Przestrzenie Maurycego Gomulickiego

Autor: Magazyn Sztuki Opublikowano:

Maurycy Gomulicki, W-wa 2014, fot. J. Szczepanik

PRZESTRZEŃ JAKO PROBLEM ARTYSTYCZNY. MAURYCY GOMULICKI
Pomiędzy haftowanym papuciem a rozdeptanym laczkiem jest zasadnicza różnica.
Rozmowa Joanny Szczepanik z Maurycym Gomulickim

Warszawa, Listopad 2014


Jak poszło w Elblągu? Co przygotowujesz?

W Parku Traugutta postawiliśmy kryształ. El Iksir – rodzaj awangardowego kamienia filozoficznego. Wygląda dość nierealnie – jak trójwymiarowy fotomontaż, szczególnie przy aktualnej aurze. Lubię to. Pracowało mi się dobrze. Fajna ekipa, a samo miasto jest zjawiskowe. Największa ilość rzeźby nowoczesnej na głowę mieszkańca, na metr kwadratowy przestrzeni miejskiej na świecie, to jest dosyć niezwykła kondycja rzeczywistości.

Poza tym, to jest bardzo małe miasto, na grubo off the road. Nie zrozum mnie źle – to nie żadne zadupie, głucha prowincja – Elbląg ma zdecydowany charakter. Zostało tam trochę czerwonej cegły, trochę przedwojennej architektury. Parki są piękne. Jest tam niewiarygodnie zadbany cmentarz żołnierzy radzieckich, co też postrzegam jako pewnego rodzaju kuriozum. Zresztą, niezależnie od wszelkich kontrowersji etycznych związanych z obecnością armii czerwonej na terenie Polski, uważam, że cmentarze należy zachowywać – i nasze, bliskie i wszystkie inne.

Elbląg ma historycznie bardzo specyficzną, trudną dynamikę, odnoszę wrażenie, że tam ciągle coś nie wypalało, takie permanentne fiasko: jak komtur przyjechał, to się zaraz przeniósł do Malborka, jak kanał wiślany ruszył, to zatokę zamuliło, jak wielkie zakłady w Polsce komunistycznej powstały, to potem krach, degeneracja późnego komunizmu i zero miejsc pracy. To jest wyjątkowo wyludnione miasto. Lubię tę specyficzną dyspozycję intymnej pustki w Polsce, ale Elbląg after eight to jest city of ghosts. Ale mnie i tak się podoba. Poza tym nie ukrywam, że po prostu sympatyzuję z tą lekko zakurzoną nowoczesnością. Jedne formy są lepsze, inne gorsze, ale bardzo dużo jest fajnych. Plus jednak, choć interesuje mnie praca na ugorze, to tak unikalny kontekst, ta masa krytyczna sztuki współczesnej to jest niezła gratka – jak już raz możesz stać z Krasińskim, ze Stażewskim, w doborowym towarzystwie, to why not?

 

Jak długo jedziesz z Warszawy? Jesteś kierowcą?

Cztery i pół godziny PKS-em. Nie dlatego, że to jest tak daleko, tylko dlatego, że to jest tak strasznie zmarginalizowane miejsce dzisiaj. Komunikacja jest potworna.

Personalnie jestem kierowcą roweru. W związku z tym albo sunę na dwóch kółkach, jeżdżę komunikacją miejską, albo pomykam piechotą. Poruszanie się na powierzchni ziemi, kiedy nie jesteś kierowcą, stwarza inną okazję do obserwowania. Nawet jak jedziesz rowerem, to masz przyjemność z bycia jeźdźcem, ale nie zastanawiasz się nad tym jak się wygina kącik ust w uśmiechu damie, która jest zatopiona we własnych myślach w kącie tramwaju, a ja lubię świat w detalu.

 

Po stolicy Meksyku też poruszasz się na rowerze?

W Meksyku używam wszystkich środków transportu. Jeżdżę na rowerze bardzo dużo, Tolka wożę na ramie do szkoły.

 

Kiedyś dzieliłeś rok na pół – przez część roku byłeś w Meksyku, drugą część spędzałeś w Polsce.

Ciągle go dzielę, ale jednak dziś chyba trochę więcej czasu spędzam w Polsce. W Meksyku nie mam teraz stałego przystanku, jeżdżę tam do syna. Brak domu jest dotkliwy, ale umiejętność skonstruowania go w ciągu dwóch godzin przy pomocy jednego pudła z książkami, kolorowej narzutki na łóżko, plastikowej butelki przerobionej na wazon na kwiaty jest totalnie odświeżająca – szczególnie dla kogoś, kto jednak jest zdeklarowanym hedonistą, a żył w wypieszczonym ambiencie i był obarczony mnóstwem przedmiotów. Wygląda na to, że redukcja mi służy, chociaż zwijanie całego interesu w jedno popołudnie to prawdziwy koszmar.

Staram się żeby nasz rytm widzenia i niewidzenia utrzymywał się na poziomie maksimum trzech miesięcy. Czas jest najważniejszą rzeczą jaką możemy dać dziecku. Trzeba mu przyznać pewną tożsamość domu, więc podstawowy dom ma u mamy, ale nasz syn łatwo się adaptuje i lubi wracać do Polski. Każda z tych rzeczywistości ma swoje wady i zalety. Mnie bipolarność całej tej sytuacji odpowiada. Mam nadzieję, że weźmie z każdego z tych światów to, co najlepsze: zmysł krytyczny, świadomość, kulturę literacką, pewną niepokorność z Polski, a z drugiej strony, że będzie umiał doceniać urodę życia, że nie będzie miał zaciśniętych szczęk. Meksyk, wiadomo - duża ilość wchłanianych na co dzień fotonów dobrze robi, a kolor i pewna beztroska tej kultury i cała ta jazda bez trzymanki estetyczno-kulturowa też jest niezwykle wzbogacająca i otwierająca. No a co mi się nie podoba w Meksyku, to wiesz, robiliśmy kiedyś materiał o tym [przyp. red.: MS „Pod wulkanem” 2013/04]. W Polsce siedmioletni chłopaczek wychodzi na podwórko sam do swojego kolegi, a w DF nie ma na to szans. Bo i przemoc i potworna gęstość, tłok permanentny – tam gdybym go puścił na 150 metrów, to jest duże prawdopodobieństwo, że mielibyśmy między sobą 500 ludzi. Bardzo lubię Meksyk, nie chcę demonizować. Ale tam jest broń, tam jest innego rodzaju przemoc. Tam nie ma frustracji typowo polskiej. Tam nikt ci nie nakładzie po mordzie, bo się jak papużka ubrałeś. Tam się wszyscy uśmiechają na co dzień. Ze szczerego serca. Ale z drugiej strony w Polsce nie obcinają uszu, nie porywają żon, dzieci i nie ma broni palnej na każdym kroku – niechby na całym świecie tak było.

 

Głosowałeś w niedzielnych wyborach samorządowych? Pytam o to, żeby sprawdzić jaka jest twoja definicja patriotyzmu lokalnego.

Nigdy nie brałem udziału w żadnych wyborach, do czego sam mogę mieć pewne zastrzeżenia, bo w przełomowych naszych wyborach jednak trzeba było głosować i dzięki temu, że masa ludzi poszła do urn, to mamy tu jednak wolność. Trudną, głupią chwilami, ale jednak wolność. Pojawiają się czujne oddolne inicjatywy. Tutaj na Żoliborzu jest dużo osób bezpartyjnych, które głosowały. Mnie trochę zniechęca jednak ta dynamika, którą od zawsze pamiętam, jeszcze z PRL-u, że głosujemy nie za tylko przeciw. Ja w ogóle nie uczestniczę i nie obserwuję życia politycznego o tyle, o ile jest to możliwe. Nie chciałbym oczywiście, żeby twarda ręka prawicy rządziła tym krajem, lecz moje sympatie zdecydowanie nie są też lewicowe. Osiołkowi w żłobie dano… . Widzę jednak dużo większy potencjał negatywny w konserwatywnej opcji.

A z drugiej strony głosowanie na ludzi, którym nie ufam, też mnie jakoś słabo przekonuje. Generalnie mam średnie zaufanie do ludzi jako takich. Do ludzi jako wrażliwych jednostek, do kreatorów kultury, indywidualnych bytów jako kanalizatorów emocji, kształtów i myśli tak, natomiast ludzie jako masa, demokracja w praktyce nie najlepiej się wyrabiają.

 

Ale wielokrotnie podkreślałeś, że jesteś za deklaracjami.

Deklarować się należy wobec rzeczy, które są dla nas autentycznie ważne. Tu oczywiście można mnie zjebać, że nie jest dla pana ważne kto rządzi pana krajem, miastem, dzielnicą i tak dalej. Cóż, ja poświęcam mój czas na inne rzeczy. A ponieważ dużo ludzi poświęca swój czas na to, na co ja go nie poświęcam, to pewna równowaga w przyrodzie, wydaje mi się, zostaje zachowana.

Moja definicja patriotyzmu lokalnego opiera się na tym, że staram się po prostu robić, zmieniać. Na przykład takie społeczne działanie, jak renowacja zieleni. Nikt się tym na mojej kolonii nie zajmował przez kilkadziesiąt lat. Ja to zrobiłem. Zaprezentowałem spółdzielni projekt i się stało. Pewnie można by lepiej, ale jest. Później na przestrzeni lat dokonujesz pewnych korekt, bo się okazuje, że twoje wyobrażenie o przestrzeni zielonej to jest jedno, a to, jak rośliny funkcjonują wobec światła, ludzi i tak dalej, to dopiero czas pokazuje.

 

Mówisz o podwórku za oknem?

Tak, tylko teraz niewiele widać, bo jest taka pora roku. Posadziłem kilkanaście bzów, katalpę w miejsce spalonej przez piorun wierzby płaczącej, masę jaśminów, tamaryszki, szpaler jedenastu złotokapów, czarne bzy, winobluszcze. Ogród różany zrobiłem. To jest wyjątkowo przyjazne podwórko. W skali Meksyku to ono już by pewnie status parku miało.

Mamy teraz całą grupę ludzi, która pielęgnuje taki szczególny patriotyzm betonowy, blokowy, takich, powiedzmy, trzydziestoparolatków. Ja sam z bloku, więc rozumiem, chociaż mam ambiwalentny stosunek do betonu. Generalna tendencja jest taka, żeby narzekać na blokowiska. Ale jednak te blokowiska przez 30 lat zdążyły już zatonąć w chlorofilu. Jednak ten koncept, że jak masz trzy bloki, to masz też piaskownicę, zjeżdżalnię i zieleń, to było dobrze pomyślane. Przestrzeń rekreacyjna dla ludzi na wprost budynku. Natychmiast. W Meksyku mamy dokładnie odwrotną sytuację. To jest strukturalnie rodzaj siatki kwadratów, w obrębie której ulice obejmują blok budynków, które z kolei są rozbudowane do środka, czyli praktycznie nie masz w ogóle czegoś takiego jak podwórka, taka kategoria nie istnieje. I to jest okrutne jako kondycja rzeczywistości.

A wracając do patriotyzmu lokalnego, ostatnio wziąłem udział w projekcie mającym na celu przypomnienie czym było dla naszej dzielnicy kino Tęcza, mimo, że nie miałem kompletnie czasu, a to był kolejny bezbudżetowy projekt. Poświęciłem na to tydzień i zrobiłem. Bo Tęcza jest ważna. Jak trzeba było coś powiedzieć, to powiedziałem. Nie mam problemu z tym, żeby publicznie formułować swoje myśli.

 

Można nawet powiedzieć, że robisz to z wyraźną przyjemnością.

Myślę, że tak. To jest efektywna forma ekspresji. Cyceron też był rockmanem i lubił na scenie solówkę zagrać na gitarce i ładnie zaśpiewać. I to było skuteczne. Może to kwestia tego, że ja od tak dawna świadomie tępię w sobie wstyd, że już trochę zatraciłem granice. W pewnym momencie był to proces przełamywania się. Jak jesteś młodym chłopaczkiem, który nie ma taty, jesteś z rodziny moli książkowych, kiepsko grasz w gałę, to nie jesteś na topie – jesteś frajerem. Więc albo możesz się chować do środka, wytworzyć sobie ślimaczą skorupkę i bogate życie wewnętrzne, albo możesz próbować się przełamywać. No mi to pewnie już weszło w krew. Mam takiego przyjaciela, który jest w autentyczny sposób pozbawiony wszelkich zahamowań i jest szalenie pewny siebie, co może być chwilami irytujące. A z drugiej strony to jednak daje mu niesamowity advatage już na starcie wobec wszystkiego: podrywania dziewczyn, pracy zawodowej i tak dalej. Mimo, że czasem widzę w tym pewne zadatki na megalomanię, to i tak wobec zmarnowanych potencjałów ludzi totalnie wrażliwych a nieśmiałych, którzy się boją sformułować własne zdanie, zaryzykować, zaproponować, pokazać, spróbować coś zrobić, uwierzyć w siebie, jego energia jest extra.

Oczywiście chylę czoła przed kruchością kondycji ludzkiej: delikatnością, smutkiem, bólem, wstydem, itd., ale to jest nieproduktywne szalenie. Mamy dosyć mało czasu, w związku z tym marnowanie naszego potencjału, możliwości, inteligencji, talentu, jest niewybaczalne. Druga szansa, przynajmniej w ramach powszechnie dostępnej platformy, nie będzie nam dana.

 

Poetycko i z nostalgią mówisz o Żoliborzu, o Warszawie. Co bardziej Ci w tym pomaga: rodzinna tradycja kultu słowa i fascynacji historią stolicy, czy dystans wynikający z twojego oddalenia geograficznego?

Nie wiem. Jest strasznie trudno być obiektywnym wobec samego siebie. Życie się dzieje i nie sposób być non stop samoświadomym, a szkoda czasu na autocentryczność. Jeśli chodzi o nostalgię, byłbym bardzo ostrożny, bo nostalgia to jest konkretna pułapka. Oczywiście lubię różne smaki, odcienie, powidoki melancholii, z sentymentalizmem włącznie, ale nostalgia to jest pułapka paralelna do przeszłości gloryfikowanej per se. To są najprostsze mechanizmy – dystans, akceptacja, docenienie. Łatwo ulegamy im wtedy, kiedy w grę wchodzi tęsknota za naszym dzieciństwem albo młodością, za tym, że coś było po prostu, za tym kiedy byliśmy świezi i spontaniczni.

Ja mam problem z idealizowaniem dzieciństwa. Mam też problem z ustaleniem wyraźnej granicy porzucenia tego dzieciństwa. Nie rozumiem dlaczego mamy wyrzekać się pewnych wartościowych dyspozycji w imię innych zamiast je łączyć. A z drugiej strony dzieciństwo to jest okres trudny. Często o tym zapominamy. Kiedy jesteśmy bardzo młodzi, przeżywamy prawdziwe tragedie, których być może już tak nie odczuwamy mając lat 40 albo 50, albo przechodzimy przez nie “bezpieczniej” bo dysponujemy wiedzą, doświadczeniem, mamy narzędzia, żeby je rozbroić. Ja mam w ogóle problem z pewnymi mechanizmami i w kulturze i w psychice. Upływa pewien dystans czasu, w związku z czym następują naturalne procesy idealizacji. To jest po prostu tęsknota za nami samymi tak naprawdę, za początkiem, za czystością sytuacji, za brakiem ciężaru, który przychodzi wraz z latami i obowiązkami wszystkimi. A z drugiej strony rzeczy się filtrują w samym procesie odsiewu, który zachodzi w kulturze. Ponieważ niektóre wytrzymały próbę czasu, to już ich nie kwestionujemy i to akurat niekoniecznie jest dobre.

Ludzie mają najwięcej problemów ze współczesnością, czują się pewniej kiedy coś staje się już częścią przeszłości, częścią tradycji, częścią stylu minionych lat. Tutaj możemy równie dobrze operować poziomem kulturowo-kultowym, jak historycznym czy patriotycznym i cofnąć się nawet kilkaset lat wstecz, ale też mówić o tym, że upłynęły dwie dekady, trzy dekady i w związku z tym akceptować, lubić coś, co już jest tylko urodziwym echem i właśnie na tym wehikule nostalgicznym jedzie. W związku z tym nie weryfikujemy tych zjawisk w sposób bezpośredni, tylko sympatyzujemy z nimi dlatego, że one się wybroniły, dlatego, że one implikują pewną przestrzeń, której mamy obraz wyidealizowany.
 


Maurycy Gomulicki, El Iksir, Elbląg 2014

 


Maurycy Gomulicki, Melancholia, Tarnów 2013

 

Maurycy Gomulicki, Relax & Luxus, Sopot 2012
 


Maurycy Gomulicki, Bestia, Kraków 2013

 

Maurycy Gomulicki, Klin, Kielce 2010

 

Mówisz o perspektywie czasowej. Ale można to też odnieść do przestrzeni.

Mówię tyleż o czasie, co o konkretnych procesach kulturowych. Wszystko wraz z upływem czasu się konsoliduje, idealizuje, uzasadnia. Czas to jest taki bezpieczny materac, taka watolina. Ja to kontestuję, ale się tego nie wyrzekam - też jestem człowiekiem, dlatego trudno mi jest odrzucić nostalgię, melancholię, a poza tym jestem Słowianinem – to jest realny banał. Stereotypy nie biorą się znikąd.

Rzadko czytam prasę, ale akurat „Duży Format” czasami tak. Ostatnio Stuhr w jakiejś wypowiedzi opowiadał o tym, jak był na konferencji Tarkowskiego i Włosi pytali się go dlaczego posługuję się terminem nostalgia a nie nostalgia. A Tarkowski tłumaczył: bo moja nostalgia to nie jest wasza włoska nostalgia i czy ktoś mnie rozumie. Stuhr podniósł dwa paluszki, powiedział, że on tak. I Tarkowski się spytał skąd jest. Z Polski. Na to Tarkowski: dlatego pan mnie rozumie, bo my Słowianie. Kolejny komunał, a jednocześnie prawda. Mamy tu determinizm geograficzny totalny. Horyzont nam ucieka, gubi się w szarości. A czas to jest taka rzeka, w której możesz sobie zanurzyć łapę i go poczuć, tak szybko zapierdala.

Tutaj pojawia się kwestia uwagi. Jeśli jesteś istotą, która została zaprogramowana na to, że w życiu liczą się pieniądze, sukces zawodowy i tak dalej, to być może masz klapki na oczach i nie widzisz innych aspektów. Ale w Polsce raczej nie umkniesz przed entuzjazmem jak ci eksplodują akacje, poleją się na łeb miodową kaskadą. Jak bzy kwitną, to trudno jest nie ulec wiosennemu entuzjazmowi. A z drugiej strony jak ci zaczyna brakować o świcie światła, trudno jest nie popaść w jesienną melancholię. Tęsknota za życiem, które permanentnie umyka, wydaje mi się być taką naturalną kondycją północno-wschodniej Europy.

To jest trochę tak jak z tym Meksykiem. Dużo ludzi mnie zahacza o Meksyk i fakt, że ja jestem hedonistą, sybarytą, fetyszystą, estetą czy jak to chcesz nazwać, bardzo byłoby łatwo wytłumaczyć sobie tym, że pan w Meksyku tyle czasu spędził, to pan tam miał tak fajnie i kolorowo i stąd się to wszystko wzięło. Personalnie myślę, że Meksyk był dla mnie bardzo silnym katalizatorem, ale nie podstawową przyczyną. Pewne rzeczy są poza. Mój fetyszyzm jest dużo głębszy niż świadomość seksualności czy przyjemność płynąca z doświadczenia bujnej egzotyczności. Faktor sroka był we mnie odkąd sięgam pamięcią. Byłem jeszcze bardzo mały a już kochałem jak się błyszczy, mieni, opalizuje, tęczuje, jak jest idealnie gładkie, intensywnie kolorowe – cudowność piękna uwielbiam od zawsze.

Wracając do twojego pytania o dystans, na pewnych poziomach mi pomógł. Pomógł mi na przykład kiedy robiłem książkę o Warszawie. Oczywiście, pewnego rodzaju dyscyplina – dyscyplina uwagi, dyscyplina przygody, zwracanie uwagi na to, co się dzieje dookoła ciebie i co jest dla ciebie ważne jest fundamentalne. Ja akurat mam z tym pewnie łatwiej, bo jestem bardzo mocno ukonstytuowany przez symboliczno-estetyczne przypadki rzeczywistości, w związku z tym mam bardzo dużo satysfakcji tam, gdzie, myślę, że dla wielu osób jest to przestrzeń neutralna. Jednocześnie mam też często dyskomfort w sytuacjach, które dla wielu ludzi są neutralne i są nieistotnym elementem codzienności. Na przykład szmatławe tygodniki w poczekalni u dentysty są mi w stanie zepsuć skutecznie popołudnie, ale za to kształt szczoteczki do zębów rano jest w stanie realne rozbudzić moje emocje, zmotywować do działania. ­­­­­­

Natomiast wyjazd, podróż, zmiana kontekstu jest doświadczeniem nieprzepłaconym - niekwestionowalne jest to, że ulegamy rutynom, przestajemy widzieć rzeczy, które widzimy codziennie. Uważam, że witalnym jest to, żeby odnawiać przestrzeń, kontekst. Mam na myśli nie tylko podróże i spacery ale również np. doświadczenie wnętrza. Generalnie habitat. Zasłony są lepsze niż żaluzje, bo można je zmieniać kilka razy do roku, a wprowadzenie błękitnego, zielonkawego, brzoskwiniowego, pomarańczowego czy różowego światła do twojego życia determinuje twoje emocje i resetuje twoją duszę.

Jak obcujesz z czymś wciąż, to to się staje tłem, a dystans zawsze ci pomaga spojrzeć świeżym okiem. Być może książki o Warszawie bym nie zrobił, gdybym nie wyjechał do Meksyku. Więc na takim poziomie dystans mi zdecydowanie w tym pomógł. A z drugiej strony, ja po prostu się zajmuję rzeczami, które są dla mnie ważne. A najczęściej rzeczami, które nie tylko są dla mnie ważne, ale które są mi też miłe. Moja Warszawa to są tysięczne spacery tutaj, jeszcze małolackie, miejska włóczęga, w czasach kiedy wachlarz dostępnych rozrywek był nader zredukowany, ale że był duży potencjał w rozpalonych głowach, to się ten mikrokosmos obserwowało wokół, a on w przyjemny sposób rezonował.

 

Warszawa, Meksyk DF- wyobrażasz sobie życie w mieście, które nie jest stolicą?

To interesujące, że takim tropem chcesz podążyć, ale to nie jest moim zdaniem trafiona obserwacja. Chcę zmieniać i pożądam zmienności. Meksyk niewątpliwie był dla mnie bardzo ważny i bardzo dużo mi dał. Ale ja Meksyk znam już od 25 lat, a mieszkam tam jedną nogą od 17. Gdyby nie mój syn, który jest priorytetem w moim życiu i który mnie obliguje do Meksyku (moje życie jak tytuł filmu na VHS-ie „Skazany na Meksyk”- nie mam innej opcji), to bym w tej chwili już się prawdopodobnie stamtąd wypisał, mógłbym się z Meksykiem rozwieść na spokojnie. Więcej – gdyby nie było tam Tolka, na pewno bym to zrobił. Meksyk oczywiście pozostałby dla mnie ważny i na pewno zawsze byłby miejscem, do którego chciałbym co kilka lat wrócić. Był dla mnie totalnym detonatorem. Przeżyłem głęboką fascynację, zachwyt, olśnienie, otwarcie, świadome zachłyśnięcie się, głębokie nurkowanie w tę rzeczywistość. To historia penetracji antropologicznych, przyjaźni, odkrywania nowych przestrzeni i wchodzenia w nie na maksa. Bo ja generalnie jak się angażuję, to się angażuję z reguły z przesadą. Zawodowo też już tam zafunkcjonowałem i jako artysta i jako designer. Pewne rzeczy mi się sprawdziły, inne nie. Ale przecież tyle jeszcze jest świata do zobaczenia i przeżycia.

Zabawne i absurdalne jest to godzenie nostalgii z przyjemnością. Można również tęsknić za smakami, pewnymi doświadczeniami związanymi z bujnością, przyrodą, słońcem… . Meksyk ma w sobie coś niewiarygodnie uwodzicielskiego – tam jest praktycznie cały czas 25 stopni. Jest oczywiście i taki okrutny moment, kiedy pora sucha już jest nie do zniesienia, kiedy są straszne upały, jeszcze nie spadają deszcze, oczy przekrwione, strupy w nosie – tak gdzieś w maju. Ale generalnie prawie cały czas jest taka wakacyjna pogoda – połowa czerwca. Jedziesz na rowerze i wiatr i słońce pieszczą twoje odsłonięte ramiona. To jest rozkoszne doświadczenie. Plus przyjemności kulinarne, których się nie wyrzekam. Szaleństwo form i kolorów.

Warszawa to co innego. To jest moje miasto. Miasto mojego dzieciństwa, moich przyjaźni, pierwszych miłości, rodziców, dziadków. Ta pępowina jest bardzo silna. Należy ją przeciąć na chwilę, natomiast nie widzę potrzeby wyrzekania się. Mnie się kojarzy dobrze moje miasto, bo mimo ciemnej dupy schyłkowego komunizmu, dzieciństwo miałem szczęśliwe. Czytałem książki przygodowe niesamowite, chodziłem na spacery i było mi dobrze. Lubię swoją młodość tutaj i nie odczuwam potrzeby, żeby się odcinać od Polski.

Dla mnie zawodowo do pewnego momentu Meksyk funkcjonował bardzo dobrze, dużo tam rzeczy zrobiłem. W tej chwili jednak w dużej mierze moją działalność przeniosłem tutaj, ale wiem, że nie powinienem całkowicie rezygnować z robienia projektów w Meksyku, chociaż przyznam szczerze, że w tej chwili mi przychodzi łatwiej robienie tam projektów dizajnerskich czy prywatnych, niż zabieganie o atencję świata sztuki. Mimo tych wszystkich wystaw i tych wszystkich lat nigdy nie zdobyłem mocnej pozycji w tym środowisku. Przez pewnych ludzi jestem lubiany, ale przez innych, którzy wyznaczają trendy, kierunki i tak dalej, nie jestem ceniony. Do pewnego stopnia rozumiem dlaczego, ale nie chce mi się ich przekonywać, że moja wizja świata jest fajna.

W Polsce mi się jakoś tak w życiu udało, że nie muszę o tę atencję zabiegać. Wyrobiłem sobie pewną markę i ludzie chcą ze mną pracować, a ja nie muszę przebywać w środowisku, chodzić na wystawy, pilnować tego, żeby ludzie o mnie pamiętali, poklepywać i uśmiechać się do tych, których niekoniecznie cenię, ale którzy mają moc decyzyjną. I to mi bardzo odpowiada.

Jeśli pytasz, czy mógłbym mieszkać w mieście, które nie jest stolicą, absolutnie bym mógł. Podejmowanie stałych zobowiązań wobec rzeczywistości jest mi niepotrzebne ale myślę, że to jest to świadomość, która przychodzi z wiekiem. Nie chciałbym zawsze mieszkać w jednym miejscu. Nie mam problemu żadnego z wsią, prowincją, peryferiami, ani też z metropolią, natomiast mam problem z niewolniczym przywiązaniem do jednego fragmentu świata. Nie chciałbym się wyrzec ani prowincji ani stolicy. Ani głuszy. Każda z tych kondycji rzeczywistości ma swoje plusy i minusy. Nie widzę powodu, dla którego miałbym się opowiadać za jednym aspektem rzeczywistości. Pewne są mi bliższe. Bardziej mnie interesuje wilgoć niż suchość, raczej mchy, niż pustynia. Ale preferencje to jedno, a radykalne zobligowanie się to drugie.

Prowincja mnie pociąga. Racjonalnie rzecz biorąc powinienem starać się zrobić karierę w Nowym Jorku, Londynie, Paryżu, Berlinie, Bazylei, bo to implikuje pieniądze, a pieniądze są nam wszystkim potrzebne. Jednak jeśli mnie personalnie pytasz gdzie ja bym wolał robić projekty, to chciałbym na Kamczatce, na plaży w Japonii, na wrzosowiskach w Szkocji, w socmodernistycznym Taszkiencie, w różnych miejscach, które działają dużo bardziej na moją duszę, które bardziej mnie wzruszają, podniecają, niż wielkie stolice światowej kultury, biznesu, sukcesu, itd. Robię rzeczy na prowincji świata i ją lubię. Teraz w takim zakamarku jak Elbląg. Co nie znaczy, że rezygnuję z Hong Kongu.

Nie jestem do końca facetem od interakcji z socjalnym hardcorem, od społecznie użytecznych projektów w fawelach. Co nie znaczy, że nie znam tego wycinka rzeczywistości i że neguję zasadność działań w takiej, bardzo potrzebującej uwagi, rzeczywistości. Ale akurat ja nie uprawiam sztuki politycznie zaangażowanej. Co gorsza, powątpiewam w autentyczność wielu poczynań, które się odbywają w tej przestrzeni. Myślę, że jest sporo ludzi, którzy działając w przestrzeni sztuki są autentycznie i głęboko zaangażowani w problemy społeczne i umieją to robić doskonale, a z drugiej strony, w przypadku całej masy innych artystów, jest to efekt mody intelektualnej i tego, że jest na to koniunktura. I do tego mam zastrzeżenia.

 

Wracając do wątku artystycznego środowiska meksykańskiego - z czego Twoim zdaniem wynika negatywny stosunek jego części do twojej sztuki?

Ja wszędzie mam trochę status dziwaka. Rozumiem, że moje rozpasanie, pęd ku pięknu i przyjemności może być we współczesnym Meksyku postrzegany jako frywolność. A jednak dużo znajomych, którzy przyjeżdżają stamtąd do Polski, później mi mówi, że dopiero teraz rozumieją dlaczego ja jestem jaki jestem i dlaczego robię to, co robię – w kontraście do pewnej wszechobecnej tutaj powagi, szarości, frustracji itd. … nie będziemy się znęcać nad ukochaną naszą ojczyzną. Moje działanie tu i tam ma inny potencjał. Chociaż nie wątpię w jego uniwersalny sens, w Meksyku niewątpliwie znika w generalnej powodzi koloru. W Meksyku przyjemność jest kategorią niekwestionowalną. Nikt nie wątpi, że to jest istotny element życia.

Z drugiej strony ja nigdy nie grałem by the book, a w Meksyku trzeba grać by the book. Ja mam w ogóle sporo niechęci do artworldu, do deklarowania się jako artysta. Artystą jestem tak samo jak ojcem, kochankiem, spacerowiczem, rowerzystą, pływakiem, kolekcjonerem, entuzjastą – to są wszystko role, które przyjmuję w moim życiu. W Meksyku, w świecie sztuki jednak trzeba zdecydowanie być artystą. Mnie to nie odpowiada, co nie zmienia faktu, że jest tam ogromny potencjał, bardzo dużo dobrych artystów, dobrej sztuki. A jednak jest to kraj z postkolonialnymi kompleksami. Kraj, gdzie ludzie mają problem z wypowiadaniem swojej własnej opinii. Oczywiście jest cała grupa lewicującej, anarchizującej młodzieży, kontestującej do pewnego stopnia rzeczywistość, ale to jest też kraj głęboko infantylny i nieśmiały, pełen zahamowań i póz. To się przekłada na szereg sfer rzeczywistości, nie tylko na świat sztuki.

Cenię sobie w Polsce to, że szereg ludzi zajmuje mocne pozycje w kulturze nie mając żadnych pleców, zawdzięczając to wyłącznie własnej pracy. W Meksyku to jednak funkcjonuje inaczej, to jest kraj klasowo skrajnie podzielony. Tam jednak jest bardzo ważne, żebyś miał kogoś, kto cię legitymizuje. W momencie, w którym ważna figura mówi, że tak, to tak. W Polsce póki co jest inaczej.

