Chcę, żeby ludzie na każdym kroku potykali się o kulturę

Autor: Magazyn Sztuki Opublikowano:

Robert Biedroń, Słupsk 2016, fot. arch. ratusza

Z Robertem Biedroniem rozmawia Katarzyna Koperkiewicz

Jest godzina dziewiąta rano, siedzimy w słonecznym gabinecie Roberta Biedronia, Prezydenta Miasta Słupska. Z dizajnerskich szklanek popijamy słupszczankę, czyli wodę z kranu. Na korytarzach słychać stukot damskich obcasów, a z sekretariatu dociera zapach rosnących tam ziół. Przyjazne wnętrza gabinetów zdobią liczne fotografie.  Czuć, że ścisłe otoczenie prezydenta to kobiety.

KK: Chcę porozmawiać z Panem o kulturze i sztuce. Uważany jest Pan za człowieka wysokiej kultury. Co Pan lubi szczególnie? Ulubiona książka, film spektakl teatralny, muzyka?

RB: Wszystko po trochu! Jestem humanistą, kultura jest integralnym elementem tożsamości mojej osoby. Wychowywałem się wśród książek i nie wyobrażam sobie domu bez nich. Dom bez książek to dom bez duszy. Moja babcia i ojciec bardzo dużo czytali. Dzisiaj każdy mój dom (mam ich kilka, bo mieszkam w różnych miejscach), ma swoją biblioteczkę. Kiedyś przez wiele lat prowadziłem wydawnictwo. Kocham książki i trudno wybrać tę jedną ulubioną! Nie zdarza mi się też czytać jednej książki po kilka razy, raczej czytam raz i przechodzę do kolejnej. Szczególnie, że książek jest tak dużo! W zasadzie każdego dnia dostaję kilka książek albo kupuję i wtedy muszę wybierać. Podobnie jest z teatrem, operą i muzyką.

KK: A ostatnio był Pan na jakiejś wyjątkowej wystawie, spektaklu czy filmie?

RB: Ja mam to szczęście, że jako prezydent jestem zapraszany do teatru na premiery. Cenię sobie ogromnie produkty lokalne. Byłem na dramacie “Las Villas”, który wystawił premierowo słupski Nowy Teatr w koprodukcji z Teatrem Nowym w Krakowie. Spektakl opowiada o historii Violetty Villas. I dumny jestem bardzo z ostatnich premier naszego Nowego Teatru im. Witkacego. Ciekawa jest też sztuka pt. “Ulica” na podstawie książki Daniela Odiji, przedstawiająca historię życia mieszkańców wyklętego symbolu Słupska, jakim jest ul. Długa. Nowy dyrektor teatru Dominik Nowak robi niezwykle ciekawe spektakle w stylu berlińskim. Są odważne, co budzi oczywiście kontrowersje w naszym mieście, ale ta odwaga i ferment jest potrzebny. Szczególnie, że mamy tu kilka teatrów, które mogą na różne sposoby spełniać swoje role. Co do muzyki – byłem na kilku koncertach przy okazji 51. Festiwalu Pianistyki Polskiej w Słupsku. Przy okazji warto wspomnieć, że mamy w Słupsku coś fenomenalnego, a mianowicie Pikniki z Karolem – koncerty Filharmonii Sinfonia Baltica pod pomnikiem Karola Szymanowskiego w Parku Waldorffa.

KK: Jak dotrzeć z kulturą do przeciętnego obywatela?

