Portrety Warszawskie. Z Buenos Aires przez Pacanów do Klimontowa

Autor: Magazyn Sztuki Opublikowano:

Jasmine Bakalarz, z cyklu Warszawskie portrety, 2014

Rozmowa Wiktorii Szczupackiej z Jasmine Bakalarz z okazji wystawy Obecność / Brak / Ślady. Współcześni artyści o żydowskiej Warszawie, 11 marca - 25 kwietnia 2016, POLIN, Muzeum Historii Żydów Polskich, Warszawa

Wiktoria Szczupacka: Urodziłaś się w Argentynie, wychowałaś i studiowałaś w Kanadzie, teraz mieszkasz i pracujesz z powrotem w Argentynie. Czy to wielonarodowe doświadczenie jest widoczne w twojej twórczości? Co wydarzyło się, kiedy z kanadyjskim wykształceniem przyjechałaś do Argentyny?

Jasmine Bakalarz: Cieszy mnie to wielonarodowe doświadczenie, które stało się moim udziałem. W kategoriach edukacji dostęp do Kanadyjskich szkół był wielkim szczęściem, gdyż w Argentynie nie ma nawet studiów fotograficznych. Dzisiaj, kiedy mieszkam w Argentynie, często odczuwam jak wielkie znaczenie ma dla mnie doświadczenie zebrane gdzieś indziej.

 

Czy i jak różnią się twoje projekty z Argentyny i Kanady?

Kiedy po studiach przyjechałam do Argentyny, moje projekty zmieniły się z pewnością pod względem estetycznym. Po prostu nie miałam tu tego sprzętu, który w Kanadzie zapewniała szkoła: drogich lamp błyskowych, oświetlenia studyjnego; poza tym światło w Argentynie jest bardzo ostre, barwy są zupełnie inne niż w Kanadzie. Dlatego po przyjeździe do Argentyny zaczęłam fotografować własnym aparatem i musiałam nauczyć się wykorzystywać naturalne światło, fotografowałam głównie na zewnątrz. Do dziś posługuję się wyłącznie takim światłem.

Ta zmiana na poziomie technologicznym wiąże się z pewną zmianą estetyczną, a co z tematami, obszarami twoich zainteresowań?

Te pozostały praktycznie takie same. Fotografuję z reguły wątki związane z dzieciństwem. Oczywiście, młodzież w Argentynie nurtują inne problemy, głównie kwestie socjoekonomiczne, rozwarstwienie społeczeństwa jest bardzo duże. Natomiast w Kanadzie jest wielu imigrantów. To zjawisko okazało się mi bliskie ponieważ sama byłam jedną z nich. Zatem interesują mnie pewne obszary występujące w obu państwach, czasem różne ich aspekty, a zarazem, można powiedzieć, że mają coś wspólnego z moją własną historią. Zatem, wydaje mi się, że moje zainteresowania mogą funkcjonować w tym przypadku jako wspólny mianownik dla tych różnych miejsc. Przez moje żydowskie pochodzenie znalazłam pewne cechy wspólne takich społeczności i tu i tu, mogłam jednocześnie zauważyć co je różni, jak pielęgnują swoje korzenie, albo tego nie robią.

Czy możesz opowiedzieć więcej o swoich wcześniejszych pracach? One właśnie dotyczą przede wszystkim grup społecznych.

Początkowo zupełne oszalałam na punkcie konkursów piękności. Kiedy byłam dzieckiem, w latach 90. taka właśnie dziecięca królowa piękności została zamordowana w USA. Przez jakieś 10 lat ten temat stale pojawiał się na okładkach tabloidów. Był tak bardzo szokujący. Mnie to się wydawało bardzo dziwne, to ocenianie małych dziewczynek ich stylizowanie się na dorosłe kobiety. W końcu sama zaczęłam fotografować te konkursy piękności.

Fotografowałaś jednak również inne grupy? Mam na myśli kluby dla bogatych dzieci.

Tak, jeźdźców. Kiedy wróciłam do Argentyny zainteresowałam się tą społecznością. Dokładna nazwa tych klubów, to niemieckie kluby dla jeźdźców konnych. Co prawda nie wszystkie dzieci mają niemieckie pochodzenie, ale faktycznie spora cześć je ma, poza tym, historycznie rzecz ujmując – Niemcy zakładali takie kluby w Argentynie. Jest to teraz swego rodzaju temat tabu.


Jasmine Bakalarz, konkurs piękności dla dzieci w USA

Jasmine Bakalarz, klub jeździecki, Argentyna
 

Fotografowałaś również dzieci pochodzenia Żydowskiego…

Tak, zrobiłam serię portretów dzieci z ortodoksyjnych rodzin. Oni są moimi sąsiadami w Kanadzie. W Argentynie również miałam zamiar fotografować dzieci z ortodoksyjnych rodzin, ale skończyłam na fotografowaniu innego kawałka żydowskiej historii.

Zarówno forma – portret, jak i grupy o których wspomniałyśmy dotychczas kojarzą się z pewnym prestiżem, doniosłością, ale też izolacją, pewną hermetycznością. Jaka w tym wszystkim jest rola dzieci? Czy one wpisują się w to, czy raczej są sobą jakoś mimo tego? Przynależność dzieci do pewnych grup, porusza, jest kontrowersyjna. Każdy domyśla się, że to rodzice aranżują takie przynależności.

Tak, jest w tym właśnie coś niezręcznego. Tym bardziej, że dzieci potrzebują przynależności, to element ich socjalizacji, są w stanie zrobić naprawdę wiele dla danej grupy, dlatego żeby poczuć się jej częścią.

Transgresja, stany pośrednie są widoczne w fizyczności bohaterek twoich zdjęć. To z reguły dziewczynki, już nie koniecznie dzieci, ale jeszcze nie kobiety. Niezgrabne ciała dziewczynek są już dyscyplinowane. Ich osobowość wydaje się jeszcze nieuformowana, ale już pod ogromną presją.

Tak, to jakby ten moment w życiu kiedy bardzo chciałoby się stać niewidzialnym, ale nie można. Do tego wszyscy patrzą na twój rozwój, na domiar złego musisz występować publicznie. Interesują mnie stroje, atrybuty pojawiające się w tych grupach.

Interesuje cię również zjawisko powstawania grup? Skupiasz się na tych już istniejących.

Tak, to chyba ludzka cecha, że każdy chce być częścią czegoś. Tylko w przypadku dzieci jest to nieco bardziej przewrotne. Ponieważ to nie one, ale ich rodzice z reguły o tym decydują. My mamy swoje grona przyjaciół i znajomych, a w przypadku dzieci, które zaczęłam fotografować, pierwsze grupy formowane były wokół rywalizacji i konkursów. W obliczu rywalizacji formowała się ich osobowość, a priorytetem była po prostu wygrana. Obowiązkowym elementem były też kostiumy. Ta performatywność w dziecięcym życiu również była dla mnie bardzo interesująca. Wybrane grupy zawsze fotografowałam w ważnych dla nich dniach. W dniu wielkiego wyścigu, albo konkursu, w dniu finału konkursu piękności. Wtedy zdałam sobie sprawę, że interesuje mnie właśnie ten społeczny aspekt takich grup. To jak dzieci kształtują swoją osobowość poprzez historię grupy. Jak to na nie wpływa.

Można powiedzieć, że charakter twoich zdjęć jest czymś pomiędzy fotografią studyjną i reportażem. Co jest dla ciebie ważne podczas fotografowania?

Dla mnie ta studyjno-dokumentalna estetyka jest wielkim wyzwaniem a zarazem stanowi ten najbardziej interesujący formalny wyraz prac.

Nigdy nie chciałam robić zdjęć dokumentalny w sposób, który istnieje w mediach. Nie interesowała mnie też fotografia wojenna. Nigdy nie sądziłam, że mogłabym prezentować coś takiego przez jeden moment. To jest ogromna odpowiedzialność.

Zawsze jednak interesowała mnie fotografia dokumentalna jako uchwycenie momentu w rozumieniu kumulacji pewnych życiowych momentów. Tak jak chociażby ikoniczny moment dzieciństwa, moment w którym widać zmienianie się człowieka. Jego dorastanie i związek z miejscem i kulturą w której żyje.

W historii fotografii studyjnej, zamiar fotografowania istotnych momentów w życiu jest powszechny. Nawiązanie estetyczne do tego rodzaju zdjęć również jest dla mnie bardzo ważne. Moje zdjęcia podobnie jak te dawne naświetlane są dość długo, posługuję się też drugim planem zbliżonym do tego studyjnego.

Co zamierzałaś badać w Warszawie? Co zaproponowałaś jako projekt dla tego miasta?

Do samej aplikacji podeszłam bardzo ambitnie, ponieważ naprawdę chciałam zostać wybrana. Zaplanowałam projekt, warsztaty i prezentację. To bardzo dużo, dlatego pracę musiałam zacząć jeszcze przed przyjazdem do Warszawy. Początkowo zaplanowałam portret współczesnej społeczności żydowskiej Warszawy. Jednak przed przyjazdem nie zdawałam sobie do końca sprawy z panujących tu warunków. Wcześniej mieszkałam w Toronto i w Buenos Aires, jednych z największych ośrodków społeczności żydowskiej na świecie i tu jest to temat zupełnie neutralny. Kiedy przyjechałam do Warszawy, zdałam sobie sprawę z tego, że pytanie o bycie Żydem stanowi tabu i jest czymś co nie każdy chce wyjawiać. Było to dla mnie wielkim zaskoczeniem, że w Polsce jest to tak delikatny temat. W momencie kiedy mój projekt stał się naprawdę skomplikowany ja nabrałam wielkiego przekonania żeby go zrealizować. Z jednej strony starałam się brać pod uwagę tę wrażliwość i zachowywać szacunek dla tematu, z drugiej byłam w stanie stanowczo powiedzieć, że przyjechałam tu właśnie po to i że zajmowanie się tym tematem jest w porządku.

Jak ostatecznie udało Ci się zrealizować ten projekt?

Muzeum skontaktowało mnie z żydowskimi organizacjami, a później nastąpił już efekt kuli śniegowej. Jedne osoby mówiły drugim, wysyłały maile, smsy.

Czułam się z tym odrobinę nieswojo, bo z reguły sama wybieram osoby do fotografowania, a tym razem musiałam stawić się już ze sprzętem w ich domach. Nie miałam pojęcia jak te osoby wyglądają. Nie miałam też pojęcia jak wyglądają ich domy i nie chodzi tu o to czy są ładne i przytulne czy nie, czy są duże czy też nie, ale zależało mi na dziennym świetle. Tak jak mówiłam, zawsze korzystam ze światła dziennego, wpadającego przez okno, jeśli mieszkanie byłoby zbyt ciemne, zdjęcie mogłoby nie wyjść. Zależało mi też na tym, aby fotografowani czuli się komfortowo z tym moim projektem.

Cała historia kryjąca się za tymi zdjęciami dotyczy wielu rzeczy. Dotyczy warunków w których żyją, problemów przez które właśnie przechodzą, czasem miało to związek z ich pochodzeniem. Czasem mięli potrzebę powrotu do korzeni z powodu czegoś przez co właśnie przechodzili albo potrzebowali w coś uwierzyć. W większości przypadków ma to jednak więcej do czynienia z kulturą niż z religią. To tak jak ja. Nie jestem religijną osobą, choć owszem, mam z tym do czynienia, ale judaizmem jestem zainteresowana równie mocno jak argentyńską kulturą.

Jasmine Bakalarz, Portrety warszawskie, 2014

Jasmine Bakalarz, Portrety warszawskie, 2014


Czy jesteś zadowolona z finalnego efektu?

Poza Portretem warszawskim miałam również prezentację i warsztaty. Produkcja była skomplikowana. Właściwie musiałam zrobić te wszystkie zdjęcia w tydzień. Chciałabym mieć więcej czasu na rozmawianie z ludźmi, na zbalansowanie tej serii. W tym przypadku musiałam odpowiadać „tak” praktycznie każdemu, kto chciał być sfotografowany. Zresztą, ja także chciałam zrobić to dla tych osób, w końcu miały dość odwagi żeby odpowiedzieć na moje zaproszenie, dać się sfotografować. Być może nikt im tego wcześniej nie proponował.

Oczywiście w przeszłości było wiele zdjęć żydowskiej społeczności w Warszawie, ale to są z reguły zdjęcia osób znanych – polityków, dyrektorów żydowskich organizacji. Ja natomiast portretowałam osoby, które są szarą codziennością tych idei. To oni z jakichś powodów mi odpowiedzieli, więc dla mnie ważne było to, aby zostali sfotografowani. Byli też tacy, którzy się jednak wahali i tych nie fotografowałam. Widzę to pewne napięcie przez publiczny aspekt tego projektu. Zależało mi na szerokim odbiorze i publicznej prezentacji w przestrzeni miasta, bo ludzie po prostu nie chodzą do muzeów.

Jak Portret warszawski był prezentowany?

Fotografie będą prezentowane w muzeum na wystawie podsumowującej wszystkie rezydencje w 2016 roku. Są one teraz częścią kolekcji muzeum.

Jednak dla mnie to bardzo ważne aby pokazywać prace w przestrzeni publicznej. Nie chcę, żeby moje zdjęcia były dostępne tylko dla osób związanych ze światem sztuki, chcę żeby mogli oglądać je ludzie z autobusu. Dlatego też zdjęcia były prezentowane na bilbordach w Warszawie.

Jednak w czasie rezydencji próbowałaś również dotrzeć do własnych korzeni. Wykonałaś w pewnym sensie podróż w czasie i przestrzeni. Czy możesz powiedzieć jak udały się te poszukiwania?

To badanie było w zasadzie trudniejsze niż to, które przeprowadziłam w Warszawie, bo nie wiedziałam czego szukam i czy coś w ogóle odnajdę. Postanowiłam pojechać do wioski w której urodzili się moi dziadkowie. To nie było proste, przez produkcję warszawskiego projektu nie miałam wiele czasu, ale bardzo nalegałam. Nie spałam przez dwie doby, żeby wyrobić się z produkcją, aż w końcu udało się. Aga Pindera wraz ze świetnymi stażystkami z muzeum zorganizowały mój wyjazd do Pacanowa i Klimontowa. Kiedy przyjechałam pociągiem do Tarnowa - Adam Bartosz - przewodniczący komitetu ochrony dziedzictwa żydowskiego w Tarnowie (wraz z Kamilą Jasiak, która pomagała w Tarnowskim muzeum) zabrali mnie prywatnym samochodem do Pacanowa. Właściwie to sama podróż była niesamowicie interesująca. Kiedy przybyliśmy do miasteczka była bardzo zdziwiona widząc wszędzie kozy! Wtedy dopiero opowiedziano mi historię Koziołka Matołka.

W Pacanowie urodził się mój dziadek. Mając zaledwie strzępy informacji o nim udałam się do biblioteki i zapytałam czy mają archiwalia z czasów przed wojną. Okazało się, że w głównym budynku była tylko jedna księga i to z 1913. To było akurat to czego szukałam. Księga stała na półce dosłownie za plecami bibliotekarki. W spisie na pierwszej stronie odnalazłam nazwisko dziadka. Dalej był bardzo dokładny akt urodzenia dziadka. Byłam zaskoczona, ponieważ po wojnie nie mięliśmy żadnych dokumentów. Byłam bardzo szczęśliwa, że pomimo wojny, pomimo zniszczenia całej okolicy ten dokument zachował się i cały czas był w Pacanowie.

Później jednak, szukałam cmentarza… nie trafiłam jednak na cmentarz, ani pomnik upamiętniający liczną żydowską społeczność, która zginęła tu w czasie drugiej wojny światowej (wśród ofiar byli moi pradziadkowie). Jednakże musieli oni być pochowani gdzieś w pobliżu. Pytałam przechodniów i w końcu pokierowano mnie w pewne miejsce. Kiedy tam dotarłam okazało się, że to puste pole na którym pasła się krowa na łańcuchu. Na środku pola była remiza strażacka. Powiedziano mi, ze macewy i nagrobki zostały wykorzystane do budowy fundamentów i chodnika wokół remizy...

Jasmine Bakalarz, Klimontów, 2014


Bliskie spotkanie z przeszłością. To wydarzyło się niemal pod koniec Twojej rezydencji. Czy mogłybyśmy wrócić jeszcze do Argentyny? Interesuje mnie instytucja w której pracujesz.

Tak. A historia powstania tej instytucji jest niejako podobna do historii POLIN. Kiedy aplikowałam na tę rezydencję to było dla mnie istotnym punktem odniesienia. Muzeum w Warszawie jest zbudowane na miejscu na którym mieściło się dawniej getto. Według mnie to ważne, żeby „przywracać” miejsca z takim „bagażem historii”. Miejsce w którym pracuję ma również ten „przywracający” aspekt, ale w nieco inny sposób niż tutaj. Centro Cultural de la Memoria Haroldo Conti było wcześniej bazą wojskową zwaną ESMA. Mieściła się tu szkoła marynarki wojennej. To ogromny kompleks budynków zlokalizowany w samym centrum miasta. W 1976 roku wojsko przejęło rządy w Argentynie. Lewicowa młodzież protestowała, a nowy rząd prezentował postawę „rehabilitacji i socjalizacji” niepokornej, zdegenerowanej młodzieży. Zaczęły się porwania i nielegalne aresztowania młodzieży sprzyjającej lewicowym ruchom, uprowadzano również ich rodziny i przyjaciół. Zabierano ich z domów, z pracy, ze spotkań, nawet ze szkół (wiele z zaangażowanych osób miało wtedy po 16 - 17 lat). Przywożono ich na komisariaty i w większości przypadków do tej właśnie bazy wojskowej. W ESMA przebywało w sumie 5000 więźniów. Przeżyło tylko kilkoro. Liczbę osób zaginionych w czasie dyktatury 1976-1983 szacuje się na 30 000.

Wiele kobiet w czasie aresztowania było w ciąży. Po urodzeniu dzieci były im odbierane i wychowywane w innych rodzinach. Teraz jest ten czas, kiedy trzydziestoparolatkowie dowiadują się, że ich rodzice nie są ich biologicznymi rodzicami…

Tak, to rzeczywiście są osoby które mają teraz po około 35 lat. Zatem praca tam, to dla osób z mojego pokolenia, zajmowanie się kwestiami bardzo aktualnymi. Jest takie stowarzyszenieMadres de Plaza de Mayo i Abuelas de Plaza de Mayo. To organizacja kobiet protestujących przeciwko dyktaturze, które są matkami i babkami odebranych dzieci. Te kobiety chciały odzyskać swoje dzieci. Wiele lat protestowały, działały naprawdę aktywnie, w końcu dostały się do kongresu. W sumie poszukiwanych jest 500 dzieci, jak dotąd odnaleziono 116.

Instytucja w której pracuję mieści się na obszarze dawnej bazy wojskowej składającej się z 30 ogromnych budynków. Zaledwie 10 lat temu wojsko zostało stąd eksmitowane. Rząd podjął decyzję o oddaniu każdego z tych budynków innej organizacji pozarządowej walczącej z dyktaturą. To właśnie wspomniane wyżej matki i babki zaginionych dzieci zdołały do tego doprowadzić. Centrum kultury w którym pracuję podlega Ministerstwu Praw Człowieka w Argentynie. Na terenie bazy mieszczą się najróżniejsze organizacje np. The Latin American Initiative for the identification of the disappeared - to poszukiwacze antropolodzy, tutaj rodziny oddają krew, a jeśli odnajdywane są jakieś szczątki , po identyfikacji i potwierdzeniu pokrewieństwa mogą one zostać zwrócone rodzinie. W powojskowych zabudowaniach swoją siedzibę ma również kanał TV Encuentro, muzeum poświęcone wojnie … Malvinas, a my jesteśmy centrum kultury, organizacją, która zajmuje się sztuką współczesną.

Mamy galerię fotografii, działając jako wydział fotografii; organizujemy wystawy średnio co trzy miesiące. Projekty w większości są przygotowywane specjalnie dla tego miejsca. W pierwszych dwóch latach funkcjonowania każdy projekt w jakiś sposób wiązał się z czasami dyktatury (dotyczył na przykład wspomnianych wcześniej zaginionych dzieci, albo były to prezentacje fotografii wykonywanych przez osoby z organizacji zajmujących się tym problemem). Po tych dwóch latach zaczęliśmy poszerzać program, chcieliśmy zajmować się prawami człowieka w kontekście globalnym. Chcieliśmy być przestrzenią praw człowieka, a nie tylko dyktatury.

Wśród działań które organizujemy są także warsztaty dla kobiet odbywających kary w więzieniach. Działania te bazują na aparatach otworkowych. Kobiety fotografując w ten sposób mają często jedyną okazję uwiecznienia swoich bardzo małych dzieci. W Argentynie dziecko ma prawo przebywać z matką w więzieniu do czwartego roku życia. Jednak w więzieniu nie można mieć aparatów, telefonów ani innych urządzeń elektronicznych. Zatem matki pozbawione są możliwości dokumentowania pewnych momentów z ich życia i najmłodszych lat własnych dzieci. Właściwie te kobiety są świetnymi fotografkami, robią piękne i zupełnie niezwykłe zdjęcia.

Wróciłyśmy zatem do początku i fotografowania istotnych momentów życia. Dziękuję za rozmowę.

-------

 

Obecność / Brak / Ślady. Współcześni artyści o żydowskiej Warszawie
11 marca - 25 kwietnia 2016, Polin, Muzeum Historii Żydów Polskich, Warszawa

Prace przedstawione na wystawie zostały zrealizowane podczas 13 rezydencji artystycznych w Muzeum POLIN. Jaka jest żydowska tożsamość? Jaka jest tożsamość Warszawy jako ośrodka żydowskiego życia? Jaki jej obraz wyłania się z pamięci zbiorowej, indywidualnej, dzisiejszych doświadczeń? Kto jest „tutejszy”? To kilka pytań podjętych przez artystów-rezydentów Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN.

Prace prezentowane na wystawie stworzyli Luísa Nóbrega, Eliane Esther Bots, Noa Shadur&Konrad Smoleński, Tamara Moyzes&Shlomi Yaffe, Jasmine Bakalarz, Itay Ziv, Benny Nemerofsky Ramsay, Hubert Czerepok, Florencia Levy, Aslı Çavusoglu&Simone De Iacobis&Małgorzata Kuciewicz, Lukas Ligeti, Maya Schweizer i Sharon Lockhart.

Kuratorkami wystawy i programu rezydencji artystycznych „Muzeum Otwarte – edukacja w działaniu” są Ewa Chomicka i Agnieszka Pindera.

Jasmine Bakalarz, 2014, Warszawskie portrety
Fotografka w ramach projektu realizowanego podczas rezydencji artystycznej stworzyła serię portretów współczesnych warszawskich Żydów, chcąc ukazać, z czym się dziś identyfikują, a także jak zróżnicowaną społeczność stanowią.
Zdjęcia wykonywane były średnioformatowym aparatem analogowym, głównie w miejscu zamieszkania portretowanych. W ten sposób zrealizowany cykl, zatytułowany „Warszawskie portrety”, prezentowany był w przestrzeni publicznej – na billboardach usytuowanych w pobliżu Muzeum POLIN.

Jasmine Bakalarz jest absolwentką studiów fotograficznych i psychologicznych na Uniwersytecie Concordia w Montrealu. Studiowała pod okiem takich fotografów jak: Mary Ellen Mark, Marcos López, Hellen Van Meene i Alessandra Sanguinetti (Magnum Photography). Jest dwukrotną laureatką nagrody Festiwalu Flash Forward Fundacji Magenta (2011 i 2012) oraz nagrody Banco Ciudad.

Stypendystka Fondo Nacional de las Artes i Ontario Arts Council. Jej prace prezentowano w McCord Museum w Montrealu, Centro Cultural Recoleta w Buenos Aires, Museo Emilio Caraffa w Córdoba, a także podczas The New York Photo Festival oraz w ramach targów ArteBA.

Na co dzień Bakalarz pracuje w Centro Cultural de la Memoria Haroldo Conti w Buenos Aires (Centrum Kultury im. Haroldo Contiego), usytuowanym w dawnej siedzibie ESMA – Szkoły Mechaniki Marynarki Wojennej, gdzie junta zorganizowała obóz dla podejrzanych o działalność opozycyjną. Dziś miejsce to poświęcone jest pamięci i edukacji. Bakalarz pracuje w dziale fotografii, zajmując się opracowaniem archiwum, przygotowywaniem wystaw i prowadzeniem warsztatów.