Czy z czegoś mało interesującego może wyjść coś interesującego?

Autor: Magazyn Sztuki Opublikowano:

z
Weroniką Teplicką rozmawia Ryszard Ziarkiewicz

 

RZ: Opowiedz trochę o sobie i o chwili, w której stojąc przed lustrem powiedziałaś: „No to stało się, jestem artystką”.

WT: Chyba nie było takiego momentu, raczej pamiętam, jak kilka lat po dyplomie postanowiłam rzucić sztukę i znalazłam pracę na cały etat. W momencie pełnej stabilizacji stwierdziłam jednak, że „nie przestanę być artystką”, a oddalenie od centrum i brak zainteresowania moją sztuką to tylko głupia wymówka.  Zawsze lubiłam rysować, dlatego poszłam do liceum plastycznego. Tam niestety niewiele zyskałam. W latach 90. to była szkoła ucząca rzemiosła i  zachowawczego sposobu myślenia. Nauka historii sztuki skończyła się na impresjonistach, a nauczyciele kierunkowi nie opowiadali nam o nowych tendencjach  w sztuce.  Później malarstwo na poznańskiej ASP i prawdziwe trzęsienie ziemi. Zupełnie nie mogłam się tam odnaleźć,  własnej drogi twórczej również. Malowałam nic nieznaczące martwe natury, modelki, a jednocześnie byłam zafascynowana sztuką krytyczną. Tych różnych dróg nie mogłam ze sobą połączyć. Potem Erasmus w południowych Włoszech, praca dyplomowa i powrót do domu, na prowincję, traktowany przez mnie jako absolutna porażka.

RZ: Ale jednak przetrwałaś. Minęła dekada od Twojego powrotu do rodzinnego domu i nadal rozmawiamy o Twojej sztuce.

WT: Cieszę się, że wciąż mam siłę tworzyć. Życie na prowincji, w małej społeczności, gdzie się urodziłam i znam każdy zakamarek, a z każdym miejscem wiąże się jakaś historia, sprawia, że koncentruję się w zasadzie wyłącznie na swoich osobistych doświadczeniach i wewnętrznych emocjach.

RZ: Tu jest właśnie źródło twojej siły. Z drugiej strony  opracowałaś własny proces twórczy, który polega na destrukcji obrazów, czy też mówiąc ściślej, kreatywnej destrukcji sztuki, dzięki której pojawia się nowy obiekt. Można powiedzieć, że sztuka pożera sztukę.

WT: Nie, raczej sztuka przekształca się w sztukę i ważny staje się akt wyboru i przemiany. Zawsze byłam bardzo krytyczna wobec mojej twórczości, więc po każdym roku na akademii ściągałam obrazy z krosien, odkładałam w piwnicy, a ramy przygotowywałam na następny rok. Przez lata trochę się tego nazbierało. Na piątym roku wymyśliłam sobie malowanie farbami akrylowymi na surowym płótnie.  Połowa obrazów nie nadawała się zupełnie do pokazania, ale po ściągnięciu z ram i ułożeniu razem, jeden na drugim, jak pościel w szafie, wyglądały dobrze. Doszłam do momentu, kiedy cieszyło mnie powstawanie nieudanych obrazów. Dzieliłam obrazy na kilka kategorii: „udane” – zostawiałam w spokoju, te „takie sobie” składałam w stosik, a te „najgorsze” cięłam w pasy i następnie je sklejałam. Te cykle mają tytuły „Rekonstrukcje losowe” i „Stany tymczasowe”.  Wszystkie obrazy z czasów studiów są pocięte; obecnie jestem na etapie malowania obrazów, o których wiem, że niebawem zostaną zniszczone.

RZ: Czy w tej „metodzie” zawarta jest symbolika dotycząca samej sztuki, a także Twojej postawy?

WT: Jest to pewna gra z emocjami, niszczenie dla tworzenia i tworzenie dla niszczenia. Zdaję sobie sprawę, że wielu artystów niszczyło swoje prace, traktując to jako zamknięcie pewnego etapu twórczego czy wyraz buntu. Największe wrażenie zrobił na mnie „The Cremation Project” Johna Baldessariego. Artysta spalił swoje dzieła z wczesnego okresu twórczości w krematorium, część popiołu przesypał do urn, z części wykonał ciasteczka i zamknął w słoiku. Być może inspiracją było dla mnie działanie podpatrzone w pracowni w Accademia di Belle Arti w Neapolu, gdzie studenci, chcąc oczyścić pracownię – symbolicznie i dosłownie - rozdrobnili śmieci i wszelki zalegający niezbędny i zbędny sprzęt.

RZ: Czy można powiedzieć, że jest to Twój protest przeciwko społecznej obojętności wobec sztuki i narzucaniu lokalnych, środowiskowych wartości, które niemal zawsze kontrolowane są przez władzę?

WT: Moja sztuka nie jest protestem przeciwko lokalnemu środowisku twórczemu i władzy; to raczej moja postawa, skutkująca nieobecnością w inicjatywach kulturalnych, jest tym protestem, niestety niezauważanym.

RZ: Na wystawie „Kunstkamera” (10.17, Galeria Scena, Koszalin) pokazałaś zwykłe rzeczy należące do zmarłego ojca i obiekty utworzone z pokawałkowanych, pociętych i posklejanych na nowo jego ubrań.  Wystawa stała się przestrzenią rytualnego spotkania i pożegnania z ojcem.

WT: Nie sądzę, że było to rytualne pożegnanie, raczej celowe wykorzystanie jego rzeczy do mojej sztuki, ale też przedłużenie jego życia. Ojciec zawsze lubił być podziwiany, występować przed publicznością. Cały ten proces rozpoczął się  w momencie, gdy porządkowałam jego rzeczy, bo trzeba było opróżnić jego garaż i wystawić na sprzedaż. Co zrobić z przedmiotami po zmarłej osobie? Szukałam jakiegoś sposobu na sensowne skondensowanie ich, chciałam uczynić je łatwiejszymi do przechowywania, sprawić, żeby z nietrwałych stały się trwałe, i zatrzymać dalsze działanie czasu. Postanowiłam potraktować je jak moje obrazy: cięłam i sklejałam. Niektóre przedmioty układałam w drewnianych pudełkach i zatapiałam w kleju. Tak powstały pewnego rodzaju relikwie.

RZ: Jednak  niektóre z nich jak na przykład „Marynarka” z przypiętymi medalami,  które Twój Ojciec otrzymywał za zasługi w kulturze, śpiewniki z kilku edycji festiwalu wojskowej piosenki w Kołobrzegu, są także świadkami politycznej epoki, które przez Twoje działania stały się obiektami sztuki.  Ostatnio w Gdańsku opowiedziałaś o wojnie za pomocą zapachu cebuli. Większość Twoich projektów wymyka się definicjom sztuki, sprowadza ją do „codziennej krzątaniny”. Ta demistyfikacja zaczęła się dość dawno od obierania ziemniaków w Zachęcie przez Julitę Wójcik. Czujesz się kontynuatorką tego krytycznego nurtu feminizmu?

WT: Nie odcinam się od tego nurtu. Pociąga mnie ta zwyczajność i myśl, że proste czynności też mogą być sztuką.  W akcji „Smells Like War” chodziło mi o przedstawienie zapachu smażonej cebuli i wywołanie skojarzeń z zapachem wojny  opisywanym przez Güntera Grassa w książce „Kot i mysz”. Sam proces krojenia i smażenia był na drugim planie, chociaż zależało mi na pokazaniu pewnych konotacji między tym działaniem a sposobem, w jaki traktuję moje obrazy, czyli rozdrabnianiem i składaniem ich w całość. Do akcji użyłam cebuli nienadającej się do spożycia i przeterminowanej margaryny.  Zaskoczona byłam, że po półgodzinie od rozpoczęcia krojenia cebuli ustało łzawienie oczu, a zapach smażenia stał się raczej przyjemny.

RZ: Podsumowaniem są Twoje ostatnie projekty - filmy dokumentujące codzienne życie. Rejestrujesz kamerą swój dzień: śniadanie, spacer z psem, pracę w pracowni, zakupy, obiad, znowu spacer z psem...

WT: Moja pracownia jest w moim mieszkaniu. Czasami podczas przerw w malowaniu wykonuję pewne prace domowe. Prowadzę dość regularne i stabilne życie, którego rytm wyznacza obecność psa. Może to się wydawać nieprawdopodobne, ale ja dobrze czuję się na prowincji, gdzie wszystko jest przewidywalne i znane. Dużo emocji dostarcza mi obserwacja lokalnych inicjatyw związanych z kulturą czy chociażby z planowaniem rozwoju miasta, uwielbiam przeglądać wiadomości serwowane przez lokalne media. Na prowincji dużo łatwiej opowiadać bzdury, bo jest tu mało osób, które mogą to zweryfikować. Wcześniej rysowałam scenki z życia mojego miasta, teraz wykorzystuję inne medium, jakim jest film. Rejestruję spacery z psem, pracę na działce matki, dodatkowe zarobkowe prace, czyli moje zwyczajne życie, żeby nawet gdy nie ma sztuki, jednak ona tu była. Jeden z profesorów na ASP powiedział mi kiedyś przykazanie, podobno św. Ignacego „Przede wszystkim nie nudzić!”. I jak to bywa, robię coś zupełnie odwrotnego, ale może z czegoś mało interesującego wyjdzie coś interesującego? Zobaczymy.

W. Teplicka, Rekonstrukcje losowe, 2017
W. Teplicka, Rekonstrukcje losowe, 2017
W. Teplicka, Rekonstrukcje losowe, 2017
W. Teplicka, Stany tymczasowe, 2017
W. Teplicka, Kunstkamera, Galeria Scena 2017
W. Teplicka, Kunstkamera, Galeria Scena 2017
W. Teplicka, Marynarka Ojca, Kunstkamera, Galeria Scena 2017
W. Teplicka, Smells Like War, Grassomania, Gdańsk 2018
W. Teplicka, Smells Like War, Grassomania, Gdańsk 2018