Na fali...

Autor: Katarzyna Koperkiewicz Opublikowano:

Piotr Śmierzewski fot. Katarzyna Fotorygo

Na spotkanie z Piotrem Śmierzewskim, znanym koszalińskim architektem i pomysłodawcą cyklu  wykładów „Morze Architektury”, umówiłam się w kawiarni. Z zewnątrz dociera dźwięk młota pneumatycznego i koparki. Za oknem remont ulicy Pileckiego, zapewne od dawna wyczekiwany przez rzeszę zmotoryzowanych mieszkańców.

Katarzyna Koperkiewicz: Można o Tobie powiedzieć, że jesteś Ojcem Projektu Morze Architektury?

Piotr Śmierzewski: Chyba tak można to określić, chociaż wiele osób związanych z koszalińskim SARP-em (przyp. red. Stowarzyszenia Architektów Polskich) od samego początku twórczo zaangażowało się w ten projekt. Szczególnie istotną osobą dla tego przedsięwzięcia jest między innymi autor wszystkich sesji fotograficznych, prezes  koszalińskiego SARP-u Bartek Warzecha.

Wszystko zaczęło się od wyboru do nowego zarządu. Zgodnie z misją naszego stowarzyszenia, jednym z najważniejszych jego celów jest edukacja architektoniczna, uwrażliwianie lokalnych społeczności na architekturę. Co to jest dobra, współczesna architektura? Na to pytanie staramy się w Morzu Architektury odpowiadać nie tylko za pomocą wykładów, dyskusji, ale też rozmów z naszymi gośćmi oraz profesjonalnych sesji fotograficznych, oczywiście z morzem w tle. Naszym długoterminowym celem jest utrwalenie tych spotkań z najlepszymi polskimi architektami w postaci profesjonalnej dokumentacji.

KK: Jednym słowem jesteś człowiekiem z misją.

PŚ: Tak mi się wydaje, myślę, że mam taką edukacyjną misję. W SARP-ie zostałem wiceprezesem do spraw twórczości, ale wielokrotnie byłem też wykładowcą akademickim. Zacząłem na Politechnice Gdańskiej, gdzie pracowałem zaraz po studiach, potem podczas studiów w Stanach Zjednoczonych, przez dwa semestry asystowałem w nauczaniu projektowania, następnie w Niemczech pracowałem jako asystent przez 6 lat na Technische Universität Darmstadt, no i oczywiście zakończona niedawno współpraca z Instytutem Wzornictwa Politechniki Koszalińskiej. Udało mi się też kilka razy zorganizować coś, co nazwałem „Arch with Kids”, czyli mini warsztaty dla dzieci w wieku szkolnym, pokazujące na czym polega architektura. To jest duże doświadczenie, z którego cały czas korzystam.

W Darmstadt zetknąłem się po raz pierwszy z profesjonalnie przygotowanymi wykładami o architekturze. Tradycja tych spotkań poświęconych architekturze sięgała lat 50-tych, a całość nazywała się „Mittwoch-Abend-Vorträge”. Wykłady odbywały się bardzo regularnie, zawsze w środę o 19. Pomimo tego, że spotkania miały miejsce na politechnice, która znajduje się nieco poza centrum miasta, to oprócz studentów i architektów przybywali na nie także ludzie spoza kręgów akademickich, zwykli mieszkańcy i to właśnie było fantastyczne, że to tak działało. A działało dlatego, że wykłady odbywały się cyklicznie i ani jeden nigdy nie został odwołany, wiadomo było, że jeśli środa wieczór to wykład o architekturze. Regularność była ich olbrzymią siłą.

KK: Zainspirowany przełożyłeś tę ideę na koszalińskie spotkania i ewidentnie ta magia działa, bo na Morze Architektury w Klubie Kawałek Podłogi przyjeżdżają ludzie nie tylko z Koszalina, ale także i okolic. Z jednej strony są to ludzie z bardzo wysmakowanym i utartym spojrzeniem oraz zupełnie jeszcze nieukształtowani, poszukujący swojej drogi.

PŚ: Tak. Na wykłady przychodzą ludzie  w różnym wieku i z różnych środowisk, nie koniecznie związanych z branżą. Naszym celem jest stałe poszerzanie grupy odbiorców. Chcemy dotrzeć z wykładami do seniorów, uczestników Uniwersytetu Trzeciego Wieku oraz osób bardzo młodych, licealistów i gimnazjalistów. Myślę, że w każdej z tych grup są ludzie, którzy chcą się czegoś dowiedzieć o architekturze współczesnej. Zestawienie ich różnych sposobów patrzenia na otaczającą nas przestrzeń w dyskusjach po wykładach może być wyjątkowo inspirujące.

KK: Koszalin, miasto bardzo specyficzne, przez swoją trudną historię ma problemy z określeniem własnej tożsamości. Wydaje się być przestrzenią, w której może być trudno znaleźć punkt odniesienia. Natomiast wykłady Morza Architektury już od pierwszego spotkania zostały bardzo dobrze przyjęte. Jak wytłumaczysz ten fenomen?

PŚ: Wydaje mi się, że dobre przyjęcie naszej idei wynika z tego, że była to odpowiedz na potrzebę lokalnej społeczności. Zależało nam, żeby pokazać to, iż o przestrzeni publicznej, architekturze można mówić prostymi słowami. Nasi goście to potrafią. Istotne znaczenie ma też nieformalny charakter naszej imprezy.

KK: Czy z jakiegoś konkretnego powodu wybraliście miejsce, w którym odbywają się wykłady?

BWA w Koszalinie, 2016, fot. RZ

PŚ: Tak, był to bardzo przemyślany wybór. Długo rozważaliśmy, gdzie powinny się odbywać spotkania. Miejsce jest kluczowe. Nie chcieliśmy popadać w jakieś struktury instytucjonalne. Zależało nam na swobodnej i dostępnej formule tych wykładów. Zdecydowaliśmy się realizować cykl w Klubie Kawałek Podłogi, który mieści się w byłym budynku BWA. Ten kontekst jest też istotny. Sala w której kiedyś odbywały się wystawy, teraz pełni rolę klubu, w którym rozmawia się między innymi o architekturze i przestrzeni miejskiej. Mieści się w nim ok 100 osób co bardzo odpowiadało planowanemu przez nas kameralnemu charakterowi imprezy.

KK: Często powtarzasz, że architektura to taki rodzaj sztuki, na który jesteśmy skazani, nie ma przed nią ucieczki, więc nie możemy być na nią obojętni.

PŚ: Trochę tak jest - architektura tym różni się od innych sztuk, takich jak malarstwo, rzeźba, film czy muzyka, że nie pozostawia nam wiele wyboru. Wszyscy gdzieś mieszkamy, a zamieszkujemy nie tylko mieszkania, budynki, ale także konkretną przestrzeń miejską. Nawet będąc niewidomym nie można od architektury uciec, bo wzrok to przecież tylko jeden ze zmysłów, którym odczuwamy przestrzeń.

Często przecenia się jednak rolę architekta w kształtowaniu przestrzeni. Jeden budynek w skali ulicy, obojętnie czy dobry czy zły, ma naprawdę niewielkie znaczenie dla przestrzeni miejskiej, to tylko… kropla w morzu. Spróbuj stanąć na środku ulicy Zwycięstwa i spójrz na to, co definiuje jej przestrzeń, jak niewielkie znaczenie ma pojedynczy obiekt architektoniczny, a jak bardzo istotna jest przestrzeń pomiędzy nimi, posadzka ulicy i niebo nad nią to już połowa elementów, które ją determinują. Na całokształt rzutuje wysokość zabudowy, odległości pomiędzy budynkami, proporcje, to stanowi między innymi o charakterze przestrzeni. Architekt projektujący konkretny obiekt nie ma już zbyt wielkiego wpływu na jakość przestrzeni miejskiej, bo decyzje o jej istocie zapadają dużo wcześniej, na etapie planowania urbanistycznego, tworzenia planów miejscowych.

Willa Moderna, Koszalin 2011, pracowania HS99
Koszalin, ul. Zwycięstwa, 2015, pracownia HS99

Projektując pojedyncze elementy wspólnej przestrzeni rolą architekta jest umiejętne wpasowanie się w tę układankę. Wielu z nas ma oczywiście wybór i nie musi mieszkać w budynku, który im się nie podoba. Z miastem jest jednak trochę inaczej.  Możemy sobie wyobrazić, że do pewnych części miasta nie zaglądamy, ale tą strefą, której unikamy nie powinno być centrum miasta. To jest to, o co na pewno warto w każdym mieście walczyć.

KK: Ostatni cykl wykładów z serii Morze Architektury,  „miasto może …” właśnie o tym traktuje. Bohaterami są architekci, którzy również wcielają się w rolę miejskich aktywistów. To przedstawiciele organizacji i inicjatyw, którym zależy na poprawie jakości życia w mieście.

PŚ: Jest to cykl poświęcony miastu, tej najważniejszej przestrzeni, którą zamieszkujemy. Zaproszeni goście przedstawiają bardzo różne opinie, traktujące o wspólnej przestrzeni miejskiej. Każdy z nich ma swoją indywidualną opowieść o mieście. Zbyszek Maćków zbudował cały swój wykład z krótkich opowieści o historii rozwoju kilku fragmentów Wrocławia, nazwał je „Cerowanie Miasta”.

Istotny był również głos Pawła Jaworskiego z fundacji „Napraw sobie miasto”, który w swojej pracy odróżnia mieszkańców od użytkowników przestrzeni. Przestrzeń miejską powinno się projektować dla wielu jej użytkowników, nie tylko mieszkańców. Trzeba ją badać, klasyfikować, poznać kim są jej odbiorcy i pod ich potrzeby projektować, twierdzi Jaworski. Podczas marcowego spotkania z warszawską grupą projektową Centrala, wysłuchaliśmy z kolei interesującego wykładu o poszukiwaniu i odkrywaniu historii miasta oraz jego współczesnej tożsamości.

KK: Ale również tego, jak miasta się zmieniają. Aktualnie w Warszawie dokonuje się rozbiórki symbolicznych obiektów: Domu Towarowego „Smyk”, pawilonu „Emilia”,  Rotundy...

PŚ: Ale to dzieje się w wielu miastach, to samo, na mniejszą skalę dotyczy również Koszalina. Budynki przedwojenne mają dużo łatwiejszy los, bo są zafiksowane w świadomości społecznej jako cenne i wielu ludzi postrzega je jako bardziej wartościowe, niż te powojenne. Ale nie jest to do końca prawda. Budynki są albo złe albo dobre, te późniejsze też mogą być interesujące i ich też w Koszalinie ubywa. Nie powinno się ich traktować jako zło tylko dlatego, że pochodzą z czasów komuny.

Fantastycznym przykładem na to jest koszaliński Ratusz. Choć wzbudza ambiwalentne odczucia mieszkańców, dla wielu ludzi przybywających do Koszalina jest symbolem miasta, jego najważniejszym budynkiem. Jest to pod względem architektonicznym bardzo przyzwoity gmach, zaprojektowany według trendów panujących ówcześnie w innych miastach Europy. Pomimo tego, że został już parę razy źle przebudowany, to wciąż jest to jeden z lepszych budynków okresu powojennego w naszym mieście.. Poza Ratuszem warto wspomnieć jeszcze Dom Handlowy Saturn oraz koszaliński Amfiteatr. To też są zabytki, tylko jeszcze o tym nie wiemy. Musimy się pogodzić z tym, że lepszej architektury z tych czasów mieć już nie będziemy, powinniśmy więc odpowiednio zadbać o to co mamy.

Ratusz w Koszalinie, projekt Władysław i Maria Michałowscy, 1962
Ratusz w Koszalinie, stan z roku 2012, na pierwszym planie Pomnik Lizaka Beaty Osmólskiej

KK: Projekty pracowni HS99, które prowadziłeś razem z Dariuszem Hermanem i Wojciechem Subalskim, wielokrotnie nagradzane w wielu konkursach architektonicznych, często spotykają się jednak z krytyką mieszkańców. Czym to jest spowodowane?

PŚ: Do 2009 pracownia działała jako „HS99 Herman i Śmierzewski” i miała stosunkowo niewielki udział w koszalińskim rynku projektowym. Naszym punktem odniesienia były wówczas przede wszystkim prestiżowe ogólnopolskie konkursy. Po reorganizacji firmy w 2009 roku włączyliśmy się aktywniej w lokalne inwestycje.

Krytyka mieszkańców wynika często z niezrozumienia, na jakie pytania musi odpowiadać współczesna architektura. Mam wrażenie, że Koszalin jest najbardziej krytycznie nastawionym do naszej architektury miejscem w Polsce. Zupełnie inaczej, niż na przykład na Śląsku, gdzie udało nam się w ostatnich latach wygrać kilka prestiżowych konkursów realizacyjnych. Pomimo różnych lokalizacji, nasza architektura zawsze była lokalna. Wszystko zaczyna się od miejsca. To punkt odniesienia. Jeżeli się nie bada miejsca i nie uwzględnia jego historii, teraźniejszości i nie pyta czym ono ma być w przyszłości, to wtedy najczęściej powstają anonimowe obiekty, które mogą stać wszędzie. Nasze takie nie są.

KK: Zaprojektowałeś swój dom ponad dekadę temu. Czy projektując go, analizowałeś miejsce i kontekst Twojego przyszłego lokum?

Dom architekta, Lubiatowo/Koszalin 2009

PŚ: Miejsce było ogromnie ważne, długo szukaliśmy tego właściwego, wybór padł na Lubiatowo, kiedyś wieś pod Koszalinem, związaną formalnie z Wyszeborzem.  Teraz to część administracyjna miasta Koszalina. Z początkiem lat 90. Lubiatowo, podobnie jak inne wsie wokół Koszalina, zaczęło się zmieniać. Typowe dla wsi elementy, takie jak aleja lipowa, brukowana ulica i domy z czerwonej cegły w wyniku taniej modernizacji systematycznie znikają. Na kostkę brukową wylano asfalt, a właściciele domów zaczęli ocieplać swoje ceglane domy za pomocą styropianu i białego tynku.

Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy odwiedziliśmy działkę pod zabudowę naszego domu, w trawie znajdowały się porozrzucane, nikomu nie potrzebne czerwone cegły, pochodzące z rozbieranych dla cennego budulca budynków gospodarczych. Projektując swój dom z cegły pomyślałem sobie ze smutkiem, że pewnie kiedyś będzie to jedyny ceglany dom w Lubiatowie. Sam budynek swoim kształtem i proporcjami przypomina cegłę. I taki trochę właśnie miał być, jak taka cegła porzucona w trawie. To jeden z moich ulubionych domów, które zaprojektowałem.

Wracając trochę do tematu, to uważam, że o domach można myśleć trochę jak o mieście. Planując nasz dom, tak właśnie na niego patrzyłem. Środek domu to centralna przestrzeń, w której odbywają się wszystkie wspólne aktywności rodzinne, trochę jak rynek miejski, główny plac w mieście.  Pomieszczenia prywatne, bardziej wyciszone zaprojektowane zostały po obu stronach części dziennej są trochę jak prywatne domy otwarte na ulice. Centrum pełni rolę integracyjną, tu się spotykamy, komunikujemy, ale jesteśmy też na siebie skazani, spokój znajdujemy w bocznych zakamarkach.

KK: Krążą legendy, że w Waszym domu nie ma takiego pomieszczenia, w którym...

PŚ: …nie ma gramofonu! (śmiech), wiesz co? Nie ma, poza toaletą i spiżarnią. Płyty winylowe są porozkładane po całym domu. Nie stoją w jednym miejscu. Na przykład w sypialni jest klasyka, w pokoju dziennym jazz z ECM, a w gabinecie pozostały jazz i muzyka popularna – taki basic, czyli to co jako nastolatek chciałem, a nie mogłem wtedy mieć. Trochę z konieczności jest to tak pogrupowane, zwyczajnie nie ma przestrzeni, żeby to wszystko w jednym miejscu zgromadzić. W planach mamy budowę niewielkiego pawilonu ogrodowego, gdzie w jednej przestrzeni chcemy umieścić wszystkie książki i płyty. Nazywamy to miejsce roboczo „analogową biblioteką”.

KK: Pochodzisz z Koszalina, ale miałeś jednak okazję poznać różne miejsca na ziemi. Czy jest tutaj coś, co Cię przyciąga?

PŚ: Chociaż się tu urodziłem, Koszalin nie był moją wymarzoną przestrzenią, w której chciałem mieszkać. W pewnym momencie tak wyszło, że wróciłem do Koszalina, pod koniec lat 90-tych. Był to moment kiedy moja spontaniczna współpraca z Dariuszem Hermanem zaowocowała wygranymi dwoma konkursami, które trzeba było zrealizować. To był budynek Głosu Pomorza i Zakrystii Podziemnej. Różnie można postrzegać bycie architektem, ale dla mnie wtedy i dziś to znaczy przede wszystkim budować, liczy się nie tyle efektowny rysunek, co efekt końcowy – budynek musi stać. Twórcze decyzje podejmuje się do samego końca, aż powstanie obiekt, dlatego nie mogłem odpuścić. Pracując nad tymi projektami założyliśmy HS99 Herman i Śmierzewski i zaczęliśmy brać udział w kolejnych konkursach i to zaskoczyło. W 2002 roku wygraliśmy konkurs na projekt Biblioteki (przyp. red. gmach Centrum Informacji Naukowej i Biblioteki Akademickiej w Katowicach ). I wszystko zaczęło się tak napędzać i rozwijać, że nie było czasu, żeby myśleć o innym miejscu zamieszkania. Miasta nie trzeba kochać, żeby w nim mieszkać. 

KK: Mówisz, że nie wymarzyłeś sobie tego miasta, ale masz wpływ na to jak ono się kształtuje. Nie tylko za pośrednictwem swoich projektów architektonicznych, ale też i wykładów przybliżających architekturę. Osobiście mam wrażenie, że Koszalin się teraz bardzo zmienia, zmieniają się także koszalinianie.

PŚ: Koszalin zmienia się ale nie zawsze jednak tak, jak według mnie, powinien. Spójrz na przykład na to, co się dzieje za oknem (przyp. red. za oknem trwa remont ulicy). Wiesz na czym tutaj te zmiany polegają? Przestrzeń, która i tak była taka sobie, za chwilę stanie się nie do zniesienia. Skrzyżowanie, które tu powstaje dedykowane jest samochodom, nie ludziom czyli znowu jeszcze więcej asfaltu po to, żeby auta wygodniej i szybciej mogły się przemieszczać. W efekcie będziemy mieli tam jeszcze więcej samochodów, a ludzie, żeby przejść z jednej strony ulicy na drugą, będą musieli pokonać znacznie więcej barier niż do tej pory. Ja takich zmian nie akceptuję. To są zmiany w stylu lat 60., 70.. Tak się robiło kiedyś w Koszalinie i wielu innych miastach.

Koszalin, główna arteria ul. Zwycięstwa, 2016
Koszalin, główna arteria ul. Zwycięstwa, 2016

Z resztą to jest dokładnie to samo myślenie, które prowadziło wcześniej do systematycznego poszerzania ulicy Zwycięstwa, będącej przecież wizytówką, „salonem” miasta. Tu chciałoby się przysiąść, pospacerować, umówić się z kimś na kawę. Tu powinno być gwarno i tłoczno, tymczasem jest to najszybsza droga dla samochodu z jednego na drugi koniec miasta. Trudno wymagać zmian od Miasta, bo to sami użytkownicy powinni wywierać wpływ, domagać się tych właściwych dla siebie przestrzeni. Póki co, te potrzeby zamieszkiwania wspólnej przestrzeni dopiero się rozwijają, a sami Koszalinianie ciągle jeszcze przemieszczają się szybko z pracy do domu, w którym czytają gazetę i piją kawę. Wielu z nas wystarcza, że przemieszczając się pomiędzy domem a pracą nie ubłocimy sobie butów. Ale taki minimalizm świadczy o tym, że nie potrafimy w pełni korzystać z przestrzeni publicznej. Zapominamy, że to nie asfalt ją definiuje tylko jej użytkownicy. W wielu miastach Polski ten schemat się odwraca, na przykład w Warszawie. Tam aby wręcz zniechęcić kierowców, zwęża się ulice, tworząc przestrzeń do spotkań i relaksu, przywracając ją pieszym.

- - - - -

Następnym gościem Morza Architektury, będzie Marek Happach, mąż Marleny Happach, naczelnej architekt miasta Warszawy, z którą założył Fundację Odblokuj. Jej celem jest przysposabianie i odzyskiwanie przestrzeni miejskiej.

Więcej na stronie: www.facebook.com/morzearchitektury