Rzadko czytam teksty o sztuce, czy plotki ze świata sztuki, ale ostatnio przyszedł do mnie kolejny mail przez The Krasnals rozesłany. Ja nigdy ich do końca poważnie nie traktowałem, ale z daleka patrząc, to taką guerilla inicjatywę – w przestrzeni współczesnej kultury i sztuki postrzegałem z sympatią. Jednak jak przeczytałem ich dziki rant na Sasnala i na pokaz filmu w Poznaniu, zdyskredytowali się u mnie w 100 %. Żenująca niskość poziomu tej wypowiedzi, prymitywne i pozbawione jakichkolwiek śladów intelektualnego wdzięku chamstwo tych obelg budzi mój sprzeciw, ale przede wszystkim mój sprzeciw budzi to, że w moim odczuciu nie jest prawdą, że w Polsce świat kultury i sztuki jest zdeterminowany przez kilku bossów, którzy rozdają klocki. Natomiast w Meksyku rzeczywiście to jest trochę twardsza sytuacja. Tam jak jesteś poważnym kuratorem czy dyrektorem muzeum, to jesteś omnipoderoso, nietykalnym, praktycznie nikt nie będzie cię kwestionował. W Polsce wszyscy są podmiotem krytyki.

Zrobiłem w ciągu tych lat w Meksyku strasznie dużo i przyjemne było to, że wiele z tych projektów było całkowicie spoza pola. Mój przyjaciel Jerónimo Hagerman, który był i jest dla mnie kluczową postacią w Meksyku, sprowokował mnie do szeregu działań tak swoją wrażliwością i uwagą, jak i bezpośrednio zapraszając mnie do współpracy przy bardzo różnych projektach. Bardzo dużo się od niego nauczyłem. Razem projektowaliśmy ogrody, razem rozbiliśmy ABCDF, co było inicjatywą oddolną. Aczkolwiek mówienie o projekcie oddolnym w przypadku, kiedy jego organizatorką jest Cristina Faesler – osoba, którą zresztą cenię sobie bardzo, ale z rodziny z tradycjami i dużymi pieniędzmi – jest ambiwalentne. Tak czy siak nie był to projekt dziejący się w tym pierwszym obiegu sztuki, tylko całkowicie niezależny, który pojechał na totalnej energii i entuzjazmie dwóch osób, które go napędziły i wciągnęły weń całą masę innych ludzi w imię pewnego kontrapunktu, którym jest fascynacja uwodzącą absurdalnością, dziwacznością Meksyku Miasta.

 

Nawiązując do twojego projektu „Bibliofilia”: jak harmonijnie połączyć przestrzeń biblioteki z erotyką i minimal fetish?

Ja widzę łącznik we wszystkim co robię. Można oczywiście powiedzieć, że trudno jest połączyć popękane betonowe chodniczki z hiper czystymi estetyzacjami z minimal fetish, ale to tylko pozory. Poziom uwagi i zachwytu jest ten sam.

 

To akurat łatwiej połączyć: koronką.

Być może, aczkolwiek ja akurat nie jestem wielbicielem koronek w sensie dosłownym. Jeśli się przyjrzysz mojej przestrzeni eksploracji fetyszystycznej stricte erotycznej, to koronki tam praktycznie nie uświadczysz. Koronka mnie bardziej interesuje jako pewna figura, filigran, poziom subtelności, niż sama w sobie.

Widzę łącznik pomiędzy tym wszystkim. Ja się wychowałem na encyklopedii Brockhausa, którą namiętnie okaleczałem wespół z moim dziadkiem. Mieliśmy taki rytuał wyrywania plansz i zakładania mojej teki rycin – w każdą niedzielę żeśmy wyrywali. Jak to nie były radiolarie, to orchidee albo kolibry. Poza tym mama pracowała w redakcji encyklopedii powszechnej PWN i przynosiła mi próbne wydruki tablic encyklopedycznych. Lubię porządki typologiczne. Lubię wyróżniać podgrupy. Lubię patrzeć jak interferują różne zjawiska.

 

Stąd abecadło? ABCDF – porządkowanie?

Nie przeceniałbym tego. Zakochanie się w systematyce jako takiej jest bardzo zwodnicze. Ale z drugiej strony rozpoznawanie wzajemnych relacji i związków, jakie istnieją pomiędzy różnymi manifestacjami kultury, jest szalenie pociągające i rozwijające. Almanachy potrafią być szalenie soczyste a obcowanie z nimi może być szalenie przyjemne. Bawiąc uczą. Wychowałem się w bibliotece. Biblioteka jest naturalnym pejzażem mojego dzieciństwa. Ten dom, w którym w tej chwili jesteś, to był dom mojego dziadka. Wyglądał zupełnie inaczej. Tutaj we wszystkich pokojach, na wszystkich ścianach od podłogi do sufitu były półki w dwóch rzędach. Czyli była jeszcze ta warstwa tajemnicy, To jest bardzo przyjemne, jak wiesz, że gdzieś jest jeszcze ta druga biblioteka ukryta.

 

To może sprecyzuję: w jaki sposób erotyka łączy się z książkami?

Erotyka z książkami łączy się na wielu poziomach, nie tylko na tym, który jest ruszony w „Bibliofilii”.

Mieszkałem tutaj do szóstego roku życia, a później byłem tu codziennym gościem. Później, po śmierci mojego dziadka, nastąpił długi proces przejmowania przeze mnie tego mieszkania, rekonstruowania biblioteki, zmieniania całej tej przestrzeni. Bo niezależnie od tego, jak byś kogoś kochała, to nie możesz mieszkać w mauzoleum. Wracając do meritum, miałem miętę do dziewczyn i do erotyki od zawsze. Jednocześnie żyłem w domu, który nie był domem rozerotyzowanym. Moja mama jest z natury romantyczką, monogamistką. Nigdy nie forsowała żadnej wizji rzeczywistości, ale siłą rzeczy obcowałem z nią i jej światem. Moja mama była piękna, samotna i czytała Stendhala. A mój dziadek, mimo, iż kobiety lubił pasjami, jak się urodziłem, miał już 60 lat. Nie żyłem w rozerotyzowanej przestrzeni ani też w szalenie estetycznej przestrzeni. Żyłem w przestrzeni, w której było przede wszystkim strasznie dużo potencjałów. Bo każda książka to była, przynajmniej w teorii, przygoda. To działało tym bardziej, jeśli książki ci realnie odpaliły, a mi odpaliły, bo nie były mi wciskane na siłę, tylko były mi proponowane najsmakowitsze kąski. Dziadek na czarnym talerzyku złotym widelczykiem mi podawał romantyzm gotycki jak miałem 5 lat. „Tajemnice Paryża” Eugeniusza Sue i „Zaginiony świat” Conana Doyle’a i „Podróż do wnętrza ziemi” i „Kapitana Fracasse” i „Wyspę skarbów” tłumaczoną na żywca z angielskiego i upraszczaną na potrzeby chłopaczka. Więc jeśli już zaznałaś czegoś takiego, że książka to jest przygoda, i że to jest cały świat, że to jest szkatułka pełna sekretów, no to jak masz koło siebie 10 tysięcy książek, z których każda implikuje, w teorii, w oczach małego dziecka, poważny potencjał przygody, to siłą rzeczy bardzo mocno na ciebie działa. A w tych książkach były przecież te wszystkie cudowne subretki i kurtyzany, księżniczki i cyganki, a ja zbierałem lalki i podobały mi się moje koleżanki. Dziewczyny to dopiero przygoda.

Biblioteka to dla mnie przestrzeń podstawowa. Jak jestem gdzieś bardzo daleko, to oczywiście jestem napalony na egzotykę, ale przychodzi taki moment, że chcesz się odnaleźć w tym ostatecznie obcym ci świecie. Można pójść do świątyni albo na nekropolię – ja akurat do kościoła nie koniecznie, za to całe życie na cmentarzu, bo mój ojciec umarł jak byłem malutki – ale możesz też pójść do antykwariatu. W większości krajów to będzie tak, że nawet nie znając języka będę jednak kojarzył pozycje poprzez nazwiska autorów. I nawet jeśli znajdę się w kraju, który nie posługuje się alfabetem, który znam, bo są to np. Chiny, albo Tajlandia to i tak sam zapach papieru i kurzu sprawia, że uspokaja mi się rytm serca, bo jestem w domu. Biblioteka to jest dom dla mnie, przestrzeń bezpieczeństwa. A taka przestrzeń sprzyja, przynajmniej w moim przypadku, rozkwitowi erotyki.

Książka była dla mnie zawsze oczywistym tłem, naturalnym pejzażem mojego dzieciństwa. Zanim zrobiłem „Bibliofilię” wrzucałem jakieś pierwsze zdjęcia książek i dziewczyn z książkami na Flickra, pamiętam, że jakaś młoda laska miała wtedy straszny rant na mnie, że książki są do czytania i że co ja sobie myślę. To było dosyć absurdalne, bo jednak czytanie jest jedną z podstawowych przyjemności w moim życiu. A że wizje rozpasanych rusałek nawiedzają mnie odkąd pamiętam, nie widzę powodu dla którego nie miałbym połączyć tych dwóch przestrzeni rozkoszy.

 

Maurycy Gomulicki, Garaż, Meksyk 2013
 

Maurycy Gomulicki, Minimal Fetish, 2010
 

Maurycy Gomulicki, Minimal Fetish, 2010
 

Maurycy Gomulicki, Bibliophilia 2011
 

Maurycy Gomulicki, Bibliophilia 2011
 

 Maurycy Gomulicki, Totem, Opener Festival, Gdynia 2012



Maurycy Gomulicki, Muchomory, Kraków 2014

 


Maurycy Gomulicki, Dziary, 2007-2015

 


Maurycy Gomulicki, Dziary, 2007-2015

 

W jednym z korespondencyjnych wywiadów typu krótkie pytanie - krótka odpowiedź zostałeś zapytany o to, czy twoim zdaniem innym jest łatwo zrozumieć to, co chcesz im przekazać. Odpowiedziałeś: „nie sądzę, żebym był szczególnie hermetyczny”. To mnie zdziwiło. Sam zauważasz, że wielokrotnie okazuje się, że klucz, którego używasz, nie jest czytelny dla tzw. przeciętnego odbiorcy.

Ja po prostu uważam, że moje mechanizmy nie są mechanizmami skomplikowanymi – na tym poziomie twierdzę, że nie jestem hermetyczny. A to, że cała masa moich potencjalnych odbiorców będzie miała różne bloki, które sami sobie zafundowali, czy które życie im zafundowało, to jest osobna sprawa. Jeśli jest w ogóle w człowieku intencja analizy to powinien być w stanie pozbyć się różnego rodzaju naleciałości. Ja na przykład nie jestem dobrym dydaktykiem, ale czasem mi się zdarza pracować z młodymi ludźmi – pierwszą rzeczą, którą próbuję im przekazać, jest kwestia zadawania sobie podstawowych pytań: co, dlaczego, jak. Trzeba się oderwać od ustalonych zewnętrznie kontekstów. Z nowoczesnością warto się skonfrontować, ale współczesność zdecydowanie nie powinna być obligująca. Zawsze warto próbować wyjść na chwilę ze swojej perspektywy i się zastanowić nad rzeczą per se.

Tutaj pojawia się ta potworna pułapka akademizmu, z którą musisz mieć non stop do czynienia spotykając się z różnej maści intelektualistami współczesnymi. Warto jest się oderwać na chwilę od obowiązującej interpretacji. Popatrzeć na rzeczy świeżym okiem, a nie w kontekście wiedzy, którą posiadasz, akademickiej, teoretycznej, twojej znajomości współczesności czy znajomości trendów. Oczywiście to są bardzo silne obciążenia i uwarunkowania. Zobowiązania. Masz łeb wypchany pewną posturą polityczną, pewną posturą intelektualną i w związku z tym przestajesz widzieć rzeczy, takimi, jakimi one są. Istniejące interpretacje, tak głębokie jak powierzchowne, mają to do siebie, że pretendują do prymatu. A prymat jest tylko jeden – życie.

Tak naprawdę, to uważam, że uprawiam ewaluację banału. Wszyscy jesteśmy epigonami na dzień dobry, tylko że z większym albo mniejszym wdziękiem, talentem, inteligencją to robimy. Ja się zajmuję rzeczami skrajnie prostymi: pięknem, rozkoszą, urodą życia, przyjemnością, również śmiercią. Interesuje mnie synteza jako narzędzie, interesują mnie uproszczenia. Cenię sobie redukcję, bo myślę, że komunikat staje się czytelniejszy w ten sposób. Wierzę, że wobec generalnej komplikacji tkanki życia, kultury, naszego świata, uproszczenia są bardzo potrzebne. Jednocześnie zawsze trzeba pamiętać, że nasza perspektywa jest tylko jedną stroną medalu.

 

Tylko że ty dochodzisz do punktu uproszczenia mając już cały ten background - polityczny, historyczny, intelektualny, a przede wszystkim ten, który wynika z edukacji, z kapitału kulturowego…

Kapitał mam taki, jaki sobie stworzyłem. Oczywiście jest masa ludzi, którzy mi to ułatwili, bo jak jesteś dzieckiem i widzisz, że twoi bliscy czytają książki z czerwonymi uszami, oglądają albumy, filmy, chodzą na spacery, jarmarki, emocjonują się, i są w stanie podsunąć ci jakieś fajne rzeczy w adekwatnym momencie, to w nie wchodzisz, bo to naprawdę działa. Bardzo dużo zawdzięczam innym ludziom. Ale od pewnego momentu świadomości ty sama tworzysz ten kapitał i albo uwierzysz, że coś jest jakimś monolitem i sztuka, czy feminizm ma wyglądać właśnie tak a nie inaczej, albo tworzysz na własne potrzeby swój własny system, który znowu nie powinien stać się monolitem. Ja ufam samemu sobie. To jest coś, co mi daje siłę.

Generalnie jeśli mnie coś interesuje, fascynuje, podnieca, to staram się dopowiedzieć sobie samemu na podstawowe pytanie: dlaczego? I umiejscowić to w swoim świecie.

Natomiast ludzie jednak często ulegają rutynom, wybierają proces szufladkowania: tu nowoczesność, tam klasyka, to estetyzacja, tamto pornografia i tak dalej. I w związku z tym wylewamy dziecko z kąpielą. Jesteśmy uwarunkowani.

Bardzo niedobrze jest też, jeśli nasza tożsamość jest zbudowana na negacji. To jest niestety typowo polski problem. Ponieważ jesteśmy dosyć inteligentni i nieźle wykształceni, jednak, ostatecznie, jako nacja – wiem, że są ludzie, którzy się ze mną nie zgodzą – to potrafimy to sobie na różne sposoby uzasadnić, zbudować różne konstrukty. Wspólna negacja i nielubienie czegoś jest bardzo kiepską platformą komunikacji między ludźmi, a z drugiej strony realną platformą budowania światopoglądu, ale to jest w ogóle problem kultury polskiej. Kultura polska była bardzo długo przeciw. To jest ten ciągle syndrom zaborów, okupacji, zaimplantowanej nam komuny. Zawsze byliśmy przeciw, zawsze mieliśmy wroga i zawsze się buntowaliśmy przeciwko różnego rodzaju opresji.

 

Jesteśmy skuteczniejsi w budowaniu przeciw, niż za.

Oczywiście. Zobacz jak kwitł polski plakat, polskie kino w czasach PRL-u, przy cenzurze, represji, opresji i tak dalej i jak ci super zdolni ludzie stracili grunt pod nogami kiedy dostali wolność. Oczywiście, to jest trochę radykalne co mówię, bo przy okazji jeszcze wyszły pogoń za euro standardem, magia Zachodu, chęć naśladowania i rynek i różne procesy. Jednak Polak najlepiej sobie radzi jak ma z kim walczyć. Jak nie ma z kim, to się gubi.

„Bibliofilia” to jest projekt, który przede wszystkim powstał wobec fantomów i to jest też projekt, który powstał bo – co się przekłada na większość moich działań – uważam za super istotne to, żeby realizować własne fantazje, pomysły, dążyć do spełnienia marzeń. Oczywiście realizując marzenia, w momencie kiedy wychodzimy z przestrzeni prywatności, autosatysfakcji, obcowania z podmiotami naszej fascynacji, należy uruchomić aparat krytyczny i zastanowić się jak to funkcjonuje w świecie, wobec innych. Podstawowym problemem całej masy ludzi jest to, że są niespełnieni, że upływa im życie, a czasem nie umieją nawet nazwać swoich fascynacji. Często dlatego, że mają zaimplantowane wzorce.

Jeśli uczestniczę w świecie, jeśli biorę zeń strasznie dużo przyjemności, to chcę się też dokładać do tego potencjału. Jednocześnie chcę korzystać z mojej świadomości i z narzędzi, jakie są mi dane i z tych wszystkich kontekstów, którymi dysponuję, żeby rozumieć, oczyszczać i formułować inaczej, nie zawsze lepiej ale szczerze. Dlatego jeżeli ulegam magii na przykład pornografii, albo fantastyki, albo estetyki, ale mam poczucie, że mógłbym to zrekonfigurować, dać temu nową jakość, inną perspektywę, staram się to robić.

 

W jakich kategoriach traktujesz to dokładanie się do potencjału: misji, powinności, zobowiązania?

Zobowiązania przede wszystkim wobec samego siebie, ale też wobec świata. Ja chcę brać. Ale jeśli dużo biorę, chciałbym też dużo dawać, skoro mam tyle satysfakcji ze snów i z materii, z przestrzeni i przyrody traktowanej przez człowieka: z parków, ogrodów, fontann, z tej całej kultury i wrażliwości, to chcę zareagować – oddać, dodać. Czasem jest tak, że nie mam jakiejś dyspozycji: strasznie dużo dostaję od literatury, od słowa, ale mogę zareagować szybciej, lepiej na poziomie formy, obrazu. Warto to zaakceptować. Jestem nie najgorszy w narracji ale zdecydowanie swobodniejszy w krótkiej formie - nie wiem na ile byłbym w stanie skonstruować fikcję. Tak czy siak, skoro biorę to staram się też dać.

 


Maurycy Gomulicki, Obelisk, Kraków 2014

 


Maurycy Gomulicki, Obelisk, Poznań 2010

 


Maurycy Gomulicki, Neon, Warszawa 2009

 


Maurycy Gomulicki z synem Tolkiem, 2012

 


Maurycy Gomulicki, Toxic Dandy, 2014

 

Mówiąc o ważnych dla ciebie przestrzeniach, chciałabym zapytać o Jerzwałd.

Trochę Warmia, trochę Pomorze, oficjalnie Powiśle. Istotne dla mnie miejsce. Jeśli wszyscy jeździli na Mazury, to były moje Mazury. Zacząłem tam bywać w 78 roku mając 9 lat. Mamy koleżanka z pracy, Maruta Lipska, żona Jana Józefa Lipskiego, znalazła to miejsce i sprzedała ten tip mojej mamie. I zaczęliśmy tam przyjeżdżać. Pojawiły się przyjaźnie z chłopakami ze wsi bardzo silne, niektóre przetrwały do dziś. Nic dziwnego – spędzasz gdzieś 6 tygodni latem i jest to czas przygody, kiedy nie ma żadnych opresyjnych elementów – szkoły przede wszystkim. A ja nienawidziłem szkoły i mam problem do tej pory z wszelkimi formami zorganizowanej edukacji, z autorytetami i z rutyną. Wierzę w autodydaktykę dużo bardziej. Urocze, cudowne miejsce, a przy okazji mieszkał tam Nienacki, czyli legenda dla wszystkich chłopaków w Polsce, autor „Pana Samochodzika”.

 

I nie tylko, również autor „Raz do roku w Skiroławkach”.

Nie myśl sobie, robi mi jego erotyczna faza. „Raz do roku w Skiroławkach” to jest dosyć groteskowa odsłona. Dla mnie o tyle zabawna, że on bardzo wiele postaci wzorował na mieszkańcach tej swojej wsi, tak że ja rozpoznaję kowala czy wujka kolegi więc mam podwójną frajdę. Ale ma lepsze erotyczne wejścia, np. “Wielki Las”. Ja w ogóle lubię Nienackiego, aczkolwiek jeśli rozmawiamy o młodzieżówce, to jednak Niziurski to jest czarny pas w języku i oryginalności, w oderwaniu się od tego raju wakacyjnego, który jest jednak przestrzenią książek Bahdaja, Nienackiego, filmów, które oglądaliśmy w telerankach. W tej naszej popkulturze to jest tak, że jesteśmy skupieni na tych dwóch miesiącach szczęścia, a cała ta szara pizda codzienności jest po prostu wymazana. Natomiast Niziurskiemu udało się stworzyć przestrzeń przygody z przestrzeni codzienności szkolnej. I to jest po prostu niewiarygodne! A przecież dochodzi do tego jeszcze unikalne poczucie humoru, fantastyczne słowotwórstwo, to że potrafił wprowadzić w powieść chłopacką wątki romansowe – mistrz, po prostu mistrz!

No ale i tak fajnie to było, że ten Nienacki się tam w tym swoim pierożku przechadzał.

Jerzwałd jest dla mnie miejscem inicjacji. I nie tylko dla tego, że starsza ode mnie o rok koleżanka jako pierwsza pozwoliła mi sobie rękę w majtki włożyć. Przyroda jest tam wspaniała. Uwielbiam Caspara Davida Friedricha, ale jednak strzelistość i smutek ciemnej zieleni sosen to nie jest do końca moja przestrzeń leśna. Tam są mieszane i bukowe lasy. Buk jest szalenie przyjemny, ma rozłożyste gałęzie. Daje horyzontalny poziom przejrzystości lasu i to nie tylko na wiosnę, kiedy to wszystko zaczyna się otwierać, ale przez cały czas. I teren tam jest pagórkowaty, zmienny. A jakie mchy tam, jakie porosty – przepiękne pejzaże, mapa mundi – zawsze lubiłem mikroświaty, ale rozmowa o mikroświatach to jest osobna rozmowa o tym, jakim jesteś demiurgiem wobec bonsai, skalniaczka, akwarium, zabaweczek, laleczek i tak dalej.

Jeziora urodziwe tam są szalenie, przy czym każde z nich inne. Najpiękniejsze jest jezioro Jasne, w tej chwili ma status ścisłego rezerwatu i nie wolno się tam kąpać. Cóż, ja się tam kąpię co roku – sorka ale skoro właśnie tam się nauczyłem pływać, to nie ma szans, żebym się tam i dziś i jutro nie wykąpał. Jasne jest martwym jeziorem, to taka łza średniowiecza upuszczona pośród lasów. Na brzegach turkusowe, a na środku głębokie indygo. Nie ma tam w ogóle glonów, nie ma ryb – życie występuje w formie śladowej. To jest kryształ. Ale są też inne jeziora. Jest Kociołek zielony jak agrestowy kisiel, jest takie uroczysko, na którym się łapało raki - Kawken. Jeśli byłem trochę maminsynkiem w wieku 7-8 lat, złociste włoski, literatura i kanapki z gierkowską szynką, to tam to było zdobywanie pierwszych chłopackich szlifów… moja pierwsza wędka z kija leszczynowego ze spławikiem z gęsiego pióra malowanym lakierem do paznokci mamy – chujowym, czerwonym, komunistycznym – ale łapałem na nią ryby. Glapy. Duże leszcze i okonie.

To przyjemne, że ja zawadzam jeszcze o taką przestrzeń. Strasznie unikam figury starych dobrych czasów – to jest pierwszy stopień do piekła, skapcanienia i zatracenia świeżości oka. Mam trochę problem z takimi kategoriami, na własne potrzeby muszę pewne rzeczy odczarowywać.

Odkąd Tolek się urodził, staram się co roku przynajmniej na tydzień tam z nim pojechać. Z jednej strony staram się mu ofiarować nowe sytuacje i nowe miejsca, ale z drugiej strony niech będzie jedno takie, które będzie jakimś punktem odniesienia, że w dzieciństwie coś się tam ważnego działo. I jego i moim. Fajnie jest mieć tożsamość miejsca wakacji. Wakacje nie są ucieczką od rzeczywistości – są jej integralnym elementem.

 

Kilka lat temu podczas wymiany korespondencji na temat sztuki meksykańskiej zaangażowanej społecznie, powiedziałeś, że twoja sztuka nie jest polityczna, że jest poza tym.

Na pewnym poziomie możesz powiedzieć, że wszystko jest polityką. Każda deklaracja w pewien sposób jest deklaracją polityczną. Jeśli ja próbuję zwrócić uwagę na pewien aspekt świata, który uważam za istotny, to prowadzę swoją politykę. W moim przypadku będzie to polityka rozkoszy, czy polityka piękna. Ale w takich kategoriach, w jakich sztuka jest dzisiaj polityczna, to moja sztuka nie jest polityczna.

 

Wspomniałeś wcześniej o robieniu, a raczej o nie robieniu projektów w hardcorze - chciałabym zapytać o twój projekt związany z tatuażami. Marynarze i szeroka, otwarta przestrzeń, czy raczej dziewczyna w każdym porcie?

Interesuje mnie surówa. Pośród moich różnych fascynacji, jest też miejsce na brutalizm, prymitywizm, raw power. Pociąga mnie zgrzebność, potencjał skrajnej prostoty. Z jednej strony mam poważne problemy z wandalizmem – mam tu na myśli nie tylko generalną bezmyślność niszczenia i paskudzenia ale konkretnie moje własne prace, które nierzadko są niszczone. A z drugiej jak widzę chuja namalowanego ze skrajną determinacją, nieudolnie, ale z decyzją, na murze, to mnie to porusza. Podobne formy brutalności szalenie mnie pociągają: rżnięcie scyzorykiem na korze drzewa albo na ławce inicjałów dziewczyny, ale też cyfr szatańskich czy nazwy klubu futbolowego, deklaracji wobec tego, co jest realnie ważne. Jak już coś wycinasz pół godziny kozikiem to nie ma to tamto. Warto się przyglądać temu co jest prawdą dla ludzi.

Z dziarami to jest też tak, że jest to przy okazji safari, antropologiczna przygoda. Akurat ten projekt jakoś nie może się skończyć. Mam od dwóch lat złożoną książkę, ale cały czas nie mamy pomysłu kto to może sfinansować.

 

Książka artystyczna czy album? Mam wrażenie, że w Meksyku jest to forma dużo bardziej rozpowszechniona niż w Polsce.

Ja o tym nie myślę jako o książce artystycznej, taka definicja nie ma dla mnie większego znaczenia. Dla mnie to jest przede wszystkim projekt antropologiczny. Ok. Robiony przez entuzjastę, a nie przez antropologa, ale z drugiej strony siłą rzeczy już posiadam pewien zasób wiadomości, bo jak coś robisz 7 lat, spotykasz się z ludźmi i fotografujesz, to go zdobywasz i możesz się dzielić tak fascynacją jak i wiedzą.

Dla mnie książka jako taka jest ciągle podstawową formą scalenia. Jej dni są do pewnego stopnia policzone – wielopoziomowa struktura, lekkość internetowego przekazu, jego interaktywność jest dla niej bardzo silną konkurencją. Dla mnie jednak jest to tak silny fetysz, który cieszy mnie na każdym poziomie: konceptualnym i estetycznym, jako źródło wiedzy i obiekt pożądania, że nie wyobrażam sobie abym miał z niej całkowicie zrezygnować. Kocham książki. Również te do oglądania.

Skoro już posłużyłaś się hasłem “książka artystyczna” to personalnie mam problem z niektórymi tak definiowanymi publikacjami - takimi, które teoretycznie nie będąc publikacjami specjalistycznymi naładowane są tekstami akademickimi, których nikt spoza środowiska potem nie czyta. Mam też problem z takimi przypadkami, kiedy się robi wielki projekt tylko po to, żeby wydać z niego “zajebisty” katalog, a sam projekt w przestrzeni jest prawie niewidoczny – to nie jest wcale rzadka dynamika w świecie sztuki.

Mam szczerze dosyć programowo brzydkich książek, w których jest nieinteresujący materiał wizualny i potwornie gęste teksty. Nie neguję zasadności, ale mam problem z nudą. Pamiętam jak Artur Żmijewski postulował w swoim manifeście prawo do nudy. Rozumiem jego intencje, co nie zmienia faktu, że mam powyżej uszu nudy w sztuce, bo uważam, że komunikat, który jest nudny, jest nieefektywny. Nie godzę się też na to, że nuda ma być emblematem humanizmu. Skoro faszyści byli efektowni i fascynujący, to my, jako humaniści będziemy szarzy i nieciekawi – dzięki. To jest sprzeczne nie tylko z fundamentalnymi zasadami komunikacji ale i z podstawowymi potrzebami ludzkimi. Zdumiewa mnie niechęć do korzystania z dynamik, które zostały wcześniej zdeprawowane w jakiś sposób: jeśli totalitaryzmy wykorzystywały monumentalizm, to my nie będziemy monumentalni, jeśli komercja posługuje się jaskrawymi barwami, eksploatuje glorię świateł, to w takim razie my bądźmy cisi i skromni. I znowu konstruujemy naszą tożsamość w opozycji do czegoś - odrzucając treść odrzucamy też język. Dla mnie to jest marnotrawstwo nie do przyjęcia. Uważam, że trzeba tym bardziej nie oddawać terenu. Bo za chwilę się okaże, że tylko ludzie, którzy chcą nam sprzedać jakieś gówno w kolorowym papierku operują kolorem, a my w ogóle? Dlaczego rezygnować z tych wszystkich narzędzi? Ja to uważam za ślepą uliczkę.

 

Można odnieść wrażenie, że aktualnie dążysz do minimalizmu w gromadzeniu przedmiotów na rzecz rozwinięcia archiwum wirtualnego.

Zbieram w tej chwili głównie wybryki wyobraźni własnej i cudzej, cytaty, słowa, obrazki, animowane gify i inne zjawy z przestrzeni sieci.

Aczkolwiek tutaj też się pojawia interesujący wątek – ktoś mógłby się spytać dlaczego w takim razie robię te wszystkie rzeczy w przestrzeni publicznej: instalacje, rzeźby, obiekty. Ok - uwielbiam tumblery, fascynuje mnie nieprzebrane bogactwo materiału dostępnego na wszystkich tych wizualnych blogach, ale dziś 90 % doświadczenia dostajemy w postaci internetowego fantomu. Tak dalece to nasze życie grawituje w kierunku wirtualnego obcowania ze światem, że działanie w rzeczywistości, robienie czegoś co jest namacalne, co jest konkretnym zdarzeniem w konkretnym miejscu i czasie, stanowi fizyczny kontrapunkt, uważam za ważne i zasadne.

 


 

 

 

Maurycy Gomulicki (rocznik 1969) – artysta, projektant, fotograf, kolekcjoner i antropolog kultury popularnej. Hedonista konsekwentnie propagujący Kulturę Rozkoszy. Ukończył Wydział Grafiki warszawskiej ASP (dyplom z grafiki warsztatowej z aneksem malarskim). Studia kontynuował na Universitat de Barcelona, w Nuova Accademia di Belle Arti w Mediolanie oraz w Centro Multimedia del Centro Nacional de las Artes w Meksyku. W latach dziewięćdziesiątych prowadził w miesięczniku "Machina" autorską rubrykę "Rzecz Kultowa", przeniesioną później pod nazwą "Od rzeczy" na łamy magazynu "Fluid". Był konsultantem i współautorem projektu "ABCDF - słownik wizualny Miasta Meksyk" (2000-2002). Jest głównym autorem wizerunku graficznego i architektonicznego sieci sex shopów Love Store (Meksyk 2005). Szerokiej publiczności dał się poznać dzięki multidyscyplinarnemu projektowi "Pink Not Dead!" (2006). Jest autorem trzech albumów fotograficznych: "Fúnebre" (wspólnie z Jeronimo Hagermanem, Editorial Diamantina, 2006), "W-wa" (Fundacja Bęc Zmiana, 2007) i "Minimal Fetish" (Leto, 2010). W ostatnich latach realizował szereg prac w przestrzeni publicznej m.in.: "Światłotrysk" (Park Kępa Potocka, Warszawa, 2009), "Color Cube" (D.H. Renoma, Wrocław, 2010), "Obelisk" ("Pasaż Kultury", Poznań 2010), "Widmo" (Cité Administrative, Bruxelles, 2011), "Fantom" (Zamek, Lublin, 2011), "Totem" (Open'er, Gdynia, 2012), "Bestia" (Planty, Kraków 2013), "Melancholia" (Park Strzelecki, Tarnów, 2013), “El Ikisr” (Park Tragutta, Elbląg 2014), “Muchomory” i “Obelisk” (Kraków, 2014). Związany z warszawską galerią Leto. Mieszka i pracuje na przemian w Polsce i Meksyku.

 


Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego