Looking for Jesus

Autor: Magazyn Sztuki Opublikowano:

Katarzyna Kozyra, Looking for Jesus, video still, 2013, courtesy of Katarzyna Kozyra Foundation

Szukając swojej i Jezusa tożsamości, czyli krótka refleksja nad najnowszym projektem Katarzyny Kozyry.

Balansując na cienkiej linii między dokumentem a sztuką

Karol Dziwior

Najnowsza praca Katarzyny Kozyry zatytułowana „Looking for Jesus” to dzieło, które niezwykle trudno włożyć w ramki konwencji i teorii. Artystka ponownie używa kamery, jako narzędzia badania i rejestracji swojej twórczości, jednakże czyni to w sposób wymykający się wszelkim definicjom. Można by rzec, że „Looking for Jesus” to projekt graniczny, oscylujący nad przepaścią, między dokumentem, a sztuką. Dodam, że jest to projekt hipnotyzujący. Genialny w swej prostocie.

O czym właściwie tutaj mowa? Na pomysł zrealizowania „Szukając Jezusa” Kozyra wpadła podczas jednego ze swoich castingów, prowadzonych w celu zrealizowania jej innego projektu – autobiografii. Poszukiwanie własnej tożsamości w ciele i formie innego człowieka, zaprowadziło ją do miejsca, w którym powiedziała: „Co, ja siebie szukam?! Powinnam Jezusa znaleźć!”. Inspiracją do tego okazał się pewien niezwykły i unikalny zespół urojeniowy, nazywany od pewnego czasu syndromem jerozolimskim. Występuje on u niektórych podróżnych, przyjeżdżających do Jerozolimy, a także pielgrzymów odwiedzających Ziemię Świętą z powodów religijnych, i – jak twierdzą naukowcy – wynika ze szczególnego charakteru, jaki owi ludzie przypisują Jeruszalaim.

Ten właśnie fenomen zachęcił Kozyrę do pójścia tropem szeroko pojmowanej tożsamości oraz identyfikacji. Jednakże, jeśli dokładnie przyjrzeć się filmowi, to okazuje się, że ów syndrom jest zaledwie zalążkiem pomysłu, stosunkowo odległym punktem odniesienia. I rzeczywiście – niewielu bohaterów filmu Kozyry jest faktycznie chorych na tę przypadłość. Nie jest to zatem zwykły dokument lecz praca balansująca na granicy dzieła artystycznego.

Z jednej strony przeżywamy to dzieło, jako zarejestrowany wycinek naszej rzeczywistości – dokument, chciałoby się rzec - z drugiej jednak strony rozumiemy, że to, co oglądamy nie jest dokładnym odzwierciedleniem problemu, ponieważ głównym wyznacznikiem syndromu, poza oczywistym identyfikowaniem się z postaciami biblijnymi, jest przecież tymczasowość (syndrom najczęściej ustępuje po wyjeździe z Izraela) a zatem jego przyczyna leży w zderzeniu z duchową ekstazą i podniosłością Jeruzalem, a tychże nie uświadczymy w projekcie Kozyry.

Posłużmy się przykładem: Afroamerykanin o imieniu Abshalom, muzyk jazzowy, który uważa się za potomka starożytnego ludu afrykańskiego, który to lud w labiryncie historii zawędrował do Ameryki Północnej, swoich osobliwych przekonań nabrał właśnie tam, w Stanach, i posłuszny Duchowi Świętemu udał się do Izraela, zrealizować misję powrotu Wybranych do Królestwa Bożego. Stało się to w latach 60-tych, w czasach segregacji rasowej oraz prześladowań czarnoskórych obywateli USA. Jego emigracja do Ziemi Obiecanej, jak sam twierdzi, była efektem poszukiwań własnej tożsamości. Poszukiwanie to z kolei rozpoczęło się od poczucia wyobcowania i niejako oderwania od miejsca i czasu, w którym przyszło mu żyć. Inny występujący w filmie Kozyry bohater o przydomku „Chief”, czuje się podobnie wyalienowany w USA jak Abshalom. Zadając sobie pytanie, kim jest i jak ma się pogodzić z rzeczywistością, rozpoczyna niezwykłą, duchową podróż. Głęboka wiara w to, że jest potomkiem biblijnego plemienia Efraima, zobowiązuje go do podróży do Ziemi Izraela i rozpoczęcia misji, której celem jest nawoływanie do powrotu na prawdziwy Syjon.

Widzimy więc jasno, że swego rodzaju zbiór przekonań, pewne zdefiniowanie otaczającego ich świata, dokonało się zanim bohaterowie filmu Kozyry trafili do Jerozolimy. Ponadto nic nie wskazuje na to, by owe przekonania miałyby ulotnić się i więcej nie powrócić.

Również Josef Yomtov, tramwajowy kaznodzieja, nie pasuje do wyznaczonych przez psychologię granic syndromu jerozolimskiego. Nie myśli o sobie, jako o bohaterze opowieści biblijnej, nie przebiera się w charakterystyczne długie szaty, nie jest pielgrzymem w Ziemi Świętej. Jest Izraelczykiem, mieszka w Jerozolimie, a o jego wyjątkowości decyduje osobliwe przesłanie. Otóż jest on głosicielem nastania – czy właściwie zaprowadzenia – w Izraelu Królestwa Dawida. Królestwo to wcale nie miałoby wymiaru duchowego, ale stanowiłoby całkowicie konstytucyjny byt – z rządem oraz dwuizbowym Knesetem. Według Josefa ludzie potrzebują praktycznego, przynoszącego efekty działania, które mogłoby w najbardziej podzielonym mieście na całej kuli ziemskiej zjednoczyć wyznawców judaizmu, islamu i chrześcijaństwa. Przesłanie głoszone przez Josefa jest początkiem i pierwszym ziarnem zasianym dla odnowy i naprawy naszego świata. Niezwykle trudno jest więc traktować tego człowieka, jako opanowanego przez psychotyczny syndrom.

Podobnych przypadków osób - to znaczy takich, które nie wpisują się w ramy syndromu jerozolimskiego - jest w projekcie więcej. Oczywiście inne postaci, które Kozyra rejestruje na taśmie, w mniejszym lub większym stopniu wpisują się w definicję tegoż stanu, jednakże trudno jest odbiorcy podejść do jej projektu, jako do pełnokrwistego reportażu na temat osobliwego zjawiska psychologicznego. Dość powiedzieć, że „Szukając Jezusa” nie jest dokumentem w klasycznym tego słowa rozumieniu. Można pokusić się o stwierdzenie, że to nie ów syndrom jest przