Niezwykła zwykłość

Autor: Magazyn Sztuki Opublikowano:

Z autorami wystawy „Pełnia – realizacja”* Katarzyną Szeszycką i Konradem Królikowskim rozmawia Aleksandra Gieczys-Jurszo.

Zbudowaliście swoją wystawę wokół opowieści o mieszkańcach osady Rokita. Jak narodził się temat?

Katarzyna Szeszycka: Pomysł wyszedł ode mnie. Rokita jest po prostu osadą, konkretnym punktem na mapie, ale zarazem może być widziana uniwersalnie, bardziej metaforycznie. Idea wystawy wiąże się z historią mojej przynależności do tego miejsca. To jest tak, że najpierw musisz oswoić zwykłość, żeby dostrzec wyjątkowość.

Żyjąc między otoczeniem miejskim a wiejskim miałam możliwość przyglądania się temu wnikliwiej. Nie chciałam analizy socjologicznej, czułam prawdę tej zwykłości i jej potencjał, szukałam pretekstu w jaki sposób pokazać ją możliwie jak najpełniej. Od zawsze byłam stamtąd, ale w stosunku do tamtej społeczności byłam obok. Wyjeżdżałam stamtąd i wracałam. Od dłuższego czasu chciałam opowiedzieć o tym miejscu. O tym, że mnie ukształtowało. Wiedziałam, że ostatecznie się stamtąd wyprowadzę, ale czułam, że najpierw muszę zamknąć doświadczenie Rokity działaniem artystycznym.

Czy to prawda, że punktem wyjścia do tematu była Twoja inspiracja Gustowską?

K. Sz: Od strony formalnej punktem wyjścia i bezpośrednią inspiracją było naturalne nocne światło, które widzisz w pejzażu, to ono stało się tym pretekstem, bo szukałam czysto malarskiego problemu. W mieście jest ono niezauważalne lub całkowicie inne, techniczne. Ja miałam możliwość co noc, co pełnię, mieszkając w środku lasu, wychodząc z pracowni na papierosa dziwić się temu światłu na nowo. Samo wrażenie, które towarzyszyło spokojowi pejzażu nocnego było na tyle silne, że czysto intuicyjnie podjęłam je jako problem malarski. W Rokicie patrzyłam w las podczas pełni, który zawierał w sobie wszystkie skróty do emocji związanych z tym miejscem. Całkowicie przeciwstawne, jak spokój i napięcie, jak irracjonalność i prawda. To był ten pierwszy pomysł. Powiedziałam: „Konrad, chodź, zrobimy takie zdjęcia.” Jest pełnia, chcemy złapać to nieuchwytne naturalne oświetlenie nocne, które jest w jakiś sposób irracjonalne. Inspiracja Gustowską to rozwiązanie koncepcji ekspozycji, która totalnie anektuje całą przestrzeń (MN w Poznaniu w 2007 roku).

Znając Twoje wcześniejsze realizacje nie trudno zauważyć, że przy okazji “Pełni-realizacji” przyjęłaś zupełnie nowy dla siebie sposób obrazowania.


Untitled, light box, 2011

K. Sz: Była we mnie chęć zmian. Ona cały czas mi towarzyszy. Korzystam z doświadczeń, ale idealne byłoby zamykanie określonych realizacji i rozpoczynanie nowego etapu. Cały czas doświadczam nowych spotkań artystycznych, interesują mnie te inne podejścia, przepuszczam je przez siebie. Tak jakbym sprawdzała różne rejony malarstwa.

Skąd pomysł, żeby zrealizować ten projekt wspólnie z Konradem Królikowskim, który ostatecznie stał się równoprawnym autorem?

K. Sz: Udział Konrada początkowo wynikał z tego, że dzięki tej współpracy mogłam zapanować nad tym tematem realizacyjnie. Ale im dalej wchodziliśmy w to przedsięwzięcie, tym bardziej stawało się ono wspólne. Ucieszył mnie moment, kiedy poczułam, że Konrad całkowicie zaangażował się w realizację. Wiedziałam, że dzięki temu ten projekt będzie dwa razy mocniejszy. Weszliśmy nie tyle w dialog mediów, co w dialog wrażliwości, doświadczeń i osobowości. Z jednej strony byłam przewodnikiem, z drugiej obydwoje wspólnie szukaliśmy ścieżki jak objąć te intuicje, które towarzyszyły wszystkim spotkaniom i temu co z nich powstawało, również spotkaniu malarstwa i fotografii. Zdjęcia, które powstawały podczas naszej wspólnej pracy były po prostu samodzielnie dobre. Wiedziałam, że dla malarstwa są bazą, notatką, początkiem. Fotografii powstało ponad 1000, wybrałam około 10 motywów.

Konrad Królikowski: Już wcześniej na Kaśki pracach zobaczyłem coś bliskiego. Codzienność, trywialność i ludzi, którzy funkcjonują gdzieś na marginesie. Na marginesie w tym sensie, że ich żywotem na ogół nikt się nie interesuje. Nie są wystarczająco wysoko ani nisko, są z boku. Są daleko od nurtów, które zmiennie płyną. To poczucie przyszło, dopiero z czasem, na miejscu, w Rokicie.


 

Untitled, light box, 2011 

Reprezentujecie zupełnie inny typ osobowości i wrażliwości. Ale są między wami podobieństwa: w wyborze tematów i preferencjach estetycznych.

K. K: Jest wielu twórców, których znam, z którymi rozmawiam i dobrze się rozumiem, ale z którymi nie mógłbym współpracować. Z mojej strony wyglądało to w ten sposób, że na początku czułem się usługodawcą. W dobrym tego słowa znaczeniu, na bardzo jasnych i prostych zasadach. Ale później zorientowałem się, że rozumiemy się lepiej niż początkowo myślałem. Uświadomiłem sobie, że ta współpraca będzie głębsza.

Podczas wystawy „Pełnia – realizacja” odszedłeś od narracji dokumentalnej. Zamiast tego, zaproponowałeś coś bardzo poetyckiego, wystudiowanego, malarskiego.

K. K: Do pewnego stopnia taki kształt moich fotografii wymusiły warunki. Ujęcia były robione nocą, trzeba było długo naświetlać kadry. Dziwne, że przy takim czasie naświetlania udawało się tym ludziom nie poruszyć, skupić. Praca z naszymi bohaterami w dużej mierze sprowadzała się do tego, żeby ich wyczyścić z emocji zakłopotania, dezorientacji, i - niekiedy – sceptycyzmu co do samego przedsięwzięcia i ich w nim udziału. Robiąc zdjęcie do końca nie wiedziałem, jak oni w ogóle wyglądają i co wyrażają ich twarze. Czekaliśmy w ciszy aż opadnie migawka…

K. Sz: … przy minus dziesięciu stopniach (śmiech).

Untitled, light box, 2011

K. K: Tak, było czasem bardzo niekomfortowo. Ale nauczyliśmy się działać szybko, mobilnie, spontanicznie. I doszliśmy w tym do niezłej wprawy. Byliśmy zwartym teamem.

Konradzie, Twoim znakiem rozpoznawczym w tym cyklu jest fotografia, która czerpie z malarstwa lub wręcz malarstwo imituje. W waszych pracach pojawia się sporo nawiązań do historii malarstwa. Żonglujecie tutaj stylistyką epoki romantyzmu, bawicie się całym bogactwem symboli, łączycie archaiczne konwencje estetyczne z bardzo współczesnymi.

K. K: Byliśmy świadomi, że to w tę stronę ma iść i tak ma się zakończyć. Ale nie staraliśmy się świadomie nawiązywać do określonych wzorów.

K. Sz: To jest suma wielu czynników. Po pierwszym zdjęciu od razu było wiadomo, że to będą piękne pejzaże, które będą w tym projekcie pierwszoplanowe. Zauważ, że choć w moim malarstwie postać pozostaje w centrum, to w tym cyklu zrobiłam też puste pejzaże.

Na ekspozycji znalazły się obrazy olejne, fotografie, projekcje wideo, instalacje audio. Przeplatanie wielu technik i estetyk powoduje chaos sprzecznych impulsów…

K. Sz: Chciałam, żeby ktoś wchodząc z zewnątrz, wszedł w spójny, mocny świat. Z malarstwem trzeba wejść w bardzo intymny kontakt, trzeba stanąć przed nim w skupieniu i wyciszeniu, żeby się na nie otworzyć. Obraz nie funkcjonuje bez otoczenia, ono zawsze jest jakieś, możesz spróbować nad tym panować. Wszystkie media, które zastosowaliśmy na wystawie miały za zadanie przejąć widza na wejściu.

Dziewczynka z Rokity, ol. na pł. 2012

Tym, co osobiście ujęło mnie najbardziej, jest zderzenie ze sobą reprezentacji tego, co potoczne, byle jakie i mało atrakcyjne z wykreowanym, idyllicznym, poetyckim, natchnionym tłem niczym z płócien Caspara Davida Friedricha

K. K: Tak właśnie! Na zdjęciach widać dziewczynę w dresie, dziecko, chłopaka. Czyli ludzi z krwi i kości. Właśnie o to chodzi, że oni nie są poddani modyfikacji, nie są przebrani, celowo odrealnieni. Odrealniony jest świat, otoczenie. Z ich ciał czytasz detal, który znasz z codzienności. A tu spotyka ich, nie zawaham się tego powiedzieć, rodzaj uwznioślenia. Postaci zostają osadzone w rozpoznawalnej ale jednak zmodyfikowanej scenerii i stają się przez to kimś innym. Może właśnie to jest, w sensie estetycznym, sedno tego, co zrobiliśmy.

Katarzyna jest bohaterką jednego z filmów pokazanych przez was na wystawie. Film wprowadza nas w tematykę projektu, nadaje ton całej historii, spaja całość. To dosyć intymny obraz, w którym się bardzo odsłaniasz. Do tej pory raczej chowałaś się za swoimi bohaterami.

K. K: To była moja inicjatywa, żeby Kaśkę bardziej wyeksponować. Ja po prostu czułem, że bije z niej moc. Uważałem, że nie możemy pokazać tych wszystkich ludzi samych, bo Kaśka jest kluczem do tego, jak należy w ogóle rozumieć całość ekspozycji. Wideo powstało przy okazji robienia zdjęć. Ale nie było konkretnej koncepcji, jak miałoby ono wyglądać. Materiału przyrastało. W pewnym momencie pomyślałem, że trzeba by tę wystawę poszerzyć o nasze komentarze. Ale okazało się, że w większości są to komentarze Kaśki, bo to ona ma coś do powiedzenia. To, co ja miałem do zakomunikowania okazało się wielce nieistotne w porównaniu z tym, co mówiła ona jako insider. Więc skupiłem się na tym, jak to pokazać i wydobyć. Tylko przez chwilę kamera skierowana była na mnie.

K. Sz: Pamiętam zdziwienie Konrada tego wieczoru, kiedy kręciliśmy film. Mówił, że to idzie w taką intymną, naturalną stronę. A dla mnie to było oczywiste, bo jestem mocno związana z Rokitą. Jeżeli miałam o niej mówić, to właśnie przez pryzmat osobistych doświadczeń i emocji.

Konrad stworzył też audio instalację, na którą złożyły się odgłosy zebrane w Rokicie.

K. K: Wszystkie odgłosy były nagrywane na miejscu. Technicznie nie było to konieczne ale emocjonalnie nie można było od tego uciec. Nasiąknąłem tym podczas robienia zdjęć i potem trzeba było pobrać tę aurę przez mikrofon.

Wystawa w Szczecinie została bardzo dobrze przyjęta. Spodziewaliście się tego?

K. Sz: Zdarzało się po wystawie, podchodzili do mnie ludzie na ulicy (rozpoznając chyba moje białe afro z wideo) niekoniecznie związani ze sztuką, którzy mówili: „poczułem to”. To dla mnie mocne doświadczenie.

Czy planujecie następne wspólne działania?

K. K: Pytanie o naszą współpracę, relację malarstwa z fotografią, jest dla mnie kłopotliwe. Na tak zadane pytane mam tylko trywialną odpowiedź, że nam współpraca układa się to nadzwyczaj naturalnie. Praca zespołowa, w tandemie jest mi bliska. Wiem jakie to daje sprzężenie, jaki entuzjazm i moc. Również to, że czasem usłyszysz od drugiej osoby - stop, to jest słabe, nie idź w to. I że na ego trzeba założyć kaganiec. Nazwiemy to Krusze.

K. Sz: Krusze to nazwa-pretekst do określenia tego, że ta współpraca istnieje, że jest dla nas inspirująca i ma swój ciąg dalszy. Otworzyliśmy już drzwi do kolejnych realizacji.

*) Katarzyna Szeszycka, Konrad Królikowski „Pełnia – realizacja”, Muzeum Sztuki Współczesnej oddział MN w Szczecinie, 2012

 

www.krusze.art.pl

www.szeszycka.art.pl

www.konradkrolikowski.com

www.glamrury.art.pl