intuicyjne. Wyszłam z bardzo klasycznej dziedziny sztuki, od malarstwa i najbardziej przeżywałam, wzruszałam się i ryczałam oglądając obrazy Miro, wycinankę Matisse’a czy obraz Rousseau. Dla ludzi już te klasyki są sztuką współczesną nie do przejścia. Ale jak teraz komuś, dla kogo Miró czy Matisse jest plamami nie do przejścia wytłumaczyć, że to jeszcze wszystko poszło dużo dalej. To trudne. Nawet ciężko to przed sobą zdefiniować. Dlaczego już nie maluję, dlaczego nie maluję portretów, dlaczego ciężko mi nazwać ładnie namalowany portret sztuką, dlaczego to nie jest sztuką, a to, że ja se lezę jest sztuką jakby? A może nie jest? Może ja oszukuję ludzi, mówię, że to jest sztuka, bo ja jestem artystką i ja to zrobiłam? Ale z drugiej strony, jak robię to bez wyrachowania, bez manipulacji, szczerze, to ludzie to czują.

Kiedyś była impreza w Gdańsku, „Znikający klub” [2013] – galeria, czyli wystawy, koncerty. Przyszło chyba dwa tysiące osób. Jakaś masakra. W budynku starego szpitala na dolnym mieście. Były kolejki przez trzy godziny, nie dało się upchnąć do środka. I przyszli ludzie zupełnie inni niż się spodziewałam: młodzież, klubowe towarzystwo i dużo ludzi z osiedla, którzy w 90 % nie mają żadnego kontaktu ze sztuką. Było trochę artystów, były jakieś obrazy. Ja zbudowałam wielki stół, wysoki na 3 metry, wielkie krzesło, talerz, kielich wina – wszystko było przeskalowane. Kto siedział przy tym wielkim stole, nie było wiadomo, kieliszek był przewrócony, stół zastawiony i byłam ja w klatce podwieszona pod sufitem i zamknięta jak ptaszek. I przychodzili tam chłopcy w dresach, co weszli na imprezę i na początku kurwa kurwa, ale później, po trzech godzinach: ona jest nienormalna, dalej tam siedzi, przecież zamarznie. Przychodzili do mnie z imprezy, nawaleni i naprawdę mimo dość obcesowego słownictwa, to byli bardzo serdeczni, mili ludzie, którzy się po prostu martwili jak ja się mam. Następnego dnia przyszli, całe takie towarzystwo osiedlowe i powiedzieli organizatorom, że oni może nie rozumieją, ale nie mogli przestać o tym myśleć, że ja jestem w tej klatce, że ich to poruszyło. Więc jakaś otwartość jest na tą sztukę współczesną.

 

„Wyjście w Polskę”, 2013, z archiwum H. Martin
 

Zastanawiałam się nad twoim dążeniem do uwalniania się od ograniczeń. Ciekawe są prace z rozdawaniem rzeczy, pozbywaniem się swojej własności. To jest związane z twoją fascynacją ascezą, duchowością, medytacją? W przypadku „Wyjścia…” pojawiły się takie określenia jak „świecka pielgrzymka”.

Rzeczywiście, bliżej mi tej świeckości. Model pielgrzyma pojawia się we wszystkich religiach, kulturach, łączy się ze świętością. A jak nie, to ze świeckością, czyli z filozofią, medytacją. Myślę, że moje fascynacje są podobne do fascynacji świętych, pielgrzymów, czyli to są rzeczy, które po prostu ludzi fascynują od zarania.

To, co mnie najbardziej uderzyło w twoich opowieściach o „Wyjściu w Polskę”, to że nieznośna jest bezcelowość. Dla ciebie nieznośna, a dla ludzi, których spotykasz, niezrozumiała. Zupełnie inaczej niż w maksymie zen, zgodnie z którą droga jest celem.

To się trochę łączy. Nieznośna, przez to, że niezrozumiała. To, co rozumiemy, co łatwiej nam nazwać, wydaje się od razu bezpieczne.

