A mi to rybka. O „Dialogach z rybą” Zbigniewa Warpechowskiego

Autor: Jakub Gawkowski Opublikowano:

Zbigniew Warpechowski, Dialog z rybą, 1973, Lubelska Wiosna Teatralna, Warszatat, Lublin, (II) z archiwum Zbigniewa Warpechowskiego, za: „Otwarte Archiwum”, Lublin

Jakub Gawkowski ►
[tekst z nr 5/2014 MS w wersji drukowanej, który ukazał się pod hasłem: "Zwierzę, którym jestem"]

Na jednym ze zdjęć promujących monograficzną wystawę Zbigniewa Warpechowskiego „TO” w warszawskiej Zachęcie Narodowej Galerii Sztuki[1] półnagi artysta w pozycji leżącej ściska kurczowo w dłoniach bezbronnego karpia. Praca „Dialog z rybą” z 1972 roku, którą dokumentuje fotografia, nie była pierwszą ani ostatnią „współpracą” Warpechowskiego z rybami, dla jednej ze stron za każdym razem owocną, przynoszącą rozgłos i uznanie, dla drugiej – bolesną.

 

Pierwszy performance, w którym artysta wykorzystywał ryby, odbył się w 1971 roku w Warszawskim Biurze Poezji Andrzeja Partuma. Warpechowski położył rybę na półtorametrowej planszy z napisem „woda”, a zgromadzonej publiczności rozdał po szklance wody pitnej. Gdy po kilku minutach ryba zaczęła się dusić w konwulsjach, zgromadzona publiczność zareagowała nerwowo. Wiesław Borowski miał porównać działanie Warpechowskiego do akcjonistów wiedeńskich, co performer z dumą wspominał po latach[2].

Reakcje, jakie wywołał wśród widzów, zachęciły go do tego, żeby na pierwszym występie poza granicami PRL-u, w edynburskiej galerii Richarda Demarco w sierpniu 1972 roku, powtórzyć „Wodę” jako jedno ze swoich najlepszych działań. Wydarzenie okazało się sukcesem – „Financial Times” poświęcił artyście najwięcej miejsca na swoich łamach, spośród wszystkich polskich artystów, którzy prezentowali się wówczas w Szkocji.

Drugi performance zrealizowany przez artystę w rodzinnym Lublinie miał już całkiem inną (na pierwszy rzut oka) formę. W „Dialogu z rybą” z 1972 roku Warpechowski, ubrany w samą tylko bieliznę, trzymał w rękach karpia, przyciskając go do piersi i szepcząc w jego kierunku czułe słówka. Akcja, jak mówił performer, miała za zadanie postawić ważne pytanie: czy dla widzów ważniejsze jest cierpienie zwierzęcia, dla którego sytuacja nie była oczywiście przyjemna, czy samo działanie artystyczne, którego byli świadkami: „Zastanawiałem się nad tym, co ludzie uznają za ważniejsze, czy duszenie się rybki, czy moją grę aktorską”[3]. Samo więc założenie lub intencje, jakimi kierował się w tym wypadku Warpechowski, niektórym wydawać by się mogły dość szlachetne. Artysta chciał przedstawić problem i zwrócić uwagę na sytuację ryby jako narzędzia, którym się posługiwał. Tym razem odbyło się bez protestów widzów. Ci, którzy być może nie zdawali sobie sprawy z wymiaru cierpienia zwierzęcia lub uważali, że warto jedną rybę poświęcić, by wykonać taki performans i zwrócić uwagę na szerzy problem, nie zdawali sobie jednak sprawy z jego makabrycznego finału, o którym pisał we wspomnieniach Warpechowski: „Bo kiedy poszedłem się ubrać, jakaś dziewczyna zechciała mi «pomóc» i rozdeptała tę rybkę”[4].

Czy nie o zwrócenie uwagi na los zwierząt chodziło także Katarzynie Kozyrze, kiedy dwie dekady później realizowała swoją „Piramidę zwierząt”, zostając najbardziej kontrowersyjną artystką w III RP? Tam jednak jej intencje zeszły na dalszy plan w obliczu śmierci konia, czyli w naszej polskiej kulturze zwierzęcia ikony. Koń (bo przecież śmiercią konia oburzyła się najbardziej opinia publiczna) znaczy u nas bardzo wiele, w przeciwieństwie do ryby, o której możemy powiedzieć tylko tyle, że „rybka lubi pływać” i tak jak dzieci, nie ma głosu. O sytuacjach, które mało nas interesują, zwykło się nawet mówić „a mi to rybka”, co całkiem dobrze opisałoby nasz stosunek do tych zwierząt. O ile zarzynanie drobiu na wiejskim podwórku wielu wspomina jako dziecinną traumę, o tyle świąteczny karp w wannie wzbudza raczej nostalgię. Ryby obchodzą nas niewiele, chyba że mówimy o śledziku pod wódeczkę, karpiu po żydowsku lub chodzeniu na ryby, czyli nie lada rozrywce dla jednych, a szczytem absurdu i okrucieństwa dla drugich.

 

Zbigniew Warpechowski, Dialog z rybą, 1973, Lubelska Wiosna Teatralna, Warszatat, Lublin,
(II) z archiwum Zbigniewa Warpechowskiego, za: „Otwarte Archiwum”, Lublin

 

Kolejnym działaniem Warpechowskiego, w którym występował z żywą rybą, był „Remis”. Akcja miała miejsce najpierw w krakowskiej galerii Desa w 1974 roku jako „Autopsja” lub „Dialog z rybą III”. Również tym razem odbyło się bez protestów ze strony widowni. Dekadę później ta akcja została powtórzona na pokazie „Mit Sprache und Geste” w Stuttgarcie. Po krótkiej prelekcji w języku francuskim i rozrysowaniu historii poprzednich „Dialogów” ... artysta zdjął koszulkę i przeszedł do działania. Z postawionego na stole akwarium wyjął rybę, położył ją na stole, po czym sam wsadził głowę do naczynia. „Ja się duszę, ryba się dusi, czyli sytuacja remisowa”[5]. Po kilkudziesięciu sekundach przestał, a pstrąga, który w międzyczasie z hukiem zdążył spaść ze stołu i w konwulsjach rzucał się po podłodze, odłożył z powrotem do wody. „Popełniłem błąd, nie zdając sobie sprawy z żywotności ryby, która trzepocząc się na stole, spadła z niego na podłogę, przez co uległa zamroczeniu. Powinienem zdjąć akwarium ze stołu i kontynuować rzecz na podłodze. Niestety, w takich okolicznościach umysł nie pracuje krytycznie ani refleksyjnie”[6]. Pytanie, czy gdyby umysł Warpechowskiego pracował krytycznie lub refleksyjnie, takie działanie w ogóle miałoby miejsce? Nie wystarczy tylko powiedzieć, że się odbyło – warto zwrócić uwagę także na upór artysty, który całe działanie powtarzał trzykrotnie. Wątpliwości – oprócz nieprzemyślanej realizacji – budzi już samo założenie. Bo o jakim „remisie” możemy tu mówić? Na ostatnich ujęciach wideo ze Stuttgartu widzimy, jak pstrąg brzuchem do góry dryfuje po akwarium, niemrawo się ruszając. Warpechowski natomiast wyciera się, dziękuje publice i wychodzi. Nie ma mowy o żadnej równości czy nawet jej namiastce.

W tym samym roku, kiedy przez około minutę Zbigniew Warpechowski trzymał głowę w akwarium, Joseph Beuys zamknął się na kilka dni w nowojorskiej galerii Rene Block z kojotem, wykonując performans „Coyote: I like America and America likes me”, w którym artysta i zwierzę koegzystowali ze sobą oddzieleni płotem od widzów. Spotkanie, w którym z założenia performer widział odbicie nieprzepracowanej amerykańskiej traumy – relacji współczesnych Amerykanów z rdzennymi mieszkańcami kontynentu, stało się sensacją i ekscytującym widowiskiem. Ci, którzy odwiedzali galerię, obserwowali konfrontację tego, co zwierzęce, z tym, co ludzkie, przy czym, jak mawiał sam Beuys: „Role zmieniały się natychmiastowo”[7].

Trzymanie przez tydzień dzikiego zwierzęcia w zamknięciu to dla niego oczywista trauma. Ani w pierwszej, ani w drugiej sytuacji nie ma remisu, gdyż obaj artyści traktują drugie ze zwierząt [E1] jako nie-osoby[E2] . Wyjęcie zarówno ryby z wody, jak i kojota z jego naturalnego środowiska to działanie, które wpisuje się to, co Peter Singer nazwał szowinizmem gatunkowym. I Beuys, i Warpechowski uznali wyższość interesów własnych (własnego gatunku) ponad dobro istot, które w performances wykorzystali. Potraktowali je w sposób instrumentalny, przedmiotowy, a nie podmiotowy. Wykorzystując kojota i rybę, artyści powinni okazać im więcej szacunku, respektując ich godność. Nie zdarza się to niestety często, ale na szczęście istnieją wyjątki od tej reguły. Weźmy na przykład wystawiany we Wrocławskim Teatrze Współczesnym spektakl „Kotlina” na podstawie powieści „Prowadź swój pług przez kości umarłych” Olgi Tokarczuk, w którym wystąpiło kilka psów. Twórcy zdecydowali się dostosować do potrzeb zwierząt rytm prób, a na scenie pozwolono im po prostu zachowywać się naturalnie. Jak pisała o „Kotlinie” recenzentka Małgorzata Matuszewska: „To raczej performance, coś na kształt wydarzenia teatralnego. Należałoby raczej oglądać je tyle razy, ile razy znajdzie się na scenie, bo za każdym razem będzie zupełnie inne. To dzięki trzem psom, pełnoprawnym twórcom. One nie grają, po prostu są, a ponieważ są psami, nie ludźmi, więc za każdym razem będą robić to, co będą chciały, kreując nowe wydarzenie”[8].

Umieszczenie kojota w zamkniętej przestrzeni oraz wyjęcie ryby z wody powinno być nazwane wprost torturami. Każde stworzenie, które odczuwa ból, zasługuje na ludzkie prawa – pisał filozof Richard Ryder w artykule[9] o takim samym tytule w „Guardianie” w 2005 roku. Elisabeth Costello, bohaterka powieści Johna Maxwella Coetzeego, w jednym z monologów mówi: „Każdy, kto twierdzi, że życie ma dla zwierząt mniejsze znaczenie niż dla ludzi, nie trzymał w swych rękach zwierzęcia walczącego o życie. Całe jestestwo zwierząt jest taką walką, bez wyjątku”[10]. Czy Warpechowski, trzymając w ręku walczącą o życie rybę, zdawał sobie z tego sprawę? Czy wkładając głowę do akwarium, mógł naprawdę naiwnie mówić o remisie?

Chociaż Warpechowski nie kontynuował już później „Dialogu z rybą”, w czasie długoletniej kariery zdarzało mu się jeszcze wykorzystywać zwierzęta. Ryby wykorzystał jeszcze w „Lekcji pływania”, „Poezji umarłej” i w powtarzanym kilkukrotnie (m.in. na londyńskim festiwalu Edge w 1988 roku) performance „Dirty Water”. Tam, oprócz instalacji z cegieł, szkła i styropianu, haka oraz sztucznej głowy z papier-mâché, znalazła się także niewielka kuweta napełniona tytułowym ciemnym płynem. „W tej kuwecie ryba – połączona ze mną żyłką tak, że jak ja się zbliżam, czołgając się do kuwety – rybę wyciągam z tej brudnej wody”[11]. Być może performer posługuje się bardzo prostą logiką, a szacunek, jaki należy się żywej istocie, jest wprost proporcjonalny do jego wielkości. Podczas „Przeplutego wierszyka” w 1992 roku spluwał raz po raz na dżdżownice, rybę – jak już wiemy – niejednokrotnie dusił, ale już psa w akcji „Krytyka czystego rozumu” przywiązał spokojnie do nogi stolika i nakarmił mięsem.

Ryby w całej, a zatem także i współczesnej, polskiej sztuce pozostają oczywiście zjawiskiem marginalnym. Możemy wymienić kilka przykładów, które, choć mamy z nimi do czynienia, w istocie rybami jako konkretnymi jednostkami i celem przedstawienia nie są. Pojawiają się na przykład na płótnie Andrzeja Wróblewskiego „Ryby bez głów” po to, by opowiedzieć o wojennej traumie. Rybie ości przez wiele lat wykorzystywał w swoich kompozycjach Jonasz Stern. O jego sztuce trudno mówić w innym aspekcie niż Holokaust (bynajmniej nie zwierząt). Stern w tym kontekście wydaje się jeszcze ciekawszy, bo sam był zapalonym kajakarzem i wędkarzem. Anna Markowska, autorka poświęconej malarzowi książce „Język Neuera”, twierdzi: „Groza śmierci, wygotowanych i wyjałowionych kości, spleciona jest z ich namacalną fizycznością, ułożeniem w biologiczny organizm o elementarnej urodzie”[12]. Sztuka Sterna, choć makabryczna, to według Markowskiej sztuka życia: „Piękno tych ryb chciał zachować, mimo że wcześniej je zabił i wypatroszył”[13]. Ponoć kiedy łowił ryby, robił to tak, by ich nie ranić, a tym, które jego zdaniem były zbyt małe, radził, by wróciły za rok lub przyprowadziły mamę. Jego ofiary z pewnością doceniały dobre serce swojego oprawcy.

Artystą, który w swojej twórczości najwięcej miejsca poświęcił rybom jako takim, a nie rybom symbolom, jest z pewnością Józef Wilkoń. Jego sztuka bywa często bagatelizowana jako ta dla dziecięcego odbiorcy[E3] , a co za tym idzie – niepoważna. Pomimo że ilustracje były przeznaczone głównie dla najmłodszych, miały w sobie niewiele z bajki. „To nie znaczy, że ja opowiadam bajki, że widzę, świat jako baśniową idyllę – nie. Moje ryby pożerają się nawzajem, to nie są słodkie rybiątka”[14] – tłumaczył artysta. Wilkoń przedstawiał ryby najpierw w ilustracjach, a następnie w kompozycjach rzeźbiarskich. „To przede wszystkim piękna, pierwotna forma. Tak jak lubiłem bawić się z pawiem, bawiłem się z rybami, bogacąc ich ornamentykę”[15] – wspominał. Józef Wilkoń jako jeden z nielicznych polskich artystów (a może i nawet jedyny) oddaje rybom utracony głos. Personifikuje je, nadaje cechy charakteru, przez co zwierzęta te stają się wreszcie dla odbiorców widoczne.

Jak pisze Jonathan Safran Foer, autor „Zjadania zwierząt”, w 1992 roku powstało zaledwie siedemdziesiąt publikacji naukowych opisujących świat ryb, dekadę później pięćset, a w 2009 już ponad sześćset czterdzieści. Owszem, dziś po latach żmudnych badań wiemy, że ryby to zaskakująco inteligentne istoty, które tworzą monogamiczne pary, budują gniazda, używają narzędzi i rozpoznają się wzajemnie. Nie tylko potrafią podejmować decyzje, lecz także mają świetną pamięć i są zwierzętami społecznymi. Wyniki badań dostarczają ciekawych wniosków, ryby na przykład „stosują makiaweliczną politykę opartą na manipulacji, karze i kompromisie” oraz mają „własne obyczaje związane z jedzeniem, odpoczynkiem, uczeniem się i łączeniem w pary”[16].W świecie naukowym ta wiedza nie jest już kontrowersyjna, jednak dla większości osób tego typu informacje nadal są zaskoczeniem (lub niedorzecznym żartem). Możemy więc tylko przypuszczać, jakim zakresem wiedzy (a raczej jej kompletnym brakiem) na temat ryb dysponował Zbigniew Warpechowski, a także cała reszta Polski, a może i Europy, na początku lat siedemdziesiątych ubiegłego wieku, dlatego nie sądzę, żeby na tle ówczesnej niewiedzy warto było całkowicie dyskredytować jego działania czy posądzać go o zamierzony sadyzm. Można oczywiście zastanawiać się, jak to możliwe, że ktoś, kto „często używa słowa «czuję» zamiast «myślę»”[17], w rzeczywistości nie czuje, że „pierwsza tego typu artystka na świecie”[18], jak tytułował jedną z wykorzystywanych ryb, przeżywa katusze. To, co robił (niestety wielokrotnie), z dzisiejszego punktu widzenia nazwalibyśmy bez chwili zastanowienia znęcaniem się nad zwierzętami, ale czy wówczas stan świadomości społecznej na to pozwalał? Wspomniany wcześniej „Dialog z rybą” miał mieć przesłanie prozwierzęce, choć skłaniałbym się ku opinii, że rolę nadrzędną grała tu autopromocja i próba szokowania widzów. „Dla mnie to było o tyle ważne, że po raz pierwszy zatrudniłem do performance’u żywą rybkę. Była to pierwsza taka «artystka» na świecie”[19]. Warpechowski patrzy na świat przez pryzmat metafizyczno-symboliczny, w którym wszystko coś znaczy lub jest alegorią czegoś. Wielka szkoda, że ryba miała wartość dla artysty dlatego, że była „czysta i milcząca”, a nie liczyła się jako czujący byt, który tak jak ludzie czy inne kręgowce ma nie tylko kręgosłup, lecz także system nerwowy i receptory bólu reagujące bardzo podobnie do naszych.

Być może problemy z traktowaniem zwierząt przez artystę możemy po części tłumaczyć czasami, w których się urodził i działał, a może brakiem należytej edukacji, o którą i dziś tak trudno. Wystarczy przypomnieć, że dopiero kilka lat temu (2010) polskie prawo uznało ryby za kręgowce, przez co zostały w końcu objęte Ustawą o ochronie zwierząt. Zaskakuje natomiast kompletny brak zrozumienia i zainteresowania sprawą ze strony kuratorów zajmujących się dziś jego dorobkiem – mam tu na myśli między innymi trwającą wystawę w Zachęcie. Mamy rok 2014, a pod wspomnianym na początku zdjęciem możemy przeczytać tylko, że „artysta w końcu nie wytrzymał i włożył rybę z powrotem do pojemnika z wodą”. Brak szerszej informacji, próby zastanowienia się nad kwestią cierpienia zwierzęcia, jest w moim odczuciu co najmniej zastanawiający. Na początku XXI wieku oczekiwałbym, by artyści, jak również ci, którzy za wystawę odpowiadają – kuratorzy, stawiali sobie pytanie o los zwierzęcia, stawiali wobec przeszłych działań współczesne pytania etyczne, a nie wystawiali artyście laurkę, jakby jego twórczość była moralnie obojętna. Dziś już wiemy, że tego typu postępowanie ze zwierzęciem jest jednoznacznie złe, a to, co artysta robił, było krzywdzeniem zdolnych do odczuwania zwierząt.

Warto przypomnieć choćby słowa badaczki ryb Victorii Braithwaite, która w książce „Do fish feel pain?” pisze: „Istnieje tyleż dowodów, że ryby odczuwają ból i cierpienie, co w przypadku ptaków i ssaków – i więcej niż w przypadku ludzkich noworodków i wcześniaków”[20]. Kuratorzy wydają się nadal pozostawać w świecie, w którym liczy się głównie wartość artystyczna, a nie etyczna. Wystarczyłoby przypomnieć przy okazji wystawy reakcje, jakie towarzyszyły pierwszym performances z rybą, kiedy Bożena Kowalska miała zareagować mocnymi słowami: „Panu tego nie wolno robić, my pamiętamy okupację!” ‒ a następnie zażenowana schowała pod futro słoik z rybą, który wręczył jej moment wcześniej Warpechowski, po czym opuściła wydarzenie[21]. Bez wątpienia należałoby takie zachowanie pochwalić. Sam fakt jednak, że cierpienie ryby poruszyło ją tak bardzo, gdy była odziana w skórę innego martwego zwierzęcia, wydaje się dość ironiczny.

 

Jakub Gawkowski (1993) – student historii sztuki oraz kulturoznawstwa na Międzywydziałowych Indywidualnych Studiach Humanistycznych na Uniwersytecie Śląskim. Miłośnik zwierząt starający się łączyć zainteresowania badawcze z praktyką – pracował przez kilka miesięcy w centrach dla zwierząt w Tajlandii, a później w Niemczech.

 

 

 

 

 

 

 


[1] Zbigniew Warpechowski, TO, Zachęta Narodowa Galeria Sztuki, 20 września ‒ 11 listopada 2014, kuratorzy: Joanna Kordjak-Piotrowska, Dominik Kuryłek.

[2] Zbigniew Warpechowski, Zasobnik. Autorski zapis trzydziestu lat w sztuce performance, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, Gdańsk 1998, s. 24.

[3] Tamże, s. 28.

[4] Tamże, s. 29.

[5] http://artmuseum.pl/pl/filmoteka/praca/warpechowski-zbigniew-remis (dostęp 1.09.2014).

[6] Zbigniew Warpechowski, Zasobnik..., s. 77.

[7] Cytat za: Steve Baker, The postmodern animal, Reaktion Books, London 2000, s. 44.

[8] Małgorzata Matuszewska, Smutek wszelkiego istnienia, „Gazeta Wrocławska” 12.03.2013, www.gazetawroclawska.pl/artykul/780984,smutek-wszelkiego-istnienia-recenzja,id,t.html?cookie=1 (dostęp 26.10.2014).

[9] Richard Ryder, All beings that feel pain deserve human rights, „The Guardian” 6.08.2005, www.theguardian.com/uk/2005/aug/06/animalwelfare(dostęp 29.10.2014).

[10] John Maxwell Coetzee, Elizabeth Costello, Wydawnictwo Znak, Kraków 2006, s. 58.

[11] Zbigniew Warpechowski, Zasobnik..., s. 132.

[12] Anna Markowska, Język Neuera, Wydawnictwo Uniwersytetu Śląskiego, Katowice 1998, s. 98.

[13] Tamże, s. 46.

[14] Arka Wilkonia, katalog wystawy, Zachęta Narodowa Galeria Sztuki, Warszawa 2006.

[15] Janusz Górski, Józef Wilkoń Szum drzew, BWA Tarnów, Tarnów 2013.

[16] Zob. Jonathan Safran Foer, Zjadanie zwierząt, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2013, s. 72.

[17] Zbigniew Warpechowski, Zasobnik..., s. 153.

[18] Tamże, s. 23.

[19] Tamże.

[20] Cytat za: Dariusz Gzyra, Morze problemów – co rzeczywiście można zrobić dla ryb?, „Vege” 2010, nr 12.

[21] Zbigniew Warpechowski, Zasobnik..., s. 23.