Dyskretny urok prowincji

Autor: Magazyn Sztuki Opublikowano:

Stanisław Wolski, fot. W. Teplicka

Rozmowa ze Stanisławem Wolskim* – artystą mieszkającym w Drawsku Pomorskim – miasteczku położonym tuż przy największym poligonie wojskowym Europy, przewodnikiem po ciekawych miejscach i zapomnianych zabytkach Pojezierza Drawskiego.

Weronika Teplicka: Jak tu się znalazłeś?

Ja się nie znalazłem, moi rodzice się znaleźli. I to prosto z Warszawy. To było w 1955, matka – dentystka – dostała nakaz pracy w Drawsku, a ojciec jako lekarz wojskowy dostał zatrudnienie na pobliskim poligonie. Rodzice nie mieli specjalnego wyboru. Żyliśmy na walizkach, nakaz pracy był na 3 lata, ale cały czas się to przedłużało. Powstał paradoks, żeby wrócić do Warszawy rodzice musieli mieć pracę, żeby mieć pracę musieli mieć meldunek, co praktycznie stało się niemożliwe. Sytuacja zmieniła się dopiero w latach 90. Ale nie było sensu wracać, mi też przeszła ochota na wyjazd.

Ale to zaważyło na tym, kim jesteś – jak mi się wydaje – przede wszystkim „niezauważonym” artystą.

Na pewno tak, ale mi raczej specjalnie na tym nie zależy. Nie sądzę także, żeby moja twórczość wyglądała inaczej w Warszawie. O mnie, jeszcze jak studiowałem była zawsze podzielona opinia, zresztą dzięki mojemu wczesnemu zainteresowaniu konceptualizmem. Jedni uważali mnie za kompletnego idiotę i dyletanta, a inni za ciekawego artystę. Podejrzewam, że tych pierwszych było więcej. Taka sytuacja mogłaby też być w również w stolicy, zresztą tam mieszka wielu artystów, których twórczość pozostaje niezauważona. Być niezauważonym artystą w Nowym Jorku to dopiero frustrujące.

No to opowiedz kim jesteś?

To muszę zacząć od początku. Synem lekarzy, który po ukończeniu liceum w Drawsku zaczął studiować konserwację na Wydziale Sztuk Pięknych UMK w Toruniu. Po kilku latach zrozumiałem, że bardziej mi odpowiada tworzenie, a nie siedzenie nad pracami innych i przysłowiowe dłubanie, do tego przedmioty jak chemia, fizyka zupełnie mi nie pasowały. Byłem zafascynowany malarstwem, więc przeniosłem się na malarstwo, ale i to szybko mi przeszło, zresztą dzięki kilku wydarzeniom. Pierwsze to wystawa „200 lat Malarstwa Amerykańskiego” w Muzeum Narodowym w Warszawie. Zobaczyłem hiperrealistów, do tego prace Lichtensteina, Hoppera, Rauschenberga, to było jakieś wyjście poza granice malarstwa. Trochę zacząłem wątpić w malarstwo rozumiejąc, że rozwija się w głąb, a nie wprzód. Zrozumiałem, że nie ma możliwości, aby rozwijało się dalej w jakikolwiek sposób. Drugie wydarzenie to spotkanie w Toruniu Jerzego Ludwińskiego. Pojawił się tam w 1974 roku zakładając galerię „Punkt”. Ściągał wszystkich najważniejszych artystów takich jak Józef Robakowski, Jerzy Bereś, Andrzej Kostałowski. Pod wpływem Ludwińskiego postanowiłem zająć się sztuką konceptualną, a nie bawić się w malowanie. To on na wiele rzeczy otworzył mi oczy i pozostał moim mistrzem do dziś.

Ale w Toruniu nie było łatwo: panowała dyscyplina nad dyscypliny. Przychodziło się rano na 9.00 do pracowni, o 9.15 asystent zabierał księgę wpisów. Jaki to miało sens? Jak przychodziłem do pracowni z rana, dwie godziny patrzyłem się w sufit, a kiedy zacząłem malować, to już wszyscy wychodzili. Nie wytrzymałem i przeniosłem się do Instytutu Sztuki w Lublinie, gdzie było zupełnie inaczej, zresztą była to bardziej nowoczesna szkoła. Przede wszystkim była tam świetna kadra m.in. Ryszard Winiarski, Krzysztof Klempka. Mikołaj Smoczyński. Oni rozmieli co mnie interesowało. 

St. Wolski, z serii "AB" (ok. 2004)

Po studiach znalazłeś się w Koszalinie?

Tak, to był rok 1982. Przed dyplomem musiałem odbyć praktyki nauczycielskie, próbowałem się od tego wykręcić myślałem, że to nie potrzebne. W Koszalinie otrzymałem możliwość odbycia miesięcznych praktyk w miejscowym liceum plastycznym, przedłużyły się na pół roku. Miałem po dyplomie wrócić do pracy w tej szkole, ale to okazało się już być nieaktualne. Wybrałem się więc na wódkę z Andrzejem Słowikiem [(1943-2016) – artysta zw. z Koszalinem, przyjaciel miejscowej awangardy] do BWA, obok nas pojawił się Leonard Kabaciński, ówczesny dyrektor (pełnił funkcję dyrektora BWA w Koszalinie w latach 1972-1983). Pamiętał mnie bo przyprowadzałem dzieciaki z plastyka na wystawy. Zaproponował mi zatrudnienie. Pierwszego dnia zaprosił mnie do swojego gabinetu, odsłonił tablicę z zaproszeniami na wystawy i kazał wybrać jedną, na którą pojadę i mu zrecenzuję. Po przyjeździe musiałem złożyć sprawozdanie na zebraniu pracowników (odbywały się co tydzień), powiedzieć co ciekawego co z tej wystawy dla nas wynikło, kogo możemy zaprosić do Koszalina. Wybrałem Wrocław i wystawę grupy SKE („Studio Kompozycji Emocjonalnej” – wrocławska grupa grafików i konceptualistów założona przez Zbigniewa Makarewicza pod koniec lat 60., do której należeli m.in Zbigniew Jeż, Grzegorz Kolasiński, Jerzy Ryba, Wojciech Sztukowski. Współtwórcy unikatowego zjawiska artystycznego – poezji konkretnej – której początek i intensywny rozwój przypadł na przełom lat 60. i 70. we Wrocławiu – od red.)

To był świetny czas. W 1983 roku pojechałem z Kabacińskim pod Koszalin do Bobolic na spotkanie Animatorów i Twórców Kultury. Był tam też mój kolega Andrzej Kirko ze Złocieńca. On był wariat kompletny (po kulturoznawstwie), powiedział: „Ja rozpieprzę to miasteczko sztuką - sprowadzę tu artystów, niech rozwalają ściany (jak Marek Janiak, który rozpieprzał młotem pneumatycznym Galerię Labirynt), takie coś trzeba u nas zrobić”. Postanowiliśmy zrobić w Złocieńcu festiwal performance pod hasłem „Ogólnopolskie Spotkanie Artystów”. Komisarzem został Jerzy Ludwiński. Przyjechała grupa SKE, Fredo Ojda, Dudkiewicz, Dudek-Dürer, Robakowski, a z Koszalina Ciesielski, Słowik, Pacholski. Jeszcze wpadliśmy na pomysł, żeby zaprosić Zbyszka Makarewicza, ale on wtedy siedział w pudle za Solidarność. To była zupełna paranoja - siedlisko kontrrewolucji. Podpadłem w Koszalinie na całej linii, zwłaszcza nowej dyrektorce BWA - zupełnie niekumatej, partyjnej funkcjonariuszce, która do każdego mówiła per towarzyszu. Jak ona zobaczyła, co tam się działo, wiedziałem że już nie pracuję w BWA.

Ale już w 1984 współorganizowałeś kolejne ważne wydarzenie – koszalińską wersję łódzkiej „Pielgrzymki artystycznej” pod hasłem „Kolęda artystyczna”.

Wracaliśmy z Łodzi (z Andrzejem Ciesielskim, Ewą Kowalską i moją żoną Grażyną Bogusz) z „Pielgrzymki”. Byliśmy pod wielkim wrażeniem tych spotkań artystów w mieszkaniach prywatnych. W pewnej chwili moja żona rzuciła pomysł: „A zróbmy to też u nas”. Andrzej Ciesielski się wkurzył: „Kto to wszystko udźwignie?”. Ale daliśmy radę i na „Kolędę artystyczną” do Koszalina przyjechało niemal 80 osób.

 

Galeria na Ostrowie, Wrocław 1988 (wystawa koszalińskiej Galerii na Plebanii) - w centrum St. Wolski, obok po prawej A. Ciesielski, fot. Zdzisław Pacholski
Galeria na Ostrowie, Wrocław 1988 (wystawa koszalińskiej Galerii na Plebanii) - wystąpienia St. Wolskiego, fot. Zdzisław Pacholski

W latach 90. pojawił się pomysł otwarcia na Politechnice Koszalińskiej Instytutu Wzornictwa Przemysłowego. Byłeś jednym z pionierów założycieli?

Zaczęło się od tego, że przeczytałem na słupie ogłoszeniowym w Drawsku, że szukają nauczyciela do Szkoły Rzemiosł Artystycznych w Rzepczynie. Zgłosiłem się i zacząłem prowadzić fotografię i rysunek dokumentacyjny. Pierwszą osobą, na którą się tam natknąłem była Elżbieta Kalinowska. W jej pracowni poznałem z kolei Krzysztofa Kubiaka. Zastanawialiśmy się co dalej robić, on wpadł na pomysł otwarcia szkoły, namawiał nas podając za przykład niedawno otwartą Wyższą Szkołę Form Przemysłowych w Szczecinie. Zaczął więc chodzić do rektora Politechniki Koszalińskiej załatwiać formalności (instytut miał powstać przy wydziale mechanicznym), później jego rolę przejęła Wioletta Meronk, a jeszcze później Elżbieta Kalinowska. Rozdzielaliśmy zadania, mnie przypadła kompozycja, Kalinowska miała zająć się rysunkiem. Pojechałem do Warszawy szukać profesora kierunkowego. W Instytucie Wzornictwa Przemysłowego nikt nie chciał ze mną gadać. Dostałem w końcu telefon do prof. Krzysztofa Meisnera i udało mi się z nim spotkać. Twierdził, że to szaleństwo go zapraszać, ale się zgodził. Przyszedł też Andrzej Wielgosz, wpadł na pomysł otwarcia Komunikacji Wizualnej. Potem przyszła Monika Zawierowska, Andrzej Ciesielski i tak rozpoczęliśmy. Byłem ogromnym entuzjastą tego pomysłu, nigdzie w Polsce nie było instytutu wzornictwa przy politechnice. Mogło to stworzyć „nowy Bauhaus”, ale władzom uczelni zależało chyba na ściągnięciu jak największej liczby studentów. Wzornictwo to projektowanie plastyczne i są dwie szkoły: jedna mówi, że to nie ma nic wspólnego ze sztuką, ale designer musi czerpać całymi garściami ze sztuki nowoczesnej, a druga, że designer jest artystą i pracuje w medium jakim jest funkcja. Ja się z tymi poglądami zgadzałem, ale władze politechniki chciały stworzyć jakiś trzeci pogląd na wzornictwo, dla mnie zupełnie niezrozumiały. Może chcieli stworzyć szkołę rzemieślniczą otwierając pracownie witrażu i biżuterii?  

Konflikt narastał?

Władze politechniki nie zdawały sobie sprawy z tego czym jest wzornictwo. Według nich wzornicy robili to samo, co inżynierowie z wydziału mechanicznego, ale pomalowane. Jak ktoś pomalował kombajn to znaczy, że jest dizajnerem, a kombajn mógł wyglądać jak krokodyl. Inżynierowie z wydziału mechanicznego w pewnym momencie stwierdzili, że są sami dizajnerami - jak ktoś się interesował myślistwem, to miał robić kaczkę z żarówką w głowie. Cały czas były spory ideowe, jeden z profesorów powiedział, że podstawą dobrego projektowania jest poczucie humoru.

Wyleciałeś z uczelni razem z A. Ciesielskim w 2007 roku. Symbolicznym podsumowaniem zakończenia współpracy z instytutem wzornictwa był  performance „Benefis” wykonany przez Was w Galerii Scena?

Nie, to raczej był zbieg okoliczności. Być może oczekiwano od nas jakiejś wypowiedzi na ten temat, ale nic takiego się nie stało. Podczas wydarzenia przepisywałem z kartek przygotowany wcześniej wybór tekstów (pochodziły z mojego zeszytu, w którym przez lata zapisywałem różne cytaty, myśli i pomysły, które mi wpadły do głowy). Ciesielski zamazywał te teksty, a raczej wycierał je ze ścian, darł kartki, wciągał skrawki do odkurzacza. Krótko mówiąc, co ja zrobiłem, on likwidował. Zawsze nam się dobrze ze sobą pracowało.. 

Instytut Wzornictwa, lata 90. od lewej: Zygmunt Wujek, Bogusław Niewiadomski, Ryszard Tokarczuk, Stanisław Wolski, Elżbieta Kalinowska

St. Wolski, "Benefis", Galeria Scena 2007

Multimedialne Spotkania Artystów, Złocieniec 2001; drugi od lewej: Józef Robakowski, Iza Robakowska, Andrzej Ciesielski, St. Wolski (za nim), Edyta Wolska, Danuta Dąbrowska, Ryszard Tokarczyk, Waldemar Wojciechowski (kuca)

Od wielu lat współorganizujesz prywatne spotkania artystów w małych miejscowościach Pojezierza Drawskiego: w Lubieszewie, Kaliszu Pomorskim. Jak oceniasz funkcjonowanie kultury na peryferiach?

Na prowincji króluje prowincjonalizm. Skoro mamy galerię, to możemy w niej pokazać wszystko, czyli np. puchary, które zdobył jakiś facet hodujący gołębie. Ja nie wiem czy galeria sztuki to odpowiednie miejsce na pokazywanie trofeów, jakie zdobywają gołębie na trasie 700 m. Nie wiem też, czy dyrektor domu kultury powinien wydawać pieniądze na koncert zespołu disco polo, jak to miało miejsce w Drawsku. Ja za te same pieniądze mógłbym zorganizować 10 wystaw sztuki nowoczesnej. Nie zmusisz ludzi, żeby wybrali intelektualistów do rady miasta, ale to administracja ma obowiązek wyznaczania standardów. Gdy nie dba się o nie, zatrudnia amatorów w szkolnictwie i w instytucjach kultury, to podcina się szansę na rozwój. Do prowadzenia zajęć z wychowania plastycznego zatrudniani są dyletanci, oczywiście po znajomości, a przecież nikt do nauki matematyki nie zatrudni matoła matematycznego. Mam wrażenie, że przedmioty jak plastyka czy muzyka traktowane są po macoszemu. Dyrektorka jednej ze szkół, w której starałem się o zatrudnienie powiedziała, że plastyka i muzyka to przedmioty lżejsze, na których dzieci powinny odpoczywać między przedmiotami trudnymi jak matematyka i fizyka. Jak uczeń może się rozwijać w tych warunkach? On musi coś wiedzieć, czuć, że jest inny świat, że może szukać swoich własnych granic, a nie powielać schematy narzucone przez niewyedukowanych nauczycieli. Ja nie wierzę w to, że w takim mieście jak Drawsko nie można znaleźć jakiegoś talentu, tylko on nie ma szans się objawić i zabłysnąć. Wystarczy pobieżnie przejrzeć programy instytucji kultury, żeby zobaczyć, że nie są one kompletnie zainteresowane  aktualnymi trendami w kulturze. Od kilku lat pomagam przy organizacji w Drawsku Festiwalu Teatralnego „Sztukaterie”. To prywatna inicjatywa grupy ludzi: ktoś zaczął ściągać teatry, ktoś wpadł na pomysł żeby to połączyć ze sztukami wizualnymi, bez pieniędzy, ale na to „nigdy nie ma pieniędzy”. Składałem aplikację o otwarcie Galerii Sztuki Nowoczesnej w Drawsku Pomorskim, mój projekt został od razu odrzucony. A ja się pytam dlaczego? To taki „dyskretny urok prowincji”, można to potraktować na zasadzie dowcipu, żyjemy w takim nierealnym świecie, w matrixie kompletnym, gdzie istnieją zupełnie inne prawa, zupełnie inna estetyka, moralność, jeszcze tylko brakuje innego języka. Inny język już chyba jest.

Prowincjonalizm to jest problem systemowy. We Francji wszystkie domy kultury mają w 50% narzucony program, szkoła ma obowiązek organizować wyjazdy do muzeum, a edukację artystyczną zaczynają od wizyty w operze. Taka regulacja u nas też jest konieczna.

 

* Stanisław Wolski (1952, Warszawa) artysta, animator kultury. Absolwent Wydziału Sztuk Pięknych UMK i Instytutu Sztuki w Lublinie. Pracował w BWA w Koszalinie, był wykładowcą Instytutu Wzornictwa Politechniki Koszalińskiej, współautor pleneru „Ogólnopolskie spotkania artystów” w Złocieńcu (1983) i wydarzenia „Kolęda Artystyczna” w Koszalinie (1984). Od 2005 roku razem z Andrzejem Ciesielskim organizuje Multimedialne Spotkania Artystów w Lubieszewie, a od 2015 roku w Kaliszu Pomorskim. Mieszka w Drawsku Pomorskim od 1955 roku.

St. Wolski, cykl bez tyt. ok. 2004