Wczoraj rozmawiałyśmy o strukturach psich stad. Pies czuje się najlepiej, jeśli przejmujesz przywództwo. Jest wtedy szczęśliwszy, bo nie musi ponosić odpowiedzialności. Wie co ma robić, bo ty mu mówisz, bo ciebie słucha, bo tobie ufa bezgranicznie, więc ściąga się z niego odpowiedzialność i może się wtedy stać szczęśliwym, beztroskim psem. Trochę jest tak z dziećmi. Jeżeli małe dziecko ufa rodzicom, ma kogoś, na kim wie, że może polegać, może być beztroskie. Brak odpowiedzialności uwalnia nas. Nie odpowiedzialność, jakby się mogło wydawać, tylko brak odpowiedzialności.

W zen pewnie chodzi o drogę jako o życie. Celem jest nie to, co chcemy osiągnąć, tylko samo życie, sama droga. I tam było tak samo. Ale rzeczywiście, wielość wyboru była ubezwłasnowolniająca. Absolutnie nie czułam się wolna. Dopiero jak Wrocław się pojawił jako cel, to już było zupełnie inaczej. Przywiązałam się w pewnym momencie do tej myśli, że idę do Wrocławia nawet nie kontrolując za bardzo drogi na mapie. Droga nadal była celem, bo mi wcale nie chodziło o to, żeby dojść do Wrocławia, nic tam na mnie nie czekało.

Jakkolwiek stawał się klamrą. Bo pomysł wyszedł stamtąd i wiedziałaś, że tam, na wystawie, będzie miał finał.

Jasne. Ale w tym momencie wcale nie musiałam tam dojść. Absolutnie nic to nie zmieniało. Oczywiście było to spójne. Bo można powiedzieć, że to świecka pielgrzymka. Tak jak są pielgrzymki do Częstochowy, ja szłam do Wrocławia, do miejsca sztuki, miejsca wystawy. Robiłam swoją pielgrzymkę w celu dla mnie istotnym. Tylko sama ta świadomość, że gdzieś mam iść, że wiem gdzie, ułatwiła wszystko, nadała sensu. Bo to codzienne budzenie się na początku na polu, zanim spałam u ludzi… . Po co tam, jak mogę tam? Ale w zasadzie czemu tam, jak mogę tam? Nie byłam w stanie się ruszyć. Wydawało mi się, że tam na pewno jest źle i tam jest źle i tam jest źle i nigdzie nic na mnie nie czeka. A idąc do Wrocławia nadal nie znałam tych dróg. I nadal nie miałam pojęcia co będzie tam czy tam, czy będzie miasteczko, opuszczone domy, popegeerowskie ruiny, czy urocza, mała wioska drewnianych chatek. Ale to już mnie nie przerażało.

To tak jak w podróży. Ja też tak podróżowałam zawsze: kupowałam sobie bilet, ale nigdy nie miałam planu wycieczki, zabukowanego hotelu. Moim celem było poznawanie nowej kultury, nowych miejsc, nowych miast. To już mi dawało cel. A tu, na środku drogi, w miejscu absolutnie nie turystycznym, w kraju, który znam, w kulturze, którą znam, ciągnie się przez 10 kilometrów asfaltówka, mijają mnie golfy… .

I ostatecznie zdałaś sobie sprawę, że nie tyle wolność, ile dom jest ważny. Jak to pogodzić?

To bardzo śmieszne, że będąc tam i idąc i tracąc trochę poczucie bezpieczeństwa i przynależności, miałam takie myśli, że muszę wracać do domu, zakładać rodzinę, że to jest dla mnie najważniejsze. Zapragnęłam budowania gniazda rodzinnego. Ale jak przyjechałam do domu i zaczęłam żyć swoim życiem i zajmować się znowu swoimi rzeczami, wróciłam do starego trybu. Znów zaczęło mnie ciągnąć, żeby gdzieś wyjechać i znowu miałam tysiące ważniejszych rzeczy niż zakładanie gniazda.

Jak jest wolność, to chce się domu. Jak jest dom, to chce się wolności, czyli zawsze tego, czego się akurat nie ma.

Przynależność daje ci pewien spokój, to jest podstawa na drabinie. Ale jak już to masz, to nie myślisz o rozbudowywaniu tej podstawy, bo ona jest solidna, więc szukasz dalej. Nigdy nie myślałam o tym, że to jest w podstawie drabiny, bo zawsze to miałam. Dlatego mi się wydawało, że tak łatwo mogę z tego zrezygnować. Zawsze myślałam, że jestem nomadą i nie czuję związku z miastem, z krajem, że mogę mieszkać wszędzie. Jak wyjeżdżałam gdzieś, czy to był step w Mongolii czy Nowy Jork, to bardzo szybko się czułam jak w domu. Lubię się sama włóczyć i zawsze się czułam bezpiecznie, szybko jak u siebie. Ale zawsze było coś, co mi dawało poczucie bezpieczeństwa. Na przykład to, że miałam nocleg zapewniony, czy też wiedziałam, że mogę sobie go zapewnić, albo że jestem z kimś, z chłopakiem, z przyjaciółmi.

Patrząc na polskich artystów, istnieje wyraźna tendencja migracji do Warszawy. Nie planujesz przeprowadzki do stolicy?

Myślę o tym czasami, ale nie dlatego, że to jest stolica, tylko dlatego, że mam przyjaciół w Warszawie. Właściwie wszyscy się wyprowadzili z Gdańska i więzi tutaj się rozluźniły. To ludzie budują przynależność. Miejsce łączy się z ludźmi.

W twoich pracach widać fascynację ludźmi. Wracając do „ptasiej” klatki, w której wisiałaś podczas „Znikającego klubu”: rozmawiałaś z widzami, był kontakt z Tobą?

Nie. Oni byli trochę dalej, bo musieliśmy odgrodzić stół taśmą. Nie mogliśmy pozwolić sobie na to, żeby ludzie tam przechodzili, bo były tłumy i oni byli nawaleni, mogłoby na nich to wszystko spaść. Przychodzili masą, wszyscy się przekrzykiwali, coś gadali, ciężko było nawiązać kontakt. Ale było trochę takich osób, które stawały tam i stały z godzinę. Ja wisiałam chyba 4 godziny w tej klatce. Stali, wyłączali się i po prostu mnie obserwowali. I to było przedziwne uczucie. Nie wiedziałam czemu oni mnie obserwują i co u nich się dzieje teraz.

Często tak traktujesz widzów: zapraszasz ich do jakiegoś miejsca, czasami do małej przestrzeni, pozwalasz im zbliżyć się do siebie, ale nie nawiązujesz żadnego kontaktu.

To, że nie wchodzę w interakcję, pozwala najczęściej im i mi odczuwać tę sytuację i ten moment. Wyobraź sobie, że leżę w worku, jestem częścią pracy, tylko i wyłącznie narzędziem, takim samym jak namalowanie, czy dźwięk. Ktoś mnie dotknie i poczuje coś ciepłego w tym worku i zaczyna się zastanawiać nad tym – słyszę - czy jestem maszyną, na pewno jest to jakiś student, co artystka go wykorzystuje za pięć złotych za godzinę. Ja bym chciała dostawać 5 złotych za godzinę za leżenie (śmiech).

Ale w nich się coś dzieje, zaczynają to analizować. A gdybym nagle wysunęła głowę, to tak jakbym: słuchajcie, tu jest taki obraz, widzicie tą kropkę namalowałam, a tutaj tą pomarańczową, bo tak się świetnie równoważy linia z plamą, zimne z ciepłym, tu mi zabrakło trochę przestrzeni… . Pryska, nie ma tego. Koniec pracy. Nie ma nic na odczucie i kontemplację. W pracach, w których ja jestem, staram się być bardziej rzeźbą, wypełnieniem. Byłyby dwie możliwości, gdybym zaczęła wchodzić w interakcję: albo stałoby się to trochę teatrem, albo - gdybym była sobą - byłby koniec sytuacji i weszlibyśmy w normalne gadki.

Przestrzeń rozumiana literalnie jest przestrzenią fizyczną. Przestrzeń, która ciebie interesuje, twoje relacje z ludźmi, czy ludzie sami w sobie, to przestrzeń społeczno- antropologiczna. Można więc powiedzieć, że tak czy inaczej robisz prace o przestrzeni, choć są to różne rodzaje przestrzeni.

Jasne. Bardzo istotne.

W starym PDT-cie był festiwal Grassomania. Kultowy budynek, Moda Polska, piękne kiecki. Wiadomo było, że go zburzą. Festiwal był trzy miesiące przed zburzeniem tego budynku. Mnie zaprosiła galeria do zrobienia instalacji miejsca. Trzy dni trwał festiwal, tam miało być miejsce na kawkę i na piwko, ale żeby to jednocześnie była jakaś moja praca. Wymyśliłam sobie coś jak oni mi o tym opowiadali i miałam wszystko już zaplanowane. A potem poszliśmy na spotkanie w tym budynku. I ja po prostu weszłam tam i powiedziałam, że nie ma opcji. Jak już wszyscy poszli, tylko czekałam, żeby móc zostać samej, i - to też było wręcz fizyczne uczucie - trochę jak dziecko, położyłam się tam na ziemi i leżałam chyba z godzinę, tylko odczuwając tą zimną, pustą przestrzeń. Wiedziałam, że to wszystko, co sobie wymyśliłam, nie ma absolutnie racji bytu i wymyśliłam zupełnie inną pracę. Jak już wstałam, to zadzwoniłam do panów technicznych i spytałam mojego obecnego chłopaka, tam go poznałam, czy mógłby ze mną pojechać, bo muszę przywieźć dwie tony gruzu i go wrzucić.

Przestrzeń fizyczna też jest dla mnie ważna.

Posłuchaj: „Kraina pani sarenki i chochlików. Srebrne szpilki dla pań lub panów na komodzie. Do stepowania, tanów, wystukiwania rytmów po nocach. Drewno i nagi błękit. Mozaikowo, kryształowe. Zasłony z wyszywającymi, brykającymi żyrafami. Świat cały pędzi po zasłonach.” [Ze strony Lalala Arthotel: http://www.lalala.lu/] Wiesz, co to jest?

Nie.

Opis pokoju, który zrobiłaś z Ulą Wasilewską w Sopocie.

(Śmiech). Ładne. Nigdy bym się nie domyśliła.

O czym myślałyście projektując ten pokój - o przestrzeni samej w sobie, czy o człowieku, który tam przyjdzie? I czy to się w ogóle da rozdzielić?

O człowieku. Budując miejsce do mieszkania, najłatwiej myśleć o sobie. Ciężko myśleć: kurde, ja bym ocipiała w takim pokoju, ale na pewno komuś będzie świetnie. Komu?

Nie byłam tam od lat. Śmieszne, że przeczytałaś o zasłonach. Zapomniałam o tym. Rzeczywiście, były zasłony, które wyszywałam po nocach.

Angażujesz się w działania związane z feminizmem, z ekologią. Zgodziłabyś się na określenie cię mianem aktywistki?

Chyba nie. Nie mam natury aktywistki rozumianej w taki oczywisty sposób. Nie wychodzę na manifestacje. Nie znoszę iść w tłumie. Nie mówię, że to jest złe i że manifestacje nie są fajne, bo pewnie bardzo dużo zmieniają, ale nigdy nie byłam tą, którą pociąga siła działania masy ludzi. Ja wtedy zaczynam się bać siły tłumu. Aktywiści kojarzą się z ludźmi walczącymi. Ja raczej wykonuję proste gesty, które wynikają z prostego odruchu.

A feminizm? Nie jesteś walczącą feministką?

Nie. Nie mam nic przeciwko takim skojarzeniom, ale mogłoby to być nadużycie, bo nie jestem za bardzo działająca. Ja po prostu w ogóle w sobie nie mam zapędów politycznych. Śledzę ogólnie to, co się dzieje na świecie czy w Polsce, ale nie jestem zaangażowana tak bardzo. Powiedziałabym, że opieram się na prostych odruchach, że jak kogoś boli, to odruchowo mu opatrzę ranę.

Mam w sobie duże poczucie niesprawiedliwości na świecie, na pewno o tym myślę. Na przykład nie jem mięsa od 14 roku życia, ale nigdy nie szłam i nie walczyłam o niejedzenie mięsa. Nigdy nie byłam za bardzo agitująca. Bardziej uznawałam to za prywatną sprawę. Jestem weganką od kilku lat. Mam coś takiego, że wystarczy jak obejrzę film, na przykład o robieniu nerkowców, jak kobietom parzą twarze i ręce, to już mi te nerkowce za bardzo nie przechodzą przez gardło. Czy obejrzę jakiś film o firmach, które w ten czy inny drastyczny sposób wykorzystują ludzi, wiem, że to może nie ma żadnego znaczenia, ale już nie mam ochoty kupować w tym sklepie. Wiadomo, że to wszystko musi zachować granice zdrowego rozsądku, ale żyję w taki sposób, który w miarę gwarantuje mi spokój sumienia, chociaż i tak się przejmuję. Mam obsesyjną naturę zastanawiania się nad tym co zrobiłam źle, albo co powinnam zrobić. Chyba to nie bardzo w sztuce się odbija, mówię bardziej o postawach życiowych. I rzeczywiście, muszę działać tak, żeby czuć się w miarę dobrze ze sobą, ale nigdy tego nie odbierałam jako wyrzeczenia.

Á propos ekologii, to bardziej żyję taką postawą, niż śledzę, działam. Chociaż swego czasu wydawałam mini książeczki. To była potrzeba powiedzenia o czymś. O nerkowcach, o żywych karpiach na hali targowej, czy o rzeczach, które mnie osobiście bolą, najlepszą formę jaką znalazłam, to małe książeczki odbijane na ksero i rozrzucane po mieście. Więc to rzeczywiście jest akcyjna sytuacja.

Rozbawił mnie twój sms z nazwą miejsca spotkania, „Pies i róża”, bo jeden z pięciu działów, jakie wyszczególniłam na potrzeby naszej rozmowy, zatytułowałam „natura”. Pies, róża, natura, czasami też twoje utożsamianie się z nią. Jak ptaszek siedzisz w klatce, przebierasz się za jelenia, już nie mówiąc o nazwach prac: „uje mu dzikie węże”, kot, czy pies, który często się pojawia w twoich pracach. Natura jest w nich bardzo obecna.

Zawsze była. Rzeczywiście. Tego nie potrafię się wyprzeć. Ale też, jak mówiłam, całkiem nieźle się czuję w dużych miastach. Ostatnio leciałam nad Ankarą. Zobaczyłam w tym piękną naturę zbudowaną przez człowieka. Miałam moment wzruszenia jak to wygląda z góry, tymi przestrzeniami. Naprawdę wyglądało jak najpiękniejszy ogród, czy morze. My też jesteśmy naturą, industrialną, ale nadal naturą. Przestrzeń miejska i wiejska. Czasami stoczniowe, czy bardzo industrialne tereny, w nich można też znaleźć coś takiego. Wyrób człowieka, ale potrafi działać energetycznie podobnie.

Ale natura - jak najbardziej. Ciężko by mi było funkcjonować bez odrywania się co jakiś czas.

Co do pracy z jeleniem [„Jeleń na rykowisku”, 2011], to siedziałam wtedy w domu na wsi u siebie, przez trzy miesiące. Siedziałam sama w środku lasu. Tam nic nie ma. Zasięgu jeszcze nie miałam, żadnej telewizji, Internetu, auto mi nie działało. Byłam odcięta. Siedziałam w stodole i malowałam. Prąd jest, ale nie ma wody, trzeba iść do pompy, nalać zimną do wiader, napalić w piecu. Takie bardzo proste życie. To był wrzesień. Przechodziłam z domu do pracowni i cały czas słyszałam wycie, głośne i przejmujące. Myślałam, że to jakieś krowy od sąsiadów, gospodarstwo kilometr od nas. Przyjechała siostra mojej babci, która jest leśnikiem i śmiała się ze mnie, że to przecież jelenie i rykowisko. Ten dźwięk był absolutnie fascynujący. Każdy wieczór spędzałam z rykiem jelenia, więc w pewnym momencie chciałam spróbować być jeleniem.

To jest też praca, która pokazuje różnorodność mediów, w których pracujesz. Jest rodzaj performances, jest film, jest twój głos, narracja, momentami obraz się zatrzymuje i tworzy się pejzaż, który nawiązuje do tytułu pracy i reprodukcji, która wisiała w bardzo wielu polskich domach.

Wszystko tam było. Chciałam być jeszcze bliżej fascynacji „bycia” jeleniem, odegrania tego. Zaczęłam czytać o rykowisku, co to jest i dlaczego one tak wyją. I w ogóle co to są te jelenie - bo mieszkałam z nimi trzy miesiące w lesie, ale prawie nic o nich nie wiem. Obraz, dźwięk… A, no i nie sposób nie myśleć o jeleniach na rykowisku! Od tego wyszłam. Śmiałam się, że już rozumiem skąd te obrazy. Pewnie się to też z polowaniami łączyło. Szli na polowanie i widzieli jelenia stojącego na tle zachodzącego słońca.

Dobrze wygląda, jest majestatyczny.

Z reguły nie ma dzika na tle zachodzącego słońca, czy knura, czy sarny…

Dzik jest plamą, niską bryłą na tle lasu. Jeleń jest trójwymiarowy.

I daje o sobie znać. Ludzie, którzy mieszkali bliżej wsi, zwierząt, natury, słyszeli jelenie i nie zapominali o ich obecności. Wtedy wychodzili i widzieli to piękne, rozłożyste, trójwymiarowe zdjęcie. Szczególnie teraz to widać, jak jeleń stał się bardzo modny w popkulturze, w designie.

W którym z mediów najchętniej pracujesz?

Teraz niestety mam bardzo trudny czas, jestem niepozbierana zupełnie. Przestałam pracować, nie zrobiłam nic. Byłam już rozpędzona w swoim projekcie, ale nie potrafię teraz malować, rysować, czytać książek, które mam wszystkie pootwierane, porozkładane. Od dwóch miesięcy się zastopowałam i nie wiem jak wrócę do tego projektu.

Poczułam potrzebę powrotu do malowania. Teraz nie mogłam, bo malarstwo wymaga skupienia, trochę innego stanu. Mam nadzieję, że uda mi się do tego wrócić. Mam trochę pomysłów na filmy. Robię projekt, który będzie pokazywany w trzech galeriach w różnej formie. Premiera będzie w BWA Awangarda we Wrocławiu pod koniec maja. Jestem pogrążona w książkach z granicy prymatologii i filozofii, religii.

Obszar animal studies?

Tak. Skupiony na naczelnych jako na najbliższych, ale niekoniecznie. Tam się przewijają wszystkie relacje ludzi z różnymi zwierzętami. Ale człowiekowate są najbardziej fascynujące. O pochodzeniu, moralności, gdzie to się wszystko zaczęło, gdzie te granice przebiegały…

Głównie siedzę w domu i szkicuję. Zeszyty zapełnione tylko notatkami i szkicami. Łatwiej mi się teraz poszukuje, a ciężej mi znaleźć formę finalną.

Wspominałaś kiedyś, że próba pogodzenia wiary katolickiej z teorią ewolucji nurtowała cię od dzieciństwa. Bóg stworzył człowieka na swoje podobieństwo.

Bardzo dumnie wymyśliłam, że przecież to się da pogodzić. To było dla mnie logiczne.

W zasobach sieci trafiłam na Twoje animacje i rysunki. Niektóre z nich chyba przedstawiają społeczeństwo polskie, przypominają mi trochę prace Edwarda Dwurnika. Ale jest tam też seria „Kamasutra”. Skąd ona w tym zestawieniu?

To są bardzo stare rysunki, może ci chodzić o te z początku studiów. Wyszłam i rysowałam. Plenerowo ciekawsze wydały mi się obserwacje sytuacji ludzkich, niż drzewa i pole. I przełożenie tego. To jest samo w sobie tak piękne, że namalować, to tylko można zniszczyć. A Kamasutra to zabawa formalna. Coraz bardziej wchodziłam w kreskę dziecięcą i w sposób rysowania dziecięcy, żeby trochę pograć z konwencjami, zestawić coś, co jest dziecięce, proste, niezobowiązujące, z czymś, co jest bardzo dorosłe. A jednocześnie te rysunki hinduskie kamasutrowe - dosyć proste, z tymi wszystkimi zdobieniami, ornamentami… . Dziecięca fascynacja seksem.

 

„Polowanie nocą na przeszłość wśród gruzów, nie do końca jeszcze martwych”
(Instalacja baru wg własnej koncepcji wraz z wideo i performances na żywo podczas „Grassomanii”)
2010, Gdańsk, z archiwum H. Martin
 


„Znikający Klub”, 2013, z archiwum H. Martin

 


rysunek 2005/2006, z archiwum H. Martin

 


rysunek / malarstwo 2006, z archiwum H. Martin

 

**

[Epilog. Obrazek z Gdańska]

A ten hostel, o którym mówisz, na jakiej jest ulicy?

Na mojej. To jest ulica Krosna.

Krosna? Ale jakiego krosna?

Krosna.

Krosna... do tkania?

W liczbie mnogiej. Jest jedno krosno i dużo krosien. Krosna.

Tam były jakieś warsztaty?

Nie mam pojęcia. Z tego co czytałam, nie było tam zakładów tkackich. Wcześniej, za czasów niemieckich, ta ulica nazywała się Rambau.

Tam było Główne Miasto. To zaraz obok Poczty Polskiej z pomnikiem, o której Gunter Grass pisze. Obrona Poczty Polskiej zaczęła II wojnę światową. Tam były wszędzie ulice, teraz jest park. Budują zaraz obok Muzeum II wojny światowej, które ma pobić swoją spektakularnością Muzeum Powstania Warszawskiego. Podobno ma być największą inwestycją tego typu w Polsce.

A byliście w ECS-ie [red. Europejskie Centrum Solidarności]? Ja się śmieję, że burzą stocznię po to, żeby zrobić muzeum stoczni, pokazać na zdjęciach wszystko to, co właśnie burzą. Ale ten budynek jest całkiem niezły, robi wrażenie.

 

 

Honorata Martin urodziła się w Gdańsku i tam najczęściej mieszka. Ukończyła Akademię Sztuk Pięknych w Gdańsku, dyplom z malarstwa u prof. Mieczysława Olszewskiego i aneks z intermediów u prof. Wojciecha Zamiary. Posługuje się wszystkimi mediami, którymi potrafi, a czasem też tymi, którymi nie potrafi. Interesują ją silne emocje towarzyszące pokonywaniu własnych ograniczeń i lęków oraz szukanie granic wytrzymałości psychicznej, fizycznej i emocjonalnej. Bywa, że jej realizacje są dość przygnębiające, co wynika chyba z faktu, że chciałaby, może nie tyle naprawić świat, co powstrzymać go przed rozkładem – w czym zapewne nie jest oryginalna, ale nie dba o to. Na szczęście sporo jej prac jest lekkich, zabawnych, nie pozbawionych ironii. Lubi malować, ale robi to dość rzadko.

W 2013 roku, w ramach projektu realizowanego przez BWA Awangarda: „Kurator Libera\" wyszła z domu w Gdańsku i doszła do Dzierżoniowa. Pracę „Wyjście w Polskę” pokazała na wystawie „Artysta w czasach beznadziei” (BWA Awangarda, Wrocław 2013-2014). Brała udział w licznych wystawach w Polsce i zagranicą, w roku 2014 były to m. in.: „From longing to belonging / Z tęsknoty do przynależności”, Centrum Sztuki Współczesnej „Łaźnia” w Gdańsku; „Manifestacje Romantyczne”, Galeria BWA Sokół w Nowym Sączu; „Alternativa - codzienność”, Instytut Sztuki Wyspa, Gdańsk; „Köklere Dönüş\" / „Into the Country\", SALT Ulus, Ankara, Turcja; „Społeczeństwo jest niemiłe”, Galeria Raster, Warszawa; „Co widać. Polska sztuka dzisiaj” Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Warszawie.

W rankingu magazynu „Obieg” dwukrotnie, w roku 2013 i 2014, zajęła pierwsze miejsce na liście najlepiej zapowiadających się artystów.

Ma siostrę, psa, kota, 170 cm wzrostu, włosy blond. Szczupła, wysportowana, nieźle znosi ból i niskie temperatury. Ciężkiej pracy się nie boi.

 


Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego