Fotografie za wcześnie, fotografie za późno

Autor: Magazyn Sztuki Opublikowano:

Zdzisław Pacholski, Zadawanie bólu, bierze się z obsesyjnej wiary w możliwość zmiany czegokolwiek, z cyklu Rekwizyty, 1982

Większość zdjęć Zdzisława Pacholskiego prezentowanych na wystawie „Rekwizyty-atrybuty” powstała w latach 80. W tamtym czasie były ironicznym, niekiedy przewrotnym, komentarzem do rzeczywistości umierającego polskiego komunizmu. Okazuje się, że te fotografie – mimo upływu niemal trzydziestu latach - mają dziś nowe życie, a ich znaczenie nie wyczerpało się w wąskiej historycznej chwili, jaką był schyłek PRL. O fotografowaniu i jego sensie ze Zdzisławem Pacholskim rozmawia Aleksandra Gieczys-Jurszo.

Rene Burri powiedział kiedyś, że w fotografii formułowanie rzeczy zaczyna się od sposobu, w jaki się je ogląda. Zauważył też, że dopiero z kamerą mógł znaleźć w sobie na tyle odwagi by zbliżyć się do pewnych spraw, postawić przed sobą pewne problemy. Czy i Pana poznawanie rzeczywistości odbywało się za pomocą fotografii?

Patrzeć i widzieć to dwa różne procesy. Być może aparat fotograficzny wzmacnia ową zdolność widzenia. Nieustanna obserwacja ludzi, zjawisk i rzeczy to podstawowy nakaz fotografa.

Ta postawa jest mi również bardzo bliska bo większość moich cykli fotograficznych powstała jako jej rezultat. Gest sięgnięcia po aparat fotograficzny powinien być poprzedzony obserwacją i refleksją. Wydaje mi się, że w tym zawiera się istota poznawania rzeczywistości.

W Pana twórczości istnieje pewna wewnętrzna dynamika, którą można zobaczyć bardzo wyraźnie- rozmaite postawy, różne sposoby podejścia do fotografii. Fotografia socjologiczna, jak i ta będąca dokumentem bardziej subiektywnym, o bardziej metaforycznym charakterze, konkurują z formami fotografii intermedialnej czy przetwarzanej cyfrowo. Czy któryś z tych obszarów jest ważniejszy?

Trudno byłoby mi nadać jakąś szczególną hierarchię obszarom moich dociekań. Jednym z powodów, który mnie skłania do przyjmowania rozmaitych postaw w podejściu do fotografii jest jej dwoistość. Fotografia jest chyba jedyną dziedziną sztuki, w której nie daje się przeprowadzić wyraźnej granicy między metaforą a dokumentem. Ta granica jest płynna i bywa, że jedna z tych cech przeistacza się w drugą. Dlatego trudno mi wskazać uprzywilejowane obszary po których się poruszam. Wszystkie są ważne. Jedne przeistaczają się w inne, albo jedne biorą się z drugich. Tematy cyklów wydają się odległe od siebie ale w istocie są sobie bliskie. Na przykład w cyklu „Obraz rzeczywistości” - mojej fotografii socjologicznej- pojawiają się te same elementy dociekań, co w „Heroizmie widzenia”. Tyle tylko, że tutaj dotyczą struktury obrazu.

Pojęcie naczelne dla praktyki fotografii dokumentalnej stanowi ideologia uprzywilejowanych chwil. Poszukiwanie tych pojedynczych „decydujących momentów” staje się nadrzędną ambicją. Jest to rzadki dar, nie zdarza się w każdej fotografii. Niewątpliwie w wypadku Pana twórczości taką uprzywilejowaną chwilą była ta uchwycona w 1976r. Wystawy, liczne artykuły w prasie, programy telewizyjne i radiowe reportaże - to plon jednej fotografii.



Zdzisław Pacholski, Quo Vadis?, Koszalin 1976

To rzeczywiście była szczególna chwila w moim życiu. Mówiąc szczerze, wcześniej nie wierzyłem tezie Bressona . Choć takie sytuacje zdarzają się niezwykle rzadko, na szczęście ta uprzywilejowana chwila, mnie też się przytrafiła. W praktyce fotografa, w takich momentach jak ten z „dziewczynką na wiecu”, bardziej przydaje się intuicja, pewne nawyki fotografowania i doświadczenie, niż chłodna kalkulacja. Wtedy zbiegły się w jednym miejscu wszystkie elementy symboliczne.

