Konceptualizm od siekiery

Autor: Magazyn Sztuki Opublikowano:

Od lewej: Piotr Bujak, Rafał Bajena, Mikołaj Iwański, „Shoplifters of the World Unite”, KinoTeatr Pod Złotym Leszczem, Szczecin, 21.01.2016, fot. Kamil Macioł

Z Piotrem Bujakiem rozmawia Joanna Szczepanik *

Zawsze jest tak, że jak pracujesz z ruchomym, przetworzonym obrazem, i jedziesz do instytucji, której nie znasz, to trzeba doliczyć jeszcze parę ładnych godzin na dostosowywanie formatów plików, z którymi przyjechałeś, do możliwości ekspozycyjnych instytucji, z którą w danej chwili współpracujesz.

A jak oceniasz możliwości ekspozycyjne instytucji, z którą w tej chwili współpracujesz? Rozmawiamy w siedzibie Stowarzyszenia Twórców i Producentów Sztuki, KinoTeatrze pod Złotym Leszczem w Szczecinie.

Bardzo lubię tego typu sytuacje, taka instytucja – nie instytucja, albo minus instytucja. Wiesz Joanna, ja generalnie czuję się silnie związany tak twórczo, jak i światopoglądowo z anarcho-awangardą i w Złotym Leszczu czuję się bardzo natywnie...

Twój wczorajszy wykład w Akademii Sztuki w Szczecinie dotyczący sztuki zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych miał imponującą frekwencję.

Zdarzało mi się, że miałem dużą frekwencję, ale nie zdarzało mi się nigdy, żebym miał aż taką.

Z czego ona Twoim zdaniem wynikła? Magia słowa zachód?

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Możliwe, że to jest magia słowa zachód, możliwe też, że przyszli ludzie dzięki wstawiennictwu albo zaproszeniu Mikołaja Iwańskiego. Wydaje mi się, że zależało mu na tym, żeby przekazać tą wiedzę. Materiał starałem się dobrać w taki sposób, żeby maksymalnie zainteresować studentów. Zresztą z tego co mówili znajomi z kadry pedagogicznej, którzy w sumie dość licznie stawili się na spotkanie ze mną, to generalnie chyba się podobało...

Wróciłeś ze Stanów w 2013 roku, więc to opowieść o pewnym artystycznym fragmencie rzeczywistości osadzonym w konkretnym miejscu i czasie.

O! ładnie powiedziałaś, to jest dobre określenie. I o środowisku, z którym się najbardziej trzymałem, czyli odpowiedniku zaangażowano-krytycznego środowiska, które jest w Polsce. Sama sytuacja społeczno-ekonomiczna w Zatoce San Francisco, w której mieszkałem, strasznie się zmieniła. Miasto podlega procesowi tak strasznej i krwawej gentryfikacji, jak chyba żadne inne miejsce na świecie. To, jak ja zapamiętałem San Francisco, może być zupełnie różne od tego, czym to miasto jest teraz.

Mógłbyś usytuować to, co się dzieje w San Francisco i okolicach na mapie sztuki Stanów Zjednoczonych? Na ile klimat artystyczny zachodniego wybrzeża jest typowy dla sztuki całego kraju?

San Francisco zawsze miało charakter kontrkulturowy. Już od lat 60., od w zasadzie od The Summer of Love. Jak byłem tam w latach 2010-2013 czuło się niekomercyjną, punk-rockową atmosferę. Oczywiście trzeba wziąć pod uwagę całokształt systemu w USA , czyli gigantycznie kosztownych studiów, świadomości tego, że trzeba będzie później te kilkadziesiąt tysięcy dolarów długu spłacić. To w fundamentalnym stopniu wpływa na charakter sztuki w danym miejscu. Nigdy nie byłem w Los Angeles, ale wiem, że tam jest jeszcze inaczej niż w SF, dynamiczniej. Scena jest o wiele większa, są większe możliwości sprzedaży. W SF nie ma wcale aż tak dużo galerii, raptem kilkanaście, ale scena kontrkulturowa, robiona z pasji i z wewnętrznej potrzeby budowania sztuką dyskursu intelektualnego jest bardzo zauważalna. Gdybym miał to zestawić na przykład z Nowym Jorkiem, to NY jest bardziej drapieżny, gwałtowny. Nie byłem w tym mieście tak długo, żebym mógł się ubierać w piórka eksperta od funkcjonowania nowojorskiej sceny artystycznej, niemniej dużo bardziej swobodnie czułem się w San Francisco. A tamtejsi artyści to naprawdę pierwsza liga. Lenny Harshman, Suzanne Lacy czy Stephanie Syjuco są na wyciągnięcie ręki, co też jest charakterystyczne dla Zatoki San Francisco Stephanie zaprosiliśmy ze Staszkiem Rukszą z Kroniki [przyp.red.: Centrum Sztuki Współczesnej w Bytomiu] na rezydencję w lipcu 2014 roku i to było beż żadnego wysiłku, bez żadnej akrobatyki. Etos artysty w ogóle w Stanach jest inny niż w Polsce. Tam nie ma takiego blichtru. Owszem, są nadęte super gwiazdy, typu Aaron Young, które uprawiają geszefciarstwo komercyjne, ale umówmy się, że nie będziemy o tym rozmawiać, to mnie nie interesuje.

Co poza Nowym Jorkiem?

Jest jeszcze Chicago i cały Midwest. Mocna scena zogniskowana jest wokół Instytutu Sztuki i Muzeum Sztuki w Chicago. Jeden z lepszych programów zajmujących się działaniami z pogranicza sztuki i technologii jest właśnie w tej szkole, wykłada tam na przykład Eduardo Kac, ten od genetycznie zmodyfikowanego królika. Coraz ciekawsze rzeczy dzieją się też w Nowym Orleanie. Tam jest bardzo fajne biennale, które się nazywa Prospect New Orleans. Ostatnio jego głównym kuratorem był strasznie fajny człowiek – Dan Cameron... Ale to też wynika z tak prozaicznych przyczyn jak położenie geograficzne. Jest cieplej, człowiek ma więcej chęci do przemieszczania się, jest lepsze światło. Instalacje są bardziej przestrzenne, bardziej improwizowane, przynajmniej ja to tak czułem. Oprócz tego jest naprawdę dużo programów pobytowych dla artystów, takich jak Skowhegan w Maine.

Odnosisz wrażenieże, ogólnie rzecz biorąc, w Polsce jesteśmy dobrze zorientowani w temacie sztuki amerykańskiej?

Myślę, że tak. To wynika też z tego, że artyści z USA są dość aktywni online, udostępniając i obszernie komentując swoją twórczość powodują, że jest ona relatywnie łatwo dostępna.

Wspomniałeś o Stephanie i o jej zaproszeniu do Kroniki w Bytomiu. Przyjechała z San Francisco na Śląsk. Jaki był jej odbiór rzeczywistości?

Była zachwycona. Ale zachwycona w tym sensie, że nie musi spędzać tutaj całego życia, że jest jako artystka na rezydencji.

Czujesz się szczególnie związany z Zagłębiem i Śląskiem?

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie. Zbyt dużo jestem w rozjazdach.

Pytam o to, bo w Twoim CV widnieje informacja o przyznawanym Ci przez kilka lat przez powiat będziński stypendium twórczym..

Stypendium Powiatu Będzińskiego było super. Bardzo mnie to dowartościowało. Wtedy jeszcze byłem żakiem, miałem nasrane we łbie jak w bombowcu i byłem w ciągu alkoholowym. Miałem też bardzo wysoką średnią, a stypendium było na podstawie ocen. Zawsze byłem dosyć drobiazgowy, wiedziałem, że to się może przełożyć na jakieś wymierne korzyści. Dzięki temu też wyleciałem do Stanów na stypendium Fulbrighta. Przyznawane jest na podstawie portfolio, ale bardziej wiarygodne dla komisji oceniającej wnioski są jednak oceny.

Przy okazji jednej ze swoich realizacji, „Fifteen feet of pure white snow”, deklarowałeś, że Twoim celem jest wejście w rolę badacza, który poprzez sztukę uprawia naukę. Niemniej jednak nauka to raczej sposób wyjaśniania i poznawania świata dążący do obiektywizmu, próbujący formułować reguły. Sztuka - wręcz przeciwnie, jest jednostkowa, indywidualna, subiektywna.

Mi się wydaje, że narzędzia wypracowane na polu sztuk audiowizualnych dają ci największą elastyczność do wypracowania naddatku intelektualnego, który potem ma przełożenie na nauki społeczne, techniczne, szeroko rozumiane humanistyczne. Dla mnie to jest zupełnie oczywiste. Pracujesz w taki sposób, że zastanawiasz się nad jakimś problemem, na przykład sytuacji społecznej artysty, czy zabezpieczeń socjalnych, i wykorzystując sztuki audiowizualne starasz się ten problem pogłębiać. Bo sztuka nie ma wypracowanych modułów, których się musisz trzymać. Raczej jest w drugą stronę, wypracowujesz naddatek tych bodźców, z którymi możesz coś zrobić w nauce sensu stricte.

Nie wiem czy z obiektywizmem nauki to jestem w stanie się tak stuprocentowo zgodzić. Badacz też stawia sobie tezę, którą stara się udowodnić, prawda? Mi się wydaje, że to wcale nie jest aż tak strasznie daleko.

A jak postrzegasz kwestię istnienia granicy między sztuką a aktywizmem politycznym?

Ale po co? Nie chcę nawet próbować wskazania takiej granicy. Dla mnie to nie ma aż tak wielkiego znaczenia. To jest tak, że z marchewki możesz zrobić zupę marchewkową, ale możesz ją też zjeść normalnie, to jest dalej marchew, dalej ma w sobie karoten. I chyba istotny jest ten karoten, a nie to czy go przyswajasz w formie zupy czy w formie surowej marchwi. Aktywizm polityczny może posługiwać się sztuką i vice versa. Ostatecznie ważny jest cel do jakiego się to odnosi. I tyle.

Bardzo lubię porównania kulinarne.

Jesteś zaangażowany w działania Obywatelskiego Forum Sztuki Współczesnej. W zeszłym roku miałam okazję uczestniczyć w moderowanym przez Ciebie spotkaniu wokół „Czarnej Księgi polskich artystów” w Jasnym Domu w Krakowie. Wydarzeniu towarzyszyła wystawa „Workers of the Artworld Unite”.

Dostałem bardzo dobry feedback z tego spotkania. Rzeczywiście, dużo osób zainteresowało się tym jak wygląda status społeczny artysty, jak wyglądają rozwiązania na płaszczyźnie prawnej, które dotyczą osób zajmujących się freelancersko sztukami wizualnymi, co z tym można zrobić. Dalej bardzo mało czasu jest poświęcane na akademiach temu, żeby studenci byli świadomi jak będzie wyglądało ich życie. Ja też na drugim roku chciałem sprzedawać w galeriach, bardziej chciałem być „producentem” niż zajmować się ideami i konceptualizmem od siekiery, którym się zajmuję teraz. Ale nie miałem bladego pojęcia o emeryturze, o ubezpieczeniach zdrowotnych, o rynku sztuki i funkcjonowaniu publicznego obiegu kultury. To są naprawdę strasznie ważne rzeczy. Zwłaszcza w kontekście kryzysu finansowego. Przykład Stanów pokazuje jak daleko sięgają macki rozwiązań prawnych, rozmontowujących bezpieczeństwo w imię walki z sztucznie wywołaną recesją. To wszystkich dotyczy, stąd moje zaangażowanie. Nie jestem członkiem OFSW, ale bardzo ich wspieram. Jestem członkiem Inicjatywy Pracowniczej.

W Polsce cały czas publicznie artysta jest rozpoznawany jako lekkoduch z dobrego domu, drobnomieszczan, który nie musi się niczym przejmować. To jest nieprawda. Bardzo dużo osób, które po liceach przychodzą na akademię sztuk pięknych to nie są osoby dobrze sytuowane.

Moje zagajenie o „Czarną księgę…” było wstępem do pytania dotyczącego kwestii bardzo prozaicznej. Wśród tematów, którymi zajmują się twórcy skupieni wokół OFSW jest między innymi społeczny odbiór artysty. Natomiast w Polsce często zdarza się, że wystawy albo poszczególne prace pokazywane w galeriach nie są przystosowane do odbioru przez osoby, które nie znają języka obcego. Taka sytuacja tylko podbija elitaryzm sztuki współczesnej. Wszystkie Twoje prace mają tytuły w języku angielskim.

Używam języka angielskiego, bo dużo bardziej mi się podoba, fonetycznie bardziej mi siedzi. Przetłumaczenie tytułu nie jest żadną filozofią, z którą instytucja nie mogłaby sobie poradzić. Poza tym bardzo rzadko używam dialogów, a jeżeli to robię, to zazwyczaj puszczam do tego polskie podpisy, bo trzymam się dyscypliny, żeby zachować wszystko w języku angielskim. To jest jednak łatwiej czytelne w globalnym kontekście.

Na przykład wszystkie prace, które pokazywałem w Bytomiu, miały tytuły angielskie i były tłumaczone na język polski. Do każdej była załączona notka w języku polskim. Jeśli chodzi o tą kwestię, też jestem bardzo drobiazgowy. Uważam, że artyści powinni pisać jak najwięcej o tym, co robią, rozmawiać o tym. W ten sposób produkujemy naddatek intelektualny. Dla mnie to jest zupełnie oczywiste. Ale to jest wiedza, którą przede wszystkim wyniosłem ze Stanów.

Pozostając w elitarnym obszarze słownictwa obszaru sztuki współczesnej, mógłbyś rozwinąć przypisywanie twoim realizacjom cechy takie jak strategia low budżet i DIY?

Posługuję się strategią low budżet i do it yourself, ale trzymam się bardzo zdyscyplinowanej estetyki, której staram się używać narzędziowo. Jeśli będzie mi potrzebne wykorzystywanie estetyki campu, to wykorzystam estetykę campu, ale dużo lepiej się czuję w minimalizmie. DIY wyniknęło z tego, że kiedy mieszkałem w Stanach, to w zasadzie całe moje myślenie o sztuce się przewartościowało. Miałem zapewnione jakieś poczucie bezpieczeństwa finansowego, ale po prostu nie miałem pieniędzy na realizowanie bardziej spektakularnych formalnie prac. Musiałem też myśleć jak to później przewiozę do Polski, więc zacząłem eksplorować rzeczy bardziej efemeryczne, oparte na ideach, łatwo powtarzalne. Tak jak te prace tutaj. To są ready mady pomalowane najbardziej chamską złotą farbą. Bardzo opieram się na myśli Beuysa, że każdy może być artystą. Bo każdy może być artystą.

Ostatnio w galerii Labirynt w Lublinie pokazałeś pracę „Closer” będącą częścią cyklu „Dirty zen”…

To duża, czterokanałowa instalacja. Materiał do niej nagrałem w 2011 roku. Skupiłem się na wykorzystywaniu najbardziej dostępnych przedmiotów. Składa się z czterech projekcji, z których każda przedstawia proces gotującego się mleka. Materiał został nagrany podczas jednego ciągłego ujęcia, a następnie mocno przetworzony podczas postprodukcji, tak że finalnie powstały cztery siostrzane klipy, trochę nawiązujące na poziomie wizualnym do klocków domino. Starałem się wyciągnąć z tego wątki egzystencjalne, dotyczące przemijania, czasu, poetyki ruchu i tych pojęć w kontekście filozofii zen, spokoju, podejścia do napięcia, ale z perspektywy bardzo zdystansowanej.

A dlaczego to zen jest dirty?

Często wykorzystywałem przedmioty, które się kojarzą z brudem, nie są w żaden sposób szlachetne. Są na tyle prozaiczne, że aż brudne.

Magda Ujma interesująco napisała o realizacji „Closer”, o zen i Fluxusie, w którego ideach myśl wschodu spotyka się zachodem. Ty sam wspominasz o inspiracjach Yoko Ono.

Yoko Ono wykorzystywała w poetycki sposób bardzo proste, często siermiężne przedmioty, czego ja też staram się trzymać we własnej twórczości wideo i instalacyjnej

A skąd upodobanie do wykorzystywania tytułów piosenek? Przykładem „Fifteen Feet of Pure White Snow” Nicka Cave’a & Bed Seeds, czy dzisiejsza wystawa i prezentowana na niej praca „Shoplifters of the World Unite” o tytule zaczerpniętym z utworu The Smiths.

Tytuł „Shoplifters of the World Unite” powstał wspólnie z kustoszem tego projektu, którym jest doktor Iwański. Uważam, że fajnie budować mosty między poezją, twórczością muzyczną i sztukami wizualnymi. Bez żadnych skrupułów to wykorzystuję. To jest rodzaj hołdu dla sytuacji poza sferą sztuk wizualnych.

W tym przypadku również hołdu dla „Manifestu komunistycznego”.

Oczywiście, że jest mi blisko do „Manifestu Komunistycznego”, ale moja instalacja to krytyka konsumeryzmu, obsesji na punkcie produktu i jego fetyszyzacji. Od czego to wyszło? Mikołaj kiedyś wpadł na pomysł, że świetnie byłoby skonfrontować moją twórczość i twórczość Piotra Skiby, który ma teraz swoją wystawę w Zonie Sztuki Aktualnej. Szalenie lubię Piotra i cenię jego realizacje, więc szukałem sposobności, żeby wejść w dialog z jego sztuką. Pomyślałem, że to jest dobry trop. Formalnie, jak przyjrzysz się tym rzeczom które pokazane są w Leszczu, to one są blisko Skiby na poziomie estetyczno-formalnym, tylko że u mnie są wykonane prostacko, powierzchownie i od siekiery, co jest też świadomym ruchem, mającym podkreślić patologie związane z kulturą konsumencką

Na zdjęciu promującym wydarzenie jest inna praca.

To kadr z filmu. To moje ulubione medium. Daje możliwość bardzo szybkiej rejestracji i szybkiego budowania, wyczulenia się na pewien typ zjawisk. Na filmie jest rejestracja parkingu przed centrum handlowym pierwszego maja, na którym jest absolutnie pusto, a kwatery przeznaczone na samochody kojarzą mi się z kwaterami cmentarnymi. Film, starałem się wyedytować w taki sposób, żeby przypominał trochę transmisję z obcej planety z przebitkami jak analogowe zakłócenia sygnału. Trochę jak lądowanie na innej planecie… w sensie, jak bardzo zmienia człowieka obsesyjny mechanizm konsumpcji.

 

*Piotr Bujak, „Shoplifters of the World Unite”, KinoTeatr Pod Złotym Leszczem, Szczecin, 21.01.2016, kustosz: Mikołaj Iwański, kier. prod.: Rafal Bajena.

Piotr Bujak, Shoplifters of the World Unite

Piotr Bujak, Shoplifters of the World Unite, fot. Kamil Macioł

Piotr Bujak, Shoplifters of the World Unite, fot. Kamil Macioł

 

* Piotr Bujak - interdyscyplinarny artysta wizualny, poruszający się pomiędzy sztuką video, instalacją i sztuka obiektu, autor tekstów i aktywista kulturalno-polityczny. Często eksperymentuje z przedmiotami znalezionymi i produktami konsumenckimi. Stypendysta fundacji Fulbrighta, absolwent San Francisco Art Institute, wychowanek Lynn Hershman Leeson i Stephanie Syjuco. Zainteresowany działaniami z pogranicza minimalizmu, konceptualizmu, sytuacjonizmu, appropriation art i sztuki krytycznej. Członek rady programowej fundacji Imago Mundi, długofalowo związany z Centrum Sztuki Współczesnej Kronika w Bytomiu. Jego twórczość, inspirowana awangardą zachodniego wybrzeża stanów zjednoczonych opiera się na strategiach Low Budget, Do It Yourself i Quick And Dirty przy zachowanie maksymalnej dyscypliny formalno-estetycznej i odpowiedzialności w stosunku do podejmowanego zagadnienia. Najczęściej zajmuje się tematami związanymi z patologiami społeczno-kulturowymi, politycznymi oraz ekonomicznymi w kontekście tak lokalnym, jak i globalnym.


Joanna Szczepanik - doktor nauk humanistycznych (Uniwersytet SWPS Warszawa), kulturoznawca. Stypendystka Narodowego Centrum Nauki, Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, Ministerstwa Spraw Wewnętrznych Rządu Meksyku oraz dwukrotnie Funduszu Wyszehradzkiego. Autorka książki \"Geografia artystyczna Neue Slowenische Kunst. Wieloaspektowość i kolektywizm\" (WN Katedra 2014), licznych artykułów poświęconych kulturze współczesnej oraz bloga wegetarianieicyklisci.blogspot.com. Mieszka w Szczecinie.