Kim są ludzie Mariny Abramović? Czyli spotkanie z Johnem Bonafede

Autor: Magazyn Sztuki Opublikowano:

Ewa Paulina Kozik

Nie tak dawno wszedł do Polskich kin film Marina Abramović:The Artist Is Present (Marina Abramović: artystka obecna). Jest to dokument o artystce stawiający sobie za punkt wyjścia wystawę o tym samym tytule, która miała miejsce w nowojorskim Museum of Modern Art (MoMA) w 2010 roku.

Film ukazuje w niezmiernie interesujący sposób nie tylko życie Mariny i realizację wystawy, lecz także jej niezwykłą postawę. To, że artystka jest osobą naprawdę inspirującą, bezkompromisową i jednocześnie kontrowersyjną, wiemy już z pefromansów, które zrealizowała. Kim jednak są ludzie, którzy odważyli się odtworzyć jej działania? Przez trzy miesiące występować przed tysiącami widzów zwiedzających muzeum i być w stanie sprostać nie tylko fizycznemu wysiłkowi, ale również presji, oczekiwaniom i prestiżowi jaki narzuca sama postać Mariny, wchodzenie w jej rolę. Mimo precyzyjnego castingu i wielodniowych intensywnych ćwiczeń kilka osób zostało odrzuconych już w prawie ostatecznej fazie przygotowań, a dwie z przyjętych performerek straciły przytomność w czasie trwania wystawy. Jaką siłę trzeba mieć, by być wstanie wejść w rolę Abramowić? Na te pytania próbowałam sobie odpowiedzieć podczas spotkania z Johnem Bonafede, jednym z artystów, którzy wzięli udział w projekcie. (il. Marina Abramowić w MOMA, 2010, rys. John Bonafende)

Specyfika Manhattanu

Johna poznaję przypadkiem na wystawie instalacji dźwiękowo-wizualnej w dolnej części Manhattanu zwanej Tribeca. Wystawa odbywa się w dwóch niewielkich salach o przyciemnionym świetle, przy kojąco medytacyjnej muzyce i zapachu kadzidełek. Intymna sytuacja sprawia, że John zaczyna dzielić się ze mną swoimi wrażeniami na temat miejsca, w którym się znajdujemy. Na tym etapie jeszcze nie wiem, kto do mnie mówi, on nie wie, kim jestem ja. Dopiero pod koniec rozmowy dostaję jego wizytówkę. John Bonafede znika z pola widzenia, a w mojej świadomości zaczyna rysować się zrozumienie, z kim właśnie miałam do czynienia.

Kilka dni później udaję się na zachodnią stronę Manhattanu, w okolice 40. ulicy, wcale nie tak daleko od miejsca, w którym prezentowana była instalacja. Tutaj jednak atmosfera jest inna. Wysiadam na pełnym gwaru i kolorów Times Square i oddalając się od niego mijam niezliczoną ilość sklepów i fast-foodów. W którymś momencie skręcam w ulicę o dość wysokich blokach, mijam spory parking. Większość znajdujących się tutaj domów jest szarych i łudząco do siebie podobnych. W jednym z nich znajduje się studio Johna. Naciskam dzwonek domofonu, krótkie przywitanie i jestem już w środku. Zwalista, metalowa winda, przemierzająca z niepokojącym łoskotem kolejne piętra, ma teraz w posiadaniu moje życie. Gdy w duchu zaczynam zastanawiać się czy dobrze zrobiłam decydując się na to spotkanie, jej ogromne drzwi rozsuwają się na oścież. Moim oczom ukazuje się duża przestrzeń studia: ogromne obrazy na ścianach, podest na scenę, sięgające wysokiego sufitu przegrody ścienne bez drzwi. W pomieszczeniu – o wejściu z windy prosto do mieszkania – znajduje się co najmniej sześć osób, dyskutują poważnie na temat małego żółtego ptaszka, który rano wleciał do pokoju Johna i do tej pory go nie opuścił.

Ciemnowłosa dziewczyna w różowym dresie: John, musisz go czymś nakarmić.

John: Ależ wiem, dałem mu makaron.

Drobna, chuda blondynka: Makaron? Powinieneś nakarmić go orzechem nerkowca!

Niski, krępy chłopak: Nie, nie, daj mu winogrona!

Ja: Hmm, wydawało mi się, że ptaki jedzą chleb…

John proponuje mi zupełnie bezsmakową ice-tea (w stu procentach organiczną, bez dodatku cukru) po czym prowadzi mnie przez okno na dach budynku. Tutaj, wśród powiewających na wietrze tybetańskich flag, zaczynamy naszą rozmowę.

Marina Abramović

John: Marinę poznałem kilka lat temu, tuż po przyjeździe do Nowego Jorku. Ponieważ trudno jest się utrzymać ze sztuki performatywnej, dorabiałem jako barman. Mój kolega zaproponował mi pracę podczas bankietu w prywatnym mieszkaniu. Nie wiedziałem kim są ludzie, których mam obsługiwać. Poszukując adresu, pod który miałem się zgłosić, zwróciłem się do przechodzącej obok pary: „Szukam 70 Grand”. Odpowiedział mi mężczyzna z włoskim akcentem: „Czyż wszyscy tego nie robimy?”[1]. Żartujący w tak lekki sposób w obcym dla siebie języku, okazuje się osobistym asystentem Mariny, która również stoi obok. Ledwo ją dostrzegam, wykrzykuję „Ty jesteś Mariną Abramović! Do cholery, jesteś moim guru!”, “Ja jestem Twoim guru, do cholery? A kim Ty jesteś?” odpowiada Marina. Krótka wymiana zdań kończy się na wskazaniu mi drogi do mojego miejsca pracy, które okazuje się jej mieszkaniem.

Ewa: Nie wierzę.. no ale w końcu znajdujemy się w Nowym Jorku.

J: No właśnie. Podczas bankietu poznaję jeszcze kilku innych sławnych ludzi, między innymi Björk, przez którą ze stresu sparzyłem się herbatą. Jednak mój wysiłek nie idzie na marne, gdyż okazując mi wdzięczność obdarza mnie ciepłym uściskiem. Pod koniec imprezy Marina podchodzi do mnie i pyta o wizytówkę. Naprawę niezwykły wieczór.

E: Jakie jest mieszkanie Mariny?

J: Zupełnie inne niż to, w którym się teraz znajdujemy. Wszystko jest białe, sterylne, minimalistyczne.

E: Czy po tym wieczorze nawiązaliście współpracę?

J: Nie. Marina poznaje ogromną ilość ludzi prawie każdego dnia. Jednak po bankiecie zostałem w kontakcie z Davidem (menadżerem Mariny), który poznał mnie z ludźmi z MoMA. (W tym czasie – w 2010 roku - MOMA przygotowywało retrospektywę „Marina Abramowić – artystka obecna” i poszukiwało odtwórców jej performance – red.) Zgłosiłem się do nich i zostałem przyjęty jedynie dzięki portfolio, które ukazuje mój dorobek artystyczny.

E: Czy możesz opowiedzieć trochę o waszym pobycie w podmiejskim domu Mariny, gdzie przeszliście serię ćwiczeń przygotowujących do występu w MoMA? Miałam okazję spotkać się z Angelą Freiberger[2], która oprócz tego, że mówiła w samych superlatywach o Marinie, nie chciała powiedzieć zupełnie nic. Czy składaliście jakieś przysięgi zobowiązujące was do milczenia?

J: (Śmiech) Nie! Angela jest świetna, bardzo ją lubię, czasem wpada tutaj na obiady! Ale jedyną rzecz, jaką podpisaliśmy, to dokument, mówiący o tym, że nie będziemy mówić jakie zarobki zaoferowało nam MoMA. Dla muzeum była to zupełnie nowa sytuacja: trzydziestu sześciu performerów, występujących każdego dnia po siedem godzin. Nie mieli pojęcia jak sobie z tym poradzić. Z tego względu, że suma ta była śmieszna, niektórzy zaczęli się martwić, że nie będą w stanie zapłacić za czynsz.

Ale wracając do naszego pobytu w posiadłości Mariny. Znajduje się tam dom w kształcie gwiazdy, gdyż został kupiony od lekarza, którego rodzina była pięcioosobowa. Każdy miał do wykorzystania jedną część domu (śmiech). Marina jest również właścicielką kilku akrów lasu i jeziora. Nasz pobyt odbywał się pod hasłem Cleaning of the house (czyszczenie domu). Dom, w tym przypadku, oznaczał Ciebie. Podstawowe zasady to: zakaz używania telefonów, brak komunikacji z innymi (czy to poprzez rozmowę czy inny sposób porozumiewania się), zakaz jedzenia, zakaz czytania, oglądania telewizji czy słuchania radia (chyba, że Marina Ci je udostępniła), zakaz pisania, opuszczania posiadłości, uprawiania seksu. Były osoby, które oszukiwały i, na przykład, rozmawiały ze sobą szeptem. Patrzyłem na nie ze zdziwieniem. Nie rozumiałem, po co tam przyjechały, jeśli chciały łamać zasady. Miały taką unikalną szansę, żeby się czegoś nauczyć a zamiast tego wracały do tego jak żyły na co dzień. Potem zostały przez Marinę wykluczone. Marina szukała osób niezwykle silnych, zarówno fizycznie, jaki i psychicznie.

E: Ile trwał wasz pobyt w tym miejscu?

J: Pięć dni. Z każdym dniem było coraz trudniej. Każdy z nich zaczynał się pobudką o świcie i kilkoma rozgrzewającymi ćwiczeniami. Potem szliśmy nad jezioro i braliśmy razem kąpiel. Niektórzy wchodzili do wody w ubraniach, ale nie wiem jaki był w tym sens skoro w muzeum i tak przez większość czasu mieliśmy występować nago. Po porannej kąpieli Marina zadawała nam różne zadania. Każde trwało trzy godziny, po nim otrzymywaliśmy trzy godziny przerwy, aby przemyśleć to, co się zdarzyło, przygotować do następnego ćwiczenia. I tak w kółko przez cały dzień.

E: Bardzo intensywnie. Jakie to były zadania?

J: Niektóre z nich znałem już wcześniej, ale próbowałem zapomnieć, co o nich wiem, i doświadczać ich od nowa. Na nowo.

Jednym z zadań było patrzenie na wybraną przez każdego indywidualnie rzecz, która wydawała mu się piękna lub ciekawa. Przez trzy godziny, bez przerwy. Ja obserwowałem rosnący nieopodal kwiat. Patrzyłem jak pszczoła go zapyla. I jak zmienia się na nim światło wędrującego po niebie słońca. Niezwykłe skupienie na detalach i drobnych lecz nieustannie zachodzących różnicach. Niemalże medytacyjne zadanie.

Innym było powolne pisanie swojego imienia. Pisałem moje imię w formie spirali: jedna litera w drugiej. Gdy tylko skończyłem usłyszałem nad sobą głos Mariny: „za szybko!”. Pod koniec naszego pobytu powtarzaliśmy to ćwiczenie jeszcze raz. W ciągu trzech godzin zdążyłem jedynie napisać “J”, “o” i zacząć literę “h”. Nauczyłem się, że nie trzeba za wszelką cenę kończyć rozpoczętych działań, że nie wszystko ma początek i koniec.

Albo sadzała nas za stołem, na którym każdy miał swoją grupę wymieszanych ziaren: biały ryż, ciemny ryż, itp. Przez kilka godzin rozdzielaliśmy poszczególne rodzaje ziarna i liczyliśmy ilość każdego z osobna. Po upływie dłuższego czasu Marina zgarnęła je wszystkie do jednej miski. Lekcja tego, że nie musimy wcale przywiązywać się do dzieła, nad którym pracujemy. Że wszystko przemija.

E: Trochę jak zasady mandali?

J: Tak, zdaje się, że było to ćwiczenie Sufi. Ostatnie zadanie było najtrudniejsze. Marina kazała każdemu z nas wziąć ze sobą krzesło i zaprowadziła nas do lasu. Potem, w trakcie drogi, zostawiała nas pojedynczo, w różnych częściach lasu. Sadzała nas na krzesłach z zawiązanymi oczami i pozostawiła na długie godziny. Gdy odchodziła, powiedziała, że mamy się nie ruszać, że po nas wróci. Jednak możesz sobie wyobrazić jakie to uczucie, gdy nic nie widzisz i znajdujesz się pośrodku nieznanego ci, dzikiego terytorium. W którymś momencie myślałem, że Marina o mnie zapomniała, że wszyscy już dawno są z powrotem w domu a ja zostałem tu sam, na zawsze. Całe ciało zaczęło mi drętwieć od nieruchomego siedzenia, a komary zaczęły atakować moją twarz. Jednak założyłem sobie, że się nie ruszę, że wytrzymam. Po trzech godzinach, które wydawały się trwać wieczność, Marina wróciła.

Po takich doświadczeniach zaczynasz słyszeć. Tak naprawdę, całym sobą.

E: I po takich ćwiczeniach byliście gotowi na intensywne trzy miesiące wystawy w MoMA?

J: Marina szukała ludzi naprawdę wytrzymałych. A i tak podczas Nowojorskiej wystawy dwie performerki zemdlały z wyczerpania. Ja odtwarzałem głównie Imponderabilia z 1977, kilkakrotnie Nude with skeleton z 2002 i Point of Contact z 1980 roku. Performance Imponderabilia jest niezwykle mocny. Ludzi, którzy przechodzili przez drzwi zawsze śledziłem wzrokiem, starałem się patrzeć im prosto w oczy. Gdy byli już w drugiej sali, natychmiast wracałem wzrokiem do mojej partnerki stojącej naprzeciwko. Performance ten to nie tylko dwoje ludzi stojących nago naprzeciw siebie. To niezwykłe pole energetyczne, które się wytwarza między nimi, gdy patrzą sobie w oczy przez cały dzień. Ludzie, którzy między nami przechodzili, musieli je czuć. Jest w tym o wiele więcej niż to, co mogłoby wynikać ze zdystansowanej obserwacji.

John Bonafede

John jest wysoki, dobrze zbudowany, króciutko ostrzyżony. Jego ojciec jest Włochem, mama Irlandką, on sam od urodzenia mieszka w Ameryce. Jest weganem, a godzinę rozpoznaje po wysokości słońca na niebie. W studio, w którym zarówno mieszka jak i tworzy, przez ponad osiem lat organizował wraz ze współlokatorami wieczorne spotkania artystyczne. Odbywały się one w każdą pierwszą sobotę miesiąca. W spotkaniach mógł wziąć udział każdy, kto chciał zaprezentować swoją sztukę przez nie dłużej niż dwadzieścia minut. Czasem były to dzieciaki z ubogich rejonów Brooklynu, które rapowały swoje własne kawałki. Kiedy indziej na scenę wchodzili poeci by recytować swoje wiersze, lub performerzy. Jednym słowem, wszelkiego rodzaju artyści, którzy chcieli się czymś podzielić. Impreza ta, reklamowana poprzez pocztę pantoflową, cieszyła się ogromną popularnością.

(…)

John, oprócz tego, że jest artystą, jest również współzałożycielem fundacji „Tibetan Bridge”, której celem jest edukacja i opieka nad ubogimi tybetańskimi dziećmi.

Wiele z pefromansów Johna można obejrzeć na stronie: www.johnbonafede.com
Fundacja Tibetan Bridge na: http://www.tibetanbridge.org/



John Bonafende, \"Paint Roller\", performance NY

 


[1] W angielskim „grant” to potoczny „tysiąc”, tutaj żart sytuacyjny: „I’m looking for seventy-nine Grant” można zrozumieć jako „szukamsiedemdziesięciu tysięcy” lub „szukam ulicy Grant, nr 70”.

[2] Angela to inna artystka, która wzięła udział w projekcie Mariny w MoMA.