Jak powstała ta fotografia?

Był rok 1976. Po wydarzeniach w Radomiu i Ursusie przez Polskę przetaczały się obowiązkowe wiece dla poparcia polityki Edwarda Gierka i jego akolitów. Jak pamiętamy, wysiłek ten okazał się daremny. Dokładnie w tym samym roku wszystko zaczęło się w PZPR sypać. Wtedy powstał KOR i pojawiły się pierwsze kartki na cukier. Koszalin nie był wyjątkiem. Tu również zorganizowano wiec poparcia. Było letnie, sobotnie popołudnie. Pusty prostokąt ulicy w centrum miasta okalały trybuna, megafony, propagandowe przemowy oraz tłum aktywistów i gapiów. W środku tej pustej przestrzeni pojawiła się samotna pięcioletnia dziewczynka z jasną aureolką włosów, rozświetloną zachodzącym słońcem.

Dziewczynka znalazła się przed olbrzymimi strzałkami namalowanymi na jezdni, wskazującymi kierunek w prawo, na wprost lub w lewo. Dziewczynka sprawia wrażenie, jakby właśnie chciała zdecydować, w którą stronę ruszyć. To dziecko jest tu niejako symbolem nadchodzących zmian. Nie jest możliwe ogarnięcie rozumem takiej ilości elementów w jednej chwili. Trzeba się dać poprowadzić tej nieoczekiwanej okoliczności i mieć nadzieję, że niczego z tego, co się dzieje na naszych oczach, nie uronimy. Pamiętam, że posłużyłem się wówczas szerokokątnym obiektywem. Ta fotografia wykonana sekundę wcześniej, lub sekundę później, byłaby już czymś innym. Termin „decydujący moment” można też odczytać, jako „ostateczny”. To znaczy, że tylko ten jeden - żaden inny moment - będzie właściwy w danej sytuacji. Wyznam, że dla takiej jednej chwili- jak ta z 1976 roku - warto żyć.

Tematykę cyklu „Rekwizyty-atrybuty” określa konkretny moment historyczny - okres stanu wojennego. Może Pan opowiedzieć o genezie powstania tych prac?

W czasach wielkich przemian dekady lat 80. ubiegłego wieku żyłem na peryferiach Polski. Otaczał mnie prowincjonalny ład starego reżimu. Wprowadzony stan wojenny wyzwolił we mnie uczucie depresji, beznadziejności, bezsiły, udręki. I chyba tak to miało działać. Osaczony tymi realiami poczułem się w klaustrofobicznym potrzasku. Większość moich współziomali czuła się w tym dobrze. W Koszalinie nie było doniosłych manifestacji, protestów czy spektakularnych i widowiskowych starć z milicją.

Jednak ten stan inercji wyzwolił w Panu imperatyw artystycznej reakcji?

Kiedy rozpoczął się stan wojenny w 1981 roku byłem jedynym w mieście, który fotografował go na „własną rękę”. Skończyło się natychmiastowym aresztowaniem i odebraniem mi negatywów. Któryś z sąsiadów uznał moje zachowanie za szkodliwe i zadenuncjował milicji. Żyłem we wrogim środowisku. Szukałem wówczas dla swojej twórczości jakiejś innej formy ekspresji. Wtedy przyszły mi do głowy „Rekwizyty”.


Zdzisław Pacholski, Nasłuch wnętrza, cykl Rekwizyty, 1985

 

Zdzisław Pacholski, Partytura, z cyklu Rekwizyty, 1983

 

Zdzisław Pacholski, Trwanie, z cyklu Rekwizyty, 1982

Jakie jest znaczenie terminu: rekwizyty- atrybuty?

Jeśli sięgnąć po pospolity przedmiot-rekwizyt i obarczy go intelektualną spekulacją, wtedy nabiera cech atrybutu. W tej nowej roli przedmiot jawi się w aurze nowych znaczeń. Tytuł jest tu bardzo istotny bo nie tylko pointuje cały cykl ale- mam nadzieję- kieruje widza w stronę moich intencji. Tytuł nie pojawił się od razu. Był wypadkową ograniczeń cenzury i mojej fascynacji przedmiotem.

„Rekwizytom” towarzyszy – można by powiedzieć- pewien grymas historii czy losu. Powiedział Pan, że czekał Pan na wystawę tych prac blisko 30 lat.

