Podróż do źródeł.

Autor: Magazyn Sztuki Opublikowano:

O edukacji artystycznej z Robertem Knuthem rozmawia Aurelia Nowak

AN: Czym jest dla Ciebie edukacja artystyczna?

RK: Jest złożonym procesem którego głównym zadaniem i celem jest poszukiwanie drogi ku kreatywności. Ma to oczywiście głębszy wymiar i sens wtedy, kiedy jesteśmy takim poszukiwaniem autentycznie zainteresowani, zafascynowani, kiedy oddajemy się jemu w pełni. Kiedy sami stajemy się autorami naszego indywidualnego programu nauczania. Jestem przekonany, że w każdym z nas tkwi wrodzona potrzeba zdobywania wiedzy, odkrywania nowych dróg, słów, obrazów, dźwięków, tworzenia absolutnie nowych formuł etc. Najważniejszym jednak zadaniem edukacji artystycznej jest obudzenie i podtrzymanie w nas zapału, ochoty do odkrywania nieznanych nam terenów.

AN: Czy jako pedagog również czerpiesz z tego procesu jakieś korzyści?

RK: Pracownia SPP (Sztuka w Przestrzeni Publicznej) jest miejscem dla eksperymentów. Naturalnym rezultatem takiej swobody jest polaryzacja stanowisk. To nam uświadamia, że w gruncie rzeczy nie jesteśmy jedynie osamotnionymi poszukiwaczami SENSU naszego indywidualnego losu ale w znacznym stopniu oddziałujemy na siebie nawzajem. Tak więc chcąc w pełni i autentycznie uczestniczyć w/w poszukiwaniach należy w pierwszej linii zaakceptować samego siebie a w konsekwencji i innych. Ta prosta zasada (akceptacji) jest w moim przekonaniu głównym fundamentem artystycznego rozwoju. Zważywszy, że proces ten przede wszystkim polega na przekraczaniu istniejących granic, uwolnieniu się od obowiązujących artystycznych reguł, współistnienie w grupie do której przynależymy jest bardzo ważne. Towarzyszący młodości zapał i naturalne pragnienie wolności ma niebywałą dynamikę, jest jak śmiech, pozytywny i potrafi być zaraźliwy.

AN: Zatem, czy fakt, że poza byciem artystą, jesteś również pedagogiem ma wpływ na Twoją twórczość?

RK: Współczesna Akademia Sztuki w pierwszej kolejności powinna zapraszać do współpracy ciekawe osobowości, artystów praktykujących co w konsekwencji umożliwić powinno zacieranie podziałów artysta – pedagog, o których mówisz. Podobną zasadę stosujemy przy wyborze kandydatów ­­­na studia. Wybieramy te osoby, które w głównym stopniu zainteresowane są rozwojem intelektualnym. Dzisiaj techniczne umiejętności są bardzo ważnym aspektem, ale nie najważniejszym. Studenci są dla mnie równorzędnymi partnerami w rozmowie, a zatem również to, o czym wspólnie dyskutujemy i czego wspólnie doświadczamy wywiera wpływ na moje artystyczne decyzje i przemyślenia.

AN: Jaki jest program prowadzonej przez Ciebie pracowni “Sztuka w Przestrzeni Publicznej”?

RK: W moim przekonaniu akademie sztuki nie powinny być jedynie miejscem pobierania nauki. Powinny być miejscem dokonywania doświadczeń, umożliwiającym studentowi podejmowanie samodzielnych decyzji, a zatem powinniśmy zrobić wszystko by studentki i studenci nieskrępowanie mogli udawać się na poszukiwanie nowych rozwiązań. Bo gdzie jak nie na akademii sztuki wydarzać się ma bunt? Niebywale intensywnie i z zapałem uczymy się wtedy kiedy sami sobie wytyczamy program nauczania. Jednym z założeń SPP jest praktykowanie przez uczestników samodyscypliny i samodzielnego myślenia. Pracownia SPP jest miejscem dającym możliwość wyboru, miejscem w którym możemy doznać wolności. Celem jest doświadczanie sztuki jako zjawiska trójwymiarowego, zanurzonego i związanego z konkretną przestrzenią fizyczną i społeczną. Nie chodzi tu o rodzaj sztuki – rzeźbę, malarstwo, czy np. fotografię – ale o sztukę rozumianą holistycznie, trójwymiarową kreację w żywej przestrzeni. W programie mojej pracowni dużo miejsca zajmują rozważania i dyskusje na temat: kto tak naprawdę podejmuje ostateczną decyzję o tym jak na koniec wygląda to co zwykliśmy określać mianem sztuki? Jaki udział w tym procesie ma nasza podświadomość a jaki świadomość, jak rozumiemy zjawisko intuicji…



Natalia Janus, Rzeźba błyskawiczna, 2012

 

AN: Szczecińska Akademia zatrudnia wielu artystów pedagogów z bardzo liberalnym podejściem do nauczania. Prawdopodobnie z uwagi na fakt, że jest to młoda uczelnia, kadra również stosuje raczej nowoczesne metody nauczania. Czy uważasz, że w takich okolicznościach możliwy jest jeszcze bunt?

RK: Oczywiście, bunt jest naturalną skłonnością człowieka. Kierujemy się w stronę buntu na skutek naszej ciekawości. Najzdrowiej jest wtedy, kiedy nasze myśli i idee poddawane są nieustannej weryfikacji. Czyż nie pytamy się nieomal każdego dnia o sens i cel naszego życia? Najistotniejsze odkrycia zarówno artystyczne jak i naukowe możliwe są przede wszystkim wtedy kiedy decydujemy się kontestować powszechnie uznane teorie.

AN: Miałam na myśli raczej tę pozytywną atmosferę, która roztacza się wokół szczecińskiej akademii. Coraz więcej osób decyduje się na rozpoczęcie pracy w waszym gronie. Wydaje się, że warunki pracy są tam wyjątkowe. Taka atmosfera może rozleniwiać. Ciekawa jestem czy to dobry grunt dla weryfikacji myśli i idei?

RK: Atmosfera jest daleka od rozleniwiającej. To, że jesteśmy najmłodszą państwową Akademią Sztuki nie znaczy, że jesteśmy traktowani przez Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego na równi z innymi Akademiami Sztuki w Polsce. Jeśli władze państwowe podjęły jednogłośnie decyzję o powołaniu AS w Szczecinie (Premier Donald Tusk osobiście przemawiał na jej uroczystym otwarciu) to z pełną konsekwencją, a w szczególności finansową, powinny być przeznaczone na ten cel pieniądze z budżetu państwa. Nie może być tak, że w Krakowie czy Warszawie na studenta Akademii Sztuki łoży się z budżetu państwa większe pieniądze niż na studenta Akademii Sztuki w Szczecinie. Albo politycy rozumieją wagę edukacji artystycznej albo świadomie łamią prawa konstytucyjne. Odnoszę wrażenie, że powołanie Akademii Sztuki w Szczecinie było w pierwszej linii powodowane koniecznością odniesienia politycznego sukcesu a nie troską o rozwój kulturalny Szczecin.

AN: W jaki sposób pracujesz ze studentami?

RK: Zarówno pierwsze jak i kolejne nasze spotkania zaczynamy nieomal zawsze od motywacji, od wiary w siebie, że to co wybrałem i robię ma głębszy sens niż tylko namalowanie obrazu czy zagranie istniejącego już utworu. Jedną z podstawowych praktyk, których doświadczamy podczas naszych spotkań jest wnikliwe spojrzenie na siebie, a w szczególności na to co nas tak naprawdę wyróżnia od innych i co składa się na naszą osobowość. Na pierwszym miejscu stoi uważność, dostrzeżenie faktu, że jestem, przemawiam, agituję, interweniuję, śpiewam, maluję znaki, robię filmy a wszystko to, chcąc nie chcąc, zabarwiam wartościami osobistej kultury, sposobem postrzegania rzeczywistości, tembrem głosu, postawą etyczną etc. Dzisiaj wiemy, że na każdy najdrobniejszy akt naszej aktywności składają się miliony informacji, obrazów i zjawisk, które są w nas zapisane i nie pozostają obojętne podczas artystycznej aktywności. Moja praca ze studentami to w przeważającej mierze podróż do tych właśnie źródeł, tam gdzie obrazy są przechowywane.

AN: Jak do nich docieracie? Czy wypracowałeś już może jakieś metody tego typu pracy?

RK: Droga do źródła jest drogą do czystej prawdy. W mojej ocenie sztuka nie toleruje kłamstwa, tak wiec niebywale oczyszczającą metodą jest zdjęcie z siebie codziennej maski, odrzucenie uniformizmu. Powszechność kłamstwa stała się nagminna, w sieci kłamiemy najchętniej. W rezultacie ukrywania się pod zasłoną powierzchowności, w pogoni za konwencjami przestajemy być sobą, wymazujemy z pamięci istotne obrazy i fakty, które w rzeczywistości składają się na naszą indywidualność. Jedną z ważniejszych praktyk, którym poświęcamy wiele czasu i miejsca jest powrót do uważności. A wszystko po to by połączyć się ze swoim ciałem, by pozbyć się lęków, wszystkiego tego co nas obciąża, co hamuje naszą wolność i nieskrępowane artykułowanie naszych myśli. Długi proces, niekończący się wysiłek na drodze ku dobremu człowiekowi.

AN: Zdarza się, że studenci z Twojej pracowni realizują zadania grupowo. Czasami nawet uczestniczą w Twoich własnych projektach. Czy mógłbyś opowiedzieć jak wygląda taka współpraca?

Pracownia SPP, zajęcia ze studentami I roku, 2011

 

RK: Projekt „Rzeźby błyskawicznej”, który realizuję w Szczecinie od momentu powstania Akademii Sztuki jest długofalowym doświadczeniem. Niektóre jego rezultaty bardzo pozytywnie mnie zaskoczyły. Kontestując ze studentami zasadność i konformizm tradycyjnej rzeźby, podczas naszych doświadczeń, spontaniczne, w krótkim czasie budujemy przedmioty i przestrzenie przemijające, krótkotrwałe. Takie momenty, podczas których nierzadko doznajemy olśnienia, że to co nam w codziennym życiu umyka uwadze i pozbawione jest sensu, nagle potrafi w nas obudzić uczucie zachwytu oraz sprowokować nowe rozpoznania. Działanie pani Tiny Siudy, podczas którego w jej dłoniach, niespodziewanie, ku zaskoczeniu wszystkich poczęła wyrastać ożywiona, piękna hybrydowa forma (co się później okazało zaledwie z kawałka mocno zgniecionej, ukrytej w dłoniach folii LUPO). Chwila niebywałej koncentracji, podczas której pani Anna Kowalska w odbiciach wielkiego lustra tuliła bochenki chleba, przepiękne formy z worków na śmieci w wykonaniu Patryka Paluszka, po napełnieniu wodą zaczęły się nam jawić jak wielkie kryształowe wazony trzymane w męskiej dłoni. Czy w końcu akcja „Zapach domu” polegająca na myciu holu Dworca Głównego w Szczecinie różanym perfumom. Chwile, których efemeryczności nie jestem dzisiaj w stanie odzwierciedlić, ale czuję ich obecność, zapadły głęboko w mojej pamięci.

AN: Bardzo interesuje mnie jaka jest twoja rola w tych grupowych projektach?

RK: Grupowe projekty mają dla mnie wyjątkową wagę. Głębia tego doświadczenia polega przede wszystkim na wskazaniu – zrozumieniu zasad jakimi kierują się społeczne formacje. W grupie powstaje własny system wartości oraz norm, to one bezpośrednio wpływają na zachowania jej uczestników. Mówiąc wprost, dokonania w grupie mobilizują w nas ważną umiejętność, a mianowicie gotowość do akceptacji tych właśnie norm jakie grupa uznała za ważne. Z drugiej zaś strony czyha na nas zagrożenie w postaci „wzorców”, którym tak chętnie człowiek ulega. Jakże często decydujemy się na przyjęcie wygodnej postawy konformistycznej i bez głębszego zastanowienia dopasowujemy się do obowiązujących trendów. Zabijamy w ten sposób to co w nas jest wartością niepodważalną, a mianowicie naszą indywidualność.

AN: Poczynając od Pracowni Przestrzeni audiowizualnej” Grzegorza Kowalskiego w Warszawie, przez pracownię “Sztuka w Przestrzeni Społecznej” Rafała Jakubowicza w Poznaniu, kończąc na “Pracowni Działań Transdyscyplinarnych” Grzegorza Klamana w Gdańsku, jest to jedna z nielicznych pracowni stawiających na krytyczny charakter oddziaływania sztuki. Co odróżnia prowadzoną przez Ciebie pracownię od wyżej wymienionych?

RK: Klaman zainteresowany jest projektami które wchodzą w obszar patetyzmu, sytuuje jednostkę w perspektywie wielkiej polityki i historii a Rafał Jakubowicz realizuje program swojej pracowni w wymiarze globalnym, kieruje się w stronę spraw społecznych natomiast moja uwaga w pierwszej linii skupia się na jednostce, wydarzeniach efemerycznych ale wcale nie mniej istotnych niż wielka polityka. SPP (Pracownia Sztuki w Przestrzeni Publicznej) jest otwartą przestrzenią w której doświadczenie własnego JA stoi na miejscu pierwszym, JA jako centralne miejsce narodzin nowych idei, dobra i zła, obserwacji ich powstawania, dzielenia się swoimi ideami z innymi. To właśnie dzielenie się z innymi (rozprzestrzenianie naszych idei) ma niebywały potencjał, bezpośrednio wpływa na grupę w której żyjemy. zdobywanie nowych obszarów dla naszej aktywności jest jednym z programowych założeń SPP.

AN: Niezwykle ważne jest, że właśnie ci artyści są dziś wykładowcami. Następni, których twórczość ma wyraźnie krytyczny charakter, prawdopodobnie niedługo z pozycji wizytujących pracowników akademii, zostaną zatrudnieni na stałych etatach. Jak myślisz, czy ten proces będzie miał swoje odbicie w sztuce przyszłych artystów, kształcących się dziś na uczelniach artystycznych.

RK: Sztuka i jej krytyczny charakter wydaje się być nakazem czasu, ostro i szybko reaguje na codzienne anomalie a co najważniejsze prowokuje do społecznej aktywności. Mówiąc wprost, sztuka jako złożone i kompleksowe zjawisko ulega gruntownej transformacji, w rezultacie której na nowo definiowane są jej funkcje i bieżące zadania. Jej przestarzała forma, kojarzona najczęściej z rozbawioną bohemą demonstrującą przeciwko mieszczańskim konwenansom jest dziś absolutnie passe.

AN: Szczecińska Akademia Sztuki, z Kamilem Kuskowskim na czele - dziekanem Wydziału Malarstwa i Nowych Mediów – od kilku dobrych lat intensywnie się rozwija. Czy myślisz, że wkrótce swoim potencjałem może stanowić konkurencję dla poznańskiego Uniwersytetu Artystycznego czy warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych?


Projekt "Zapach domu" - mycie perfumami różanymi
holu dworca PKP Szczecin Główny, 2011

RK: Rywalizacja w takich dziedzinach jak edukacja czy sztuka jest nie tylko oczywista ale nad wyraz prawidłowa, szczególnie wtedy jeśli przyświeca jej szeroko pojęte zjawisko wolności i wynikające z niej dobro. Oczywiście tak, nasze aspiracje sięgają bardzo wysoko, chcemy być nowoczesną Akademią Sztuki, mogącą podjąć merytoryczną rywalizację z najważniejszymi ośrodkami edukacji artystycznej, chociażby takimi jak HGB w Lipsku czy Uniwersytet Artystyczny w Poznaniu. Chcemy być również wzorem dla innych uczelni pod względem nowatorskich metod zarządzania uczelnią. Na tym polu mamy jeszcze bardzo wiele do zrobienia.

AN: Studiowałeś w latach 70. w Gdańsku. Jakiej edukacji doświadczyłeś jako adept sztuki?

RK: Złej. Studiowałem na kilku kierunkach, architekturze wnętrz, grafice i malarstwie. Z dzisiejszej perspektywy mój czas spędzony w PWSSP postrzegam przede wszystkim jako okres pełen sprzeczności. Mój mistrz lansował wtedy absurdalną teorię, że „… artysta nie musi umieć mówić o swoich obrazach, bo obrazy mówią same za siebie”. Tym samym rozwój intelektualny studentów stawiano na szarym końcu a podejmowane przez nas pytania – o istotę sztuki –pozostawiano bez odpowiedzi. W gruncie rzeczy przygotowywano nas jedynie do przyjęcia „pozy artysty”.

AN: Na czym polegała ówczesna „poza”?

RK: Ówczesny światek artystyczny rządził się wewnętrznymi prawami, najczęściej były one ustalane przez starszych rangą artystów, we własnym imieniu i na własne potrzeby. Człowiek „prawdziwym artystą” stawał się dopiero po uzyskaniu członkowskiej legitymacji ZPAP (Związek Polskich Artystów Plastyków). Robiono środowiskowe wystawy, rozdzielano sobie nawzajem zlecenia, przyznawano nagrody i wyróżnienia, opiniowano podania o paszporty i pracownie. Szemrane kumoterstwo, które zaczynało się i kończyło w tzw. SPATIF-ach (Stowarzyszenie Polskich Artystów Teatru i Filmu), klubach do których wejście możliwe było jedynie po okazaniu ważnej legitymacji ZPAP.

AN: Dzisiejsza edukacja wygląda z pewnością inaczej niż w latach 70., choć wciąż na akademiach można znaleźć i takie postawy. Czy według ciebie edukacja artystyczna zmierza w dobrym kierunku?

RK: Ekspansja ekonomicznej orientacji w głównym stopniu przyczyniła się do tego, że w Europie edukację traktuje się dzisiaj jako wartość ekonomiczną – kapitał. Wprowadzenie identycznych kryteriów oceny (system boloński) w uczelniach wyższych całej Europy spowodował, że wykształcenie traktowane jest coraz częściej jako produkt. Jesteśmy świadkami powstawania ekonomicznego systemu oceny, który nijak ma się do rzeczywistego stanu polskich uczelni, w szczególności artystycznych. Trudno mi zrozumieć dlaczego profesor w Lipsku, oddalonym zaledwie o 350 kilometrów od Szczecina, zarabia minimum (!) pięć razy więcej niż profesor równorzędnej uczelni w Polsce? Ten absurdalny stan odbiera nam możliwość zdrowej konkurencji, uniemożliwia angażowanie w polskich akademiach wybitnych artystów z zachodu.

Branża twórcza to dzisiaj niebywale prężny sektor, a jej wartość w Unii Europejskiej szacowana jest na 600 mld euro rocznie, a więc mowa jest tutaj o ważnym sektorze gospodarczym.

Politycy muszą w końcu zrozumieć, że tworzenie sztuki należy dzisiaj postrzegać jako długotrwały proces, a nie jako produkt. Rezultaty edukacji artystycznej odgrywają bezpośredni wpływ na więzi społeczne i sposoby społecznej komunikacji. Traktowanie przez polityków edukacji artystycznej jak piątego koła u wozu jest działaniem dalece szkodliwym.

AN: Nie każdy artysta jest dobrym pedagogiem, jednak pewnie natknąłeś się na osoby, które niezwykle cenisz w tym zakresie.

RK: Podczas mojego pierwszego, dwuletniego pobytu w Nowym Jorku poznałem Wojciecha Fangora, niebywale jasny i klarowny umysł. Obudził we mnie ochotę do podejmowania ryzyka. A wszystko po to by osiągnąć nowe wartości, by wzbogacić siebie i w końcu po to by rozszerzyć obszary swoich zainteresowań. Często rozmawialiśmy o transgresji w odniesieniu nie tylko do sztuki, ale również do społecznego porządku i codziennie konsumowanych sztamp. Natomiast spotkaniu z Josephem Beuysem, w Dusseldorfie w latach 80. zawdzięczam mój radykalny zwrot w rozumieniu sztuki. Byłem zafascynowany aurą Beuysa, intelektualną siłą i polityczno-społecznym zaangażowaniem. Niektóre z tamtych chwil miały dla mnie nieomal pozamaterialny wymiar.

AN: Co zmieniło to spotkanie w tobie, w twojej sztuce i w tym jak pracujesz ze studentami?

RK: To długa historia. Zmieniłem przede wszystkim swoje podejście do zagadnienia dobra i zła. Dobro wyniesione ponad wszystko, jak mawiał Sokrates tylko to, co dobre, jest naprawdę pożyteczne. Jego słowa po dzień dzisiejszy są niepodważalne i nad wyraz aktualne. Dokonywanie codziennych wyborów pomiędzy dobrem a złem okazuje się być najtrudniejszym zadaniem. W szczególności sztuka, zarówno ta z przeszłości jak i ta aktualna określa nasze intencje, zarówno te dobre i te złe. Często stawiam studentom pytanie „czy zły człowiek może być dobrym artystą” ? Znaczna przewaga pytanych odpowiada, że tak.