RB: Myślę, że jest to największe wyzwanie dla instytucji, by kultura docierała do mieszkańców. Trzeba wychodzić z kulturą na zewnątrz, by nie kojarzyła się elitarnie tylko była czymś ogólnodostępnym. By nie łączyła się jedynie z miejscem, do którego musimy iść w garniturze i grzecznie siedzieć, oglądać często coś, co wydaje nam się nudne i niezrozumiałe. Jak odczytywać kody kulturalne, że zrozumieniem? To jest koncepcja strategii, którą opracowaliśmy z mieszkańcami. Z konsultacji społecznych wynika, że mieszkańcy pragną kultury powszechnej, takiej, która będzie się wylewała na miasto. W efekcie wychodząc z domu będziemy dosłownie potykali się o nią na każdym kroku. Dlatego inwestujemy w murale, koncerty, ustawianie instalacji i rzeźb w przestrzeni miejskiej. Chcemy zaprosić mieszkańców i turystów do pewnej przygody z kulturą. Mamy wrażenie, że do filharmonii czy teatru przychodzi hermetyczna grupa ludzi. Dla nas wyzwaniem jest, by z tej hermetyczności wyjść na zewnątrz. Myślę, że bardzo ważna jest edukacja kulturalna, w której prym wiodą słupskie teatry. Nowi dyrektorzy tych placówek otwierają się na nowe możliwości. Eksperymentują i to jest wspaniałe. Mamy też miejskie Kino Rejs, które jest elementem sceny kulturalnej. Prezentowany jest tam ciekawy repertuar przyciągający sporą publiczność. Wydawałoby się, że Multikina, które też są obecne w Słupsku mogłyby tę publiczność wysysać, ale tak się na szczęście nie dzieje. Innowacyjną koncepcją jest również wprowadzenie oferty teatrów do Nocy Muzeów oraz pokazywania fragmentów spektakli teatralnych w Ratuszu Miejskim.

KK: Słupsk przeżył traumę degradacji ze statutu miasta wojewódzkiego. Czy jest to trudny grunt dla kultury?

RB: Chcemy przez kulturę promować miasto, ale jest to dla nas wyzwaniem, ponieważ degradacja statutu miasta jest oczywiście czymś bardzo odczuwalnym. Doprowadziła ona do tego, że atencja medialna jest skierowana na duże ośrodki miejskie, np. Trójmiasto. Pewnie z tym samym problemem boryka się Kołobrzeg i Koszalin. Inaczej jest już w przypadku Szczecina, gdzie pompowane są środki ministerialne i powstają monumentalne inwestycje, bo to tam działa Urząd Marszałkowski. U nas jest podobnie. Pomorski Urząd Marszałkowski nie angażuje się we wspieranie kultury poza Trójmiastem, wyjątkiem jest chyba tylko Bałtycka Galeria Sztuki Współczesnej w Słupsku.  Jest to dla nas trudne i niezrozumiałe, dlaczego marszałek nie partycypuje w kosztach utrzymania placówek kulturalnych mniejszych miast? Słupskie instytucje utrzymuje miasto i one są na pewno skromniejsze, jeśli chodzi o infrastrukturę, ale bardzo interesujące, jeśli chodzi o dorobek, bo muszą eksperymentować. Muszą starać się, by ściągać środki zewnętrzne i ściągają. Piszą projekty, dostają granty. Na szczęście po odebraniu Słupskowi statutu miasta wojewódzkiego praktycznie bez większego uszczerbku zachował on swoje instytucje kultury. Jak na miasto średniej wielkości mamy stosunkowo dużo miejskich placówek kulturalnych: Sinfonia Baltica, Teatr Dramatyczny, Teatr Lalek, Teatr Rondo, Młodzieżowy Dom Kultury, Słupski Dom Kultury, Bałtycką Galerię Sztuki Współczesnej. To jest ogromny kapitał, marka, przez którą promujemy miasto. To oczywiście kosztuje i kosztować powinno. Jest wliczone w budżet miasta, który w tym roku zwiększyłem pierwszy raz od 8 lat. Niewiele, bo 3% dla instytucji kultury, ale wzrost środków dotyczy także funduszy na kulturę dla organizacji pozarządowych.

„Jest to największe wyzwanie dla instytucji, by kultura docierała do mieszkańców. Trzeba wychodzić z kulturą na zewnątrz, by nie kojarzyła się elitarnie tylko była czymś ogólnodostępnym. By nie łączyła się jedynie z miejscem, do którego musimy iść w garniturze i grzecznie siedzieć, oglądać często coś, co wydaje nam się nudne i niezrozumiałe..”

KK: Jak wdrażanie tej strategii jest przyjmowane przez Słupszczan? Czy rośnie ich świadomość kulturalna?

RB: Dobrze by z tego zdawali sobie sprawę mieszkańcy, ale to jest też wyzwanie dla radnych i liderów opinii publicznej. Ostatnio zostałem bardzo skrytykowany za to, że otworzyłem ratusz dla przestrzeni kulturalnej. Na korytarzach mamy wystawy, w holu wiszą teatralne lalki. Coś, co jest niespotykane raczej w innych ratuszach. Część radnych publicznie krytykowała mnie za to, że robię “szopkę” z urzędu. Nie rozumieją, że kultura nie może się kończyć w instytucjach kultury, że musi wychodzić poza ich progi. Szybko zauważyłem, że ratusz jest idealną przestrzenią, gdzie kultura funkcjonuje a mieszkańcy przy okazji mogą z nią obcować. Uważam, że to jest bardzo inspirujące zjawisko, pozytywnie przyjmowane przez mieszkańców. To jest propozycja dla tych, którzy do tej pory nie znaleźli swojego miejsca w instytucjach kultury. Często przeciętny mieszkaniec, który coś tworzy, maluje, fotografuje, może nie znaleźć miejsca wystawienniczego dla siebie w profesjonalnej galerii. Więc my szukamy nowych przestrzeni. Teraz temu służy na przykład ratusz. Robimy niekonwencjonalne wystawy na ogrodzeniach, w pobliżu budynku znajduje się wystawa prezentująca fotografie z Kanady. Na ul. Wojska Polskiego wisi wystawa propagująca postawy ekologiczne. Dajemy alternatywną przestrzeń w różnych częściach miasta dla lokalnych twórców.  

KK: Czym jest kultura dla przeciętnego polityka?

RB: Myślę, że każdy polityk powie Pani, że kultura jest czymś ważnym. Więc trzeba zedrzeć z tego “lukier” i zobaczyć co to znaczy. Czy ma świadomość i pomysł na kulturę? Czy to myślenie jest partycypacyjne? Wizji na kulturę nie powinien mieć wyłącznie prezydent miasta, choć on z pewnością powinien taką mieć w mojej ocenie. Politycy koniecznie powinni konfrontować swoją wizję z potrzebami mieszkańców. Prezydent, włodarz miasta, polityk, poseł, powinien być otwarty na to, by wysłuchiwać innych i razem tworzyć tę sferę. Dialog to jest oczywiście w Polsce wyzwanie, bo nie umiemy takiego modelu partycypacyjnego. Ludzie nie mają zaufania do władzy, nie chcą współdecydować albo nie potrafią. Te wszystkie negatywne zjawiska wpływają na kulturę. Przez to też prezydentowi jest trudno zarządzać miastem, w którym nie czuje odpowiedzi ze strony społeczeństwa. Mieszkańcy wciąż nie są nauczeni mechanizmów dyskusji i kooperacji. Dlatego powołałem Radę Kultury, co było na początku wyśmiewane przez Radnych, dziś już tak nie jest. Na ciało Rady składają się osoby działające w kulturze, uczestniczące w niej i ją tworzące, lub z nią powiązane. Ale najważniejsze jest to, że te osoby uczestniczą też w Radzie Prezydenckiej. Dzięki temu mają głos, szansę wpływać na decyzje dotyczące w szerszej perspektywie całego miasta. Mogą negocjować większe fundusze na kulturę, konfrontując się z potrzebami tych, którzy tego samego żądają na transport publiczny, edukację czy sport. To jest bardzo ożywcze, bo nie tworzy myślenia silosowego. Prezydent musi myśleć o mieście jak o całym organizmie. Ta konfrontacja i dyskusja dają dobrą energię i dla mnie jest bardzo potrzebna, bo dzięki temu mogę tworzyć lepszy program czy budżet.

KK: Moją uwagę przyciągnęły stojące Przed Ratuszem tablice, które pokazują w sposób prosty i transparentny wydatki miasta.

RB: Tak to służy temu, by edukować mieszkańców, jakie środki są przeznaczane na konkretne cele. Pokazujemy jasno, tym którzy uważają, że za mało robimy dla kultury czy organizacji pozarządowych, a zawsze się tacy znajdą, że są to naczynia połączone i że nie mamy nic do ukrycia. Budżet jest, jaki jest, możliwości są, jakie są. Ciężko jest budować zaufanie bez transparentności, ukrywając pewne informacje. Dlatego wystawiamy takie tablice z budżetem, by mieszkańcy mieli wszystko na tacy, by zobaczyli, ile miasto kosztuje. W mojej opinii, może trochę naiwnej, kiedy mieszkańcy zobaczą, jaki to jest koszt, to będą lepiej przygotowani do dyskusji o mieście i wzrośnie ich zaufanie do mnie.

KK: Słupsk postawił sobie także za cel wdrażanie ekologicznej kultury, czego dowodem jest Strategia Zielonego Miasta Słupska.

RB: Staramy się łączyć sztukę i ekologię. Rok temu mieliśmy przed ratuszem fantastyczną wiklinową instalację “Kolejka do ostatniego drzewa” autorstwa Wiktora Szostało. Projekt został zrealizowany we współpracy z naszą lokalną młodzieżą, która z dumą współtworzyła tę instalację. To jest właśnie przykład modelu partycypacyjnego, współuczestnictwa i refleksji nad tym, co jest sztuką.

Mamy opracowany cały program działań edukacyjnych propagujących ekologiczną kulturę. W Teatrze Lalki Tęcza ostatnio miał premierę spektakl” Gaja” w reżyserii Anny Rau. To sztuka traktująca o miejscu człowieka na ziemi, o tym, jak powinniśmy świadomie funkcjonować, współgrając z naturą. Do tego to sztuka dla ludzi w każdym wieku. W ten sposób próbujemy docierać, przez edukację od podstaw, podawać dobre wzorce w sposób przystępny. Za chwilę mam spotkanie z dziećmi, którym często czytam książki o tematyce ekologicznej. Mamy też współpracę z organizacją WWF czy Greenpeace, razem realizujemy projekty edukacyjne dedykowane dzieciom. Promujemy m.in. ekologię czy dietę roślinną. To jest inwestycja w naszą młodzież. Kilka tygodni temu przy zaangażowaniu lokalnych szkół zorganizowaliśmy 72-metrowy stół z ekologiczną żywnością. Mieszkańcy mogli skosztować zdrowych produktów. Robimy dużo takich działań, które łączą kulturę, edukację i ekologię.

„Myślę, że każdy polityk powie, że kultura jest czymś ważnym. Więc trzeba zedrzeć z tego “lukier” i zobaczyć co to znaczy. Czy ma świadomość i pomysł na kulturę? Czy to myślenie jest partycypacyjne? ..."

KK: Jaki jest wydźwięk prospołeczny tych działań? Czy są już jakieś widoczne sukcesy na tym polu?

RB: Może trochę poza przestrzenią kultury, ale w duchu Zielonej Strategii, podjęliśmy współpracę z firmą Ikea, która podarowała nam kilka tysięcy energooszczędnych żarówek ledowych, które zamontowaliśmy u najuboższych mieszkańców Słupska. Dlaczego u nich? Bo oni płacą najwyższe rachunki. Nie było ich stać na taką technologię, ale też nie zdawali sobie sprawy, że żarówka ledowa jest tańsza długofalowo. To jest bezcenne, bo zyskują na tym ci, którzy są ofiarami ubóstwa energetycznego, czyli najbiedniejsi. Ta inwestycja w naszej ocenie jest nie tylko inwestycją finansową, ale ma właśnie wydźwięk edukacyjny. To jeden z wielu projektów, które robimy z Ikeą.
Z Greenpeace montujemy panele fotowoltaiczne na słupskich szkołach. Z innymi fundacjami prowadzimy program EURONET 50/50, dzięki któremu młodzież dowiaduje się o różnych rozwiązaniach ekologicznych, które oszczędzają wodę, elektryczność, ciepło. 50% zaoszczędzonych w ten sposób środków szkoła dostaje do wykorzystania na potrzeby uczniów i uczennic np. wycieczki szkolne, tablety, laptopy. Dzięki tej akcji zakręcają kapiący kran, dbają, by gasić światło po opuszczeniu pomieszczenia. Mamy także projekt Postaw Na Słońce, którego celem jest edukacja młodzieży przez młodzież w zakresie energii odnawialnej. Czyli jak w domu czy mieszkaniu sprawić, żebyśmy byli nie tylko bardziej eko friendly, ale też oszczędni. Mamy jeszcze taki pionierski projekt, którego nie ma chyba nikt inny na świecie! To Zielone Punkty w naszych filiach Miejskiej Biblioteki Publicznej. To projekt wpisujący się w plan zintegrowanej edukacji ekologicznej, który ma nauczać naszych mieszkańców o zielonych rozwiązaniach, efektywności energetycznej, segregacji odpadów, wszystkim, co jest związane z ekologią. Robimy to razem z Fundacją im. Heinricha Bölla oraz Ikeą. Zielone Punkty to miejsca w bibliotekach, w którym na co dzień oraz podczas dedykowanych eventów, pokazów i spotkań, mieszkańcy mogą zasięgnąć eko porad. Dowiedzieć się jak sprawić by nasze mieszkania czy ogólny styl życia był bardziej energooszczędny, ekologiczny.

KK: Czyli słupszczanie dostają konkretne alternatywy, propozycje na to co mogą zmienić, jakie zmiany wprowadzić.

RB: Nie tylko symbolicznie, ale bardzo konkretne. Aktualnie obchodzimy tydzień wege, podczas którego promujemy wraz z organizacjami pozarządowymi dietę roślinną. Zresztą jesteśmy w tym konsekwentni i na wszystkie imprezy zamawiamy tylko wegański catering. Nie dajemy tylko alternatywy mięsnym (śmiech), ale pozwalamy im spróbować czegoś nowego. Pijemy wodę z kranu, zresztą jak Pani widzi. Wprowadzamy zmiany, zaczynając od siebie. W naszej stołówce proponujemy w menu trzy kategorie: dania mięsne, wegetariańskie i wegańskie. Ten przykład idzie od nas.

KK: Mam wrażenie, że tutaj jest trochę jak na innej planecie... (śmiech)

RB: Może i tak, ale nie jest tak całkiem idealnie. To inwestycja długofalowa, zdajemy sobie sprawę, że wiele osób nie rozumie, dlaczego takie powinny być rozwiązania. Najlepszym przykładem jest parking przed ratuszem. To miejsce z potencjałem. Bardzo trudno jest przekonać mieszkańców o tym, że odzyskanie kawałka przestrzeni miasta jest w ich interesie. Nadal żyjemy w kulcie samochodów, a pieszych, rowerzystów i transport miejski zepchnęliśmy gdzieś do narożnika. Kilka miesięcy temu mieliśmy sporo kontrowersji dot. ul. Starzyńskiego, którą zamknęliśmy po części dla samochodów parkujących i oddaliśmy mieszkańcom. Część ludzi, głównie zmotoryzowanych, protestowała. Dziś nikt nie protestuje, mieszkańcy są zakochani w tym, że mogą normalnie spacerować. Podobnie było z projektem lodowiska przed ratuszem – jedna z radnych powiedziała publicznie, że “dzieci będą wpadały pod samochody” itd. Oni pewnie w to wierzyli, że to tak będzie, że to nie może tak funkcjonować. Martwili się o samochody, samochody i jeszcze raz samochody. Przejęliśmy tę przestrzeń i oddaliśmy ją mieszkańcom, a lodowisko okazało się hitem zimy! Skorzystało z niego 100 tysięcy osób. Nikt nie wpadł pod samochód, a parking mimo, że zmniejszony, więcej zarobił, bo był większy ruch. Lokalizacja lodowiska przed naszym pięknym ratuszem okazała się spektakularnym wydarzeniem kulturowym. Na tym lodowisku dwa lata temu robiliśmy także miejskiego Sylwestra. Łączymy więc sport z kulturą, dyskusją o mieście, dając przykład, że można inaczej.

KK: To ciekawe przykłady potwierdzające pewien trend. Odzyskiwanie przestrzeni miejskich dla mieszkańców i użytkowników można zaobserwować w większych miastach Polski.

„Atencja medialna jest skierowana na duże ośrodki miejskie, np. Trójmiasto. Pewnie z tym samym problemem boryka się Kołobrzeg i Koszalin. Inaczej jest już w przypadku Szczecina, gdzie pompowane są środki ministerialne i powstają monumentalne inwestycje, bo to tam działa Urząd Marszałkowski. U nas jest podobnie. Pomorski Urząd Marszałkowski nie angażuje się we wspieranie kultury poza Trójmiastem (..)  Jest to dla nas trudne i niezrozumiałe, dlaczego marszałek nie partycypuje w kosztach utrzymania placówek"

RB: Ale budzą one wciąż dużo kontrowersji, ponieważ dla wielu mieszkańców to są zupełnie nowe propozycje, które budzą w pierwszym kontakcie obawę. Jest to kwestia pewnych przyzwyczajeń. Do ratusza, sklepu czy restauracji podjeżdża się jak “pod stodołę”, a samochód staje się dla niektórych przedłużeniem ich ego. Trzeba z mieszkańcami o tym rozmawiać, pokazywać inne rozwiązania i wzorce. Cenię sobie innych włodarzy miast, którzy propagują podobne praktyki. Prezydent Poznania Jacek Jaśkowiak, oczyścił dziedziniec Urzędu Miasta przy placu Kolegiackim z pojazdów. Z tej przestrzeni korzystają dzisiaj mieszkańcy. Jest to teraz miejsce wolne od spalin, w którym chętnie spacerują i spotykają się ludzie i odbywają liczne imprezy. To samo robimy w Słupsku! W naszym ratuszowym patio, które powstało po odebraniu przestrzeni samochodom, zrobiliśmy ogródek. Teraz chętnie spotykamy się tam w słoneczne dni, by dyskutować o kolejnych planach na upiększenie naszego miasta.

KK: W obliczu programowej “dobrej zmiany” obecnego rządu, kulturze jest coraz trudniej. W roku 2017 wiele instytucji, szczególnie promujących sztukę współczesną, nie otrzymało od Państwa wsparcia finansowego. To także rok, w którym po raz pierwszy odwołano festiwal w Opolu, który przetrwał ponad 50 lat.

RB: Patrząc na to, jak rozwija się społeczeństwo, wydaje mi się ono coraz bardziej świadome pewnych mechanizmów, wykluczeń, procesów dyskryminacji. Wydaje mi się, że to dotyka także kultury, artyści czują swoją podmiotowość, zresztą zawsze to tak funkcjonowało. Dziś wielu artystów jest dość niezależnych, może sobie pozwolić na pewną kontestację. Można oczekiwać, że władza na wszystkich szczeblach, począwszy od samorządu, będzie traktowała kulturę partnersko, bez oczekiwania służalczości ze strony kultury. Niestety to myślenie, że artyści, ludzie kultury to są wyrobnicy, którzy powinni służyć politykom, nadal u niektórych dominuje. Widać to w konflikcie o Opole. Cieszę się, że artyści pokazali w tej kwestii swoją niezależność. Odmawiając występu, dali do zrozumienia, że nie są dla polityków, nie pozwolili się zawłaszczyć dla interesu politycznego i ocenzurować. Mam wrażenie, że politycy z Nowogrodzkiej czy Woronicza, chcieliby wprowadzić cenzurę. Dla wielu Polaków i Polek jest to nie do zaakceptowania, te czasy już bezpowrotnie minęły. Pokolenie artystów dzisiaj tworzących ma już inną świadomość. Po pierwsze, część z nich pamięta czasy PRL-u i cenzurę, po drugie, ta część, która nie pamięta PRL-u i cenzury, zna wolny świat i wsadzenie ich do klatki będzie bardzo trudne. Ptak raz wypuszczony z klatki już nigdy do niej nie chce wrócić. Artyści kochają wolność, to jest ich powietrze. Zabieranie przez kogokolwiek tej przestrzeni obróci się przeciwko niemu.

KK: Z pewnością zdaje Pan sobie sprawę z ogromnej ilości głosów poparcia, które są kierowane w Pana stronę. Wielu z wyborców potrzebuje alternatywy i chciałoby oddać na Pana swój głos w kolejnych wyborach prezydenckich.

RB: Zobaczymy. Raczej zależy mi na tym, by wartości, o których mówię, stawały się bardziej powszechne. Lider jest oczywiście ważny. Ale oczekiwanie, że przyjedzie Biedroń na białym koniu i za dotknięciem czarodziejskiej różdżki zmieni całe społeczeństwo, Polskę, jest naiwne. My wszyscy musimy coś robić. Polacy mają taką tendencję, że liczą na swoich liderów, nie zastanawiając się, jak sami mogą zmienić swoją przestrzeń. Mnie frapuje, jak sprawić, żeby ludzie się bardziej angażowali. Tylko 20% Polaków uważa, że jest coś takiego jak dobro wspólne, szanują coś, co jest dobrem nas wszystkich. Nie angażujemy się w organizacje pozarządowe, w życie publiczne, nie chodzimy na wybory. Biedroń tego natychmiast nie zmieni jak zostanie prezydentem. To są procesy, które muszą zajść w społeczeństwie, dla mnie to jest ważniejsze.

Słupsk, 23.04.2017