W Polsce te fotografie i grafiki były przedmiotem szykan i represji. W połowie lat 80. udało mi się przemycić część prac na Zachód. Dało to początek znajomościom z artystami z zachodniej Europy. Od tego czasu zaczęła się moja współpraca zagraniczna, która z kolei stała się przyczyną późniejszych niezwykłych odkryć a także początkiem trwałych przyjaźni. Dostrzegam w tym jakąś metafizyczną wartość.

A dzisiaj możemy oglądać te prace na wystawie zorganizowanej przez Muzeum Narodowe w Szczecinie….

Nie sądziłem, że do tego cyklu wrócę po latach. W 1989 roku, po zmianie ustrojowej porzuciłem temat „Rekwizytów”.
Rozumując logicznie, wydawało mi się, że ustały powody takiej kreacji. Chyba ta decyzja była nieco przedwczesna. Najwyraźniej logika i sztuka nie zawsze idą w parze…

„Rekwizyty-atrybuty” to nie tylko dokument socjologiczny. Dopełnienie prac o akcenty wizualnej metafory i wielopoziomowych znaczeń stwarza nowe poziomy ich odczytań. Potencjał komunikowania się tych prac z odbiorcą jest wciąż żywy…

 

Zdzisław Pacholski, Homo Memor, z cyklu Rekwizyty, 1986

 

Zdzisław Pacholski, King Size, z cyklu Rekwizyty, 1984

„Rekwizyty”- jako reakcja na pewien stan opresji - po latach wpisały się w europejski kontekst kulturowy. Coś, co dotyczyło tylko skrawka mojej ziemi, teraz nabrało znaczeń globalnych.

Tamte wydarzenia, jak i te zdjęcia należą już do przeszłości. A jednak po latach cykl, o którym rozmawiamy, zmartwychwstał. Okazało się, że w nowej rzeczywistości nabrał on nowych znaczeń, że ich sens i retoryka daje się od nowa odczytać. Odkrycie tego fenomenu zawdzięczam trzem ludziom. Dwóm kuratorom sztuki - Niemcowi Martinowi Rehkoppowi i Aleksandrowi Bassinowi ze Słowenii - oraz profesorowi Rafałowi Drozdowskiemu. Za ich namową zdecydowałem się na rekonstrukcję tego cyklu. Dziś tematykę wystawy aktualizują współczesne zjawiska, jak globalizacja, inżynieria genetyczna, manipulacja medialna, czy obłuda polityków. Ten właśnie element „aktualizacji” znaczeń był osią, wedle której wybierałem prace do tej współczesnej prezentacji. Główny powód, że oglądamy tę wystawę teraz, nie bierze się stąd, że te prace pochodzą z dekady lat 80., ale dlatego, że dziś znaczą nie mniej, niż znaczyły kiedyś.

Profesor Rafał Drozdowski w recenzji wystawy chyba słusznie zauważył, że jej tytuł powinien brzmieć „Stare rekwizyty na nowe czasy”?

Tytuł „Rekwizyty-atrybuty” narodził się wraz z wystawą i mimo kuszących propozycji, nawet takich, jak ta prof. Drozdowskiego, nie skłonił mnie do jego zmiany. Poza tym uważam, że „Stare rekwizyty na nowe czasy” jest bardzo dobrym tytułem jego recenzji i trafnie ujmuje ten temat. Socjolożka dr Karolina Izdebska (współorganizatorka Kongresu Socjologów Polskich w Szczecinie) zauważyła, że wystawa oprócz walorów artystycznych, ma również wymiar socjologiczny. Owszem ma, ale tej narracji towarzyszy pewien rodzaj poetyki, który wiąże odległe od siebie epoki i dwa różne systemy - opresji i demokracji. To jest rodzaj refleksji, który jest dziś pomijany, trochę lekceważony głównie przez polityków. Przychodzi mi do głowy, że historycy dziejów, a nie tylko historycy sztuki, powinni zająć się analizą zjawisk w sztuce, bo łatwiej byłoby im opisać złożoność tamtych czasów i konsekwencje przemian, których byliśmy częścią.

Muszę przyznać, że gdy usłyszałam o pomyśle zorganizowania Pana wystawy w Muzeum Narodowym w Szczecinie nie mogłam się uwolnić od pewnego skojarzenia tej sytuacji z pewną pracą autorstwa Bena Vautiera. Jest to obraz, który składa się z deski z zamocowaną do niej zasłonką. Na zasłonie znajduje się napis „za wcześnie” a po uchyleniu zasłony na deseczce było napisane „za późno”. I tak pomyślałam, że w przypadku tej wystawy tym „za wcześnie” było zapomnienie wywołane historyczną skazą. Po obejrzeniu wystawy wiem, że prace są nie do podważenia. Nie miały możliwości wytrzymać próby pierwszej przeszkody jaką stanowiły warunki niesprzyjające ich społecznemu uznaniu ale udało im się przetrwać najważniejszą w sztuce próbę czasu. Jestem jednak ciekawa jakie emocje towarzyszyły Panu przed otwarciem wystawy? Jakie to uczucie „zmierzyć się” z tymi pracami po tylu latach?

Przywołana przez Panią praca znakomicie ilustruje rozterki, które towarzyszyły mi przy wielokrotnych próbach rekonstrukcji tej wystawy. Z jednej strony miałem moralne wsparcie kolegów, z drugiej zwątpienie, lęk przed posądzeniem o jakąś sentymentalną ramotę i kombatancki powrót do przeszłości. Tę decyzję musiałem podjąć sam i wziąć na siebie ewentualne ryzyko błędu. Proszę mi wierzyć, taka obawa jest paraliżująca i często zniechęcająca na tyle, by zamiar porzucić. Pewną zachętą było doświadczenie z przeszłości. Po szoku pierwszych dni i tygodni stanu wojennego, jako grupa niezależnych twórców, uświadomiliśmy sobie, że w przyszłości już nic nie będzie takie, jak wcześniej. Nie było jasne, czy zmiany będą „na lepsze”, czy „na gorsze”. I choć nie było również pewności jak odległa jest przyszłość, która miałaby owe zmiany sprawić, to jednak wierzyliśmy w ich nieuchronność. Przestała nas obezwładniać zniechęcająca bezsilność. Paradoksalnie stan wojenny wytworzył w środowisku artystycznym więzi, których wcześniej nie było. Reakcją było „robienie” sztuki kontestującej ten stan, ale wolnej od propagandowych pokus. To uwolniło nas od kontroli państwa totalitarnego. Pamiętam, zdarzały się „oferty” od działaczy podziemia, aby podejmować się realizacji podobnych do tych, jakie były efektem aparatu komunistycznego państwa, tylko z przeciwnego krańca. Gdybym wtedy uległ takiej pokusie, na pewno nie byłoby dziś rozmowy o „Rekwizytach”.

Inną realizacją, powstającą niemal równolegle do „Rekwizytów-atrybutów” jest cykl „Peryferyjna architektura przemysłowa”, w którym uprawia Pan racjonalną analizę krajobrazu, odsłaniając struktury wizualne ukryte w pejzażu. Serię prac zadedykował Pan koszalińskim obrzeżom, na których ulokowana została infrastruktura przemysłowa. Jednak i tutaj nie daje się również przeprowadzić wyraźnej granicy między metaforą a dokumentem.

„Peryferyjna architektura przemysłowa” poprzedzała „Rekwizyty”. Tutaj fotografia odsłania swoją magiczną moc zarówno jako dokument, jak i metafora. Rozmawiałem niedawno o tej dwoistej cesze z moim kolegą Tadeuszem Rolke. Ja byłem w trakcie przygotowań do wystawy w MNS, a on pracował nad swoim cyklem „Tu byliśmy”. Jego fotografie są również przesiąknięte tą dwoistością fotografii. Stają się śladem przeszłości i komentarzem współczesności.

Mówiliśmy o umiejętności odnajdowania metafor w potocznej rzeczywistości. To jest bodaj najtrudniejsze w fotografii. Mam wrażenie, że większość fotografów o tym albo nie wie, albo zapomina, czyniąc swoje fotografie zbyt dosłownymi lub jednowymiarowymi.

Zdzisław Pacholski, z cyklu Peryferyjna architektura przemysłowa, 1976

Chciałabym jeszcze spytać o serię zdjęć tworzących swoisty esej fotograficzny z odręcznie dopisanym komentarzem: „Dotknąć to uwierzyć”. Ta bardzo poetycka realizacja wydaje się być jedną z najbardziej osobistych. W swojej wymowie stawia pytania odnoszące się do kwestii ostatecznych, eschatologicznych, dotykające obszarów sacrum…

Już wspomniałem o tym na początku naszej rozmowy. W cyklu „Dotknąć to uwierzyć” idzie o istotę przedmiotu i poznania przez dotyk. Dotyk jest bardzo osobisty i intymny. Jest jednym z najstarszych zmysłów jakim rozpoznajemy otoczenie. To, że możemy „mieć” przedmioty, dotykać i patrzeć na nie, sprawia, że poprzez nie uwiarygadniamy własne istnienie. W powieści Gabriela Garcii Marqueza „Sto lat samotności” mieszkańcy miasteczka Macondo zapominają do czego służą najprostsze przedmioty. By móc się nimi skutecznie posługiwać, opatrują przedmioty karteczkami z opisem ich użycia i te karteczki przywiązują- jak metki- do przedmiotów. To jedna z najniezwyklejszych profetycznych wizji w dziejach literatury, zwiastująca lawinę informacji w której toniemy. Te przedmioty i próba nadania im znaczeń poprzez opis sposobu ich użycia jest czymś, co mnie fascynuje i towarzyszy mojej tęsknocie by przeniknąć istotę rzeczy, odsłonić ich aurę i włączyć we własną egzystencję. Sprawa się nieco komplikuje gdy w grę wchodzi „wyobrażenie” przedmiotu np. w fotografii.

 

Zdzisław Pacholski, z cyklu Dotknąć to uwierzyć, 1985

To znaczy?

Od wielu lat intryguje mnie kwestia dotycząca (nie) przekładalności potocznej rzeczywistości na jej „obraz”, wyobrażenie. Słowem: relacja między rzeczywistością a iluzją. Jeśli miałbym doszukać się jakichś analogii w sztuce to przychodzi mi do głowy obraz Rene Magritta „Ceci n'est pas une pipe”. Tym, którzy mogą tego nie pamiętać, przypomnę, że Magritt namalował obraz przedstawiający fajkę i zatytułował go: „To nie jest fajka”. Obraz fotograficzny nie jest tym, co przedstawia, tak jak mapa nie jest terytorium.

Pana realizacje z lat 90. posiadają głównie fotomedialny sztafaż. Widoczne jest tu poszukiwanie nowych rozwiązań formalnych i rozszerzanie obszaru fotografii. Na przykład w takich realizacjach jak „Cytaty z rzeczywistości” czy „Heroizm widzenia” – o których wspomniał Pan na początku naszej rozmowy- podejmuje Pan próbę zmierzenia się z fotografią cyfrową i komputerową obróbką obrazu, bawi się możliwościami, które dają nowe technologie. Równocześnie z symboliki narracyjnej przechodzi Pan do znacznego upraszczania i wyczyszczania …

To nie jest zabawa nowymi technologiami. To raczej próba sprawdzania ich możliwości jako narzędzi i ich ograniczeń. W „Cytatach z rzeczywistości” chodziło nie tyle o walor technologiczny, co uświadomienie sobie cytowania rzeczywistości fotografią, jako medium mechanicznej rejestracji. Wystawa która w 1994 roku została pokazana w Koszalinie, mówiła o tym, że fotograf cytując rzeczywistość, afirmuje i podkreśla ważność chwili w obliczu przyszłości.

Cieszy mnie, że dostrzega Pani upraszczanie i wyczyszczanie, które np. w „Heroizmie widzenia” rzeczywiście są ważne. Fotografia, trochę mimowolnie, wykreowała cztery pojęcia, które na trwałe weszły do języka potocznego. Pierwsze to „fotogeniczność” - pojęcie, które przyjęło się jako miara piękna i wdzięku osoby portretowanej. Jeszcze nigdy wcześniej piękno nie zostało tak trwale powiązane z naszym ciałem jak poprzez fotografię. Drugie pojęcie to „fotograficzna dokładność”, które stało się miarą precyzji oraz rzetelności odtwarzania detali. Trzecie pojęcie to „pamięć fotograficzna” rozumiana jako nośnik długotrwałej i szczegółowej pamięci u ludzi, którzy tę zdolność posiadali wcześniej, ale teraz znalazła zakotwiczenie w fotografii. Natomiast czwarte z pojęć to właśnie „heroizm widzenia” w którym uświadamiamy sobie, za Susan Sontag, że fotografia ma zdolność kształtowania rzeczywistości w imię własnych potrzeb estetycznych. Uproszczenie obrazu fotograficznego - jak w cyklu „Heroizm widzenia”, w którym nośnikiem informacji są wielkie punkty (piksele) - sprawia, że nasze widzenie zostaje obarczone intelektualną spekulacją doszukiwania się innych tematów niż tylko te, które niesie sam obraz. Umysł zaskoczony uproszczeniem, wkracza w swojskie obszary, ale te są już zajęte doskonałością współczesnej fotografii cyfrowej. Uproszczenie wzmaga wysiłek - dodam, że udany- w odczytywaniu wielości interpretacji.

Zdzisław Pacholski, z cyklu Heroizm widzenia, 2007

W katalogu wystawy „Heroizm widzenia” stwierdza Pan jednak, że „komputer staje się rodzajem narkotycznej pasji, której łatwiej się podporządkować niż z niej wyzwolić”. Odczytałam te słowa jako rodzaj ostrzeżenia przed nadużywaniem w sztuce nowych technologii…

Inwazja obrazów i nowe technologie, które nami zawładnęły chwieją wiarygodnością fotografii budowanej przez ostatnie 174 lata. Sugeruję wzmożoną czujność, gdyż dzisiejsze media nadużywają obrazów do kreowania naszych wyobrażeń o świecie rzeczywistym. Prace z cyklu „heroizm widzenia” zrobiłem 20 lat temu, a po raz pierwszy pokazałem 19 lat temu w galerii MOJE ARCHIWUM Andrzeja Ciesielskiego. Wtedy tylko nieliczni widzowie rozumieli o czym do nich mówię. Wydaje mi się, że dopiero teraz - ostatni pokaz miał miejsce w galerii OBSERWACJA w Warszawie w marcu 2013 - wystawa trafiła wreszcie na swój czas, miejsce i ludzi. Chcę przez to powiedzieć, że nie zawsze wystarcza profetyczna wizja, nieraz trzeba ją jeszcze otulić upływem czasu, aby stała się jaśniejszą ideą. Technologia jako zjawisko społeczne odmienia świat i ludzi. Myślę, że w tym kontekście „heroizm widzenia” ma wartość zarówno socjologiczną, jak i perswazyjną. Choć mówi o strukturze obrazu, to informuje również, że nie jest tym, co się wydaje na pierwszy rzut oka.

Patrząc na ostatnie Pana realizacje można sądzić, że pytania o zasadność zachowania czystości formy stają się na powrót dla Pana aktualne i uzasadnione?

No właśnie. Być może jest w tym próba ustalenia na jakim gruncie stoję. Cechą która wiąże współczesne sztuki wizualne z rzeczywistością jest nasycenie technologiczne. Te cuda techniki i technologii wciągają, otumaniają, powodują rodzaj odrętwienia, potrafią zawładnąć i uzależnić. Doświadczenie, jak to z „Heroizmem widzenia”, nie tylko jakoś obłaskawia to nowe narzędzie, ale pozwala na zachowanie wobec niego dystansu.

Projekt „Tutaj” to powrót do fotografii krajobrazowej łączonej z humanistycznie zorientowanym fotoreportażem. Nazwa „fotografia humanistyczna” w tym wypadku bardzo dobrze oddaje specyfikę zdjęć, przesyconych życzliwością względem miejsc, które Pan fotografuje. Tematem cyklu czyni Pan dziedzictwo Koszalina związane z jego wielokulturowością, z obszarami, gdzie przenikały się narodowości. Fotografia staje się sposobem pokazania splątanych i fascynujących losów, narzędziem przywracania pamięci, wynajdywana znaków tożsamości kulturowej między dzisiejszymi a dawnymi mieszkańcami tych ziem. Proszę opowiedzieć coś więcej o tym projekcie …

Wspomniałem już o tym, że w pierwszej połowie lat 80. na własne ryzyko i za własne pieniądze wyruszyłem na Zachód Europy. Od tamtej chwili minęło 30 lat. Efektem był szereg wspólnych realizacji ale również wiele niezwykłych zdarzeń, spotkań i znajomości. Wcześniej chyba nie zdawałem sobie sprawy z tego, że rozpoczęty w 1983 roku ów \"Drang nach West\" nieuchronnie wiódł mnie ku tej jeszcze dotykalnej przeszłości Koszalina. W dodatku niełatwej, bo dotyczącej losów Polaków, Niemców i Żydów. Uświadomiłem sobie również, że korzenie tych wydarzeń sięgają w przeszłość miejsca, w którym żyję i które mnie ukształtowało. To miejsce na Pomorzu, dotknięte jest komunizmem, pruską przeszłością i tyglem etnicznym, będącym efektem największego eksodusu ludności w nowożytnej Europie. Pomyślałem wtedy, że nie od rzeczy byłoby dać jakieś ujście temu, co się we mnie zebrało. To było/jest dla mnie dość nieoczekiwaną odmianą ponieważ - jak Pani słusznie zauważyła- moja twórczość koncentrowała się raczej wokół innych zjawisk w sztuce.

Wystawa \"Tutaj-here-hier\" jest propozycją polegającą na włączeniu innych autorów w przestrzeń zakreśloną moimi fotografiami. Do udziału w tym projekcie zaprosiłem czwórkę ludzi związanych z Pomorzem, dziś mieszkańców Europy. Oni, rozbudowują i poszerzają tę przestrzeń własnym doświadczeniem, wrażliwością i talentem. Projekt ten jest zderzeniem dwóch ekspresji: obrazu fotograficznego i literatury. Tego typu mariaże są stosowane często, nie zawsze z dobrym skutkiem. Nie jest to ani łatwe, ani proste, zważywszy na pułapki banalności, czy pospolitego grafomaństwa. Istota sprawy leży w zachowaniu właściwych proporcji, by obraz nie zdominował tekstu, ale by również tekst nie zawładnął obrazem. Podobne \"struktury\" były już wykorzystywane w sztuce. W Polsce z powodzeniem ten rodzaj twórczości uprawia Jerzy Lewczyński czy Anna Bohdziewicz i Mariusz Hermanowicz. W Stanach Zjednoczonych wybitnym przedstawicielem tego nurtu był Wright Morris.

W wystawie „Tutaj-Here-Hier” jest sporo pejzażu, fotografowanego przeze mnie z intencją, że jest w nim zatopiona przeszłość. Ryszard Ziarkiewicz recenzując tę wystawę dla „Alamanachu Kultury Koszalina” nazwał go „pejzażem pojednania”. Dla mnie i współautorów ta wystawa jest poszukiwaniem i odkrywaniem tożsamości miejsca.

 

Zdzisław Pacholski, z cyklu Tutaj-Here-Hier, 2011

Z naszej rozmowy wyłania się zarys pewnej postawy, która przez lata, przez kolejne doświadczenia, zachowuje tożsamość, przykuwa uwagę i dobrze puentuje Pana Twórczość. Widzę silną więź pomiędzy wszystkimi etapami Pana twórczości, nie tyle w podejściu technicznym, co w ewolucji pewnej idei. Odnoszę wrażenie, że dla Pana fotografowanie jest przede wszystkim formą szukania odpowiedzi na pytania w rodzaju: czym jest to, co robię? jak odnosi się to do mojego życia i do rzeczywistości w której żyję? I w końcu: jak to, co robię funkcjonuje w życiu zbiorowym?…

To, co tu Pani mówi jest trafnym podsumowaniem mojej pracy. Mam nadzieję, że również i mnie udało się, choć częściowo, tego dowieść.

Co dzisiaj dla Pana znaczy „być fotografem”?

Zdarza mi się widzieć „rzeczy” tam, gdzie pozornie ich nie ma. Nie dowierzam w pełni czterowymiarowej czasoprzestrzeni bo wydaje mi się, że zastawia pułapki i igra z moją świadomością, sugerując, że sama jest tylko naśladowaniem pozorów. Więc towarzyszy mi tęsknota by dostrzegać tę ulotną złożoność świata i umieć przełożyć ją na ludzki język, z użyciem tego magicznego medium, jakim jest fotografia.

-------
Zdzisław Pacholski – ur. w 1947 r. w Osiekach. Artysta fotograf od 1977 r., członek Związku Polskich Artystów Fotografików. Jest autorem licznych wydarzeń artystycznych, m.in. wystaw z cyklu Rewizja. Działał na rzecz kultury niezależnej w czasie stanu wojennego. Uczestniczył w wielu wystawach w Polsce i na świecie, m.in. w Biennale w São Paulo w 1989 r. Jest honorowym członkiem niemieckiego stowarzyszenia twórczego Walbergener Kreis. W 2008 r. został wyróżniony medalem im. Waldemara Kućki przyznawanym wybitnym twórcom polskiej fotografii.

Zdzisław Pacholski, „Rekwizyty atrybuty”, Muzeum Narodowe w Szczecinie 12–29.09.2013 kurator: Magdalena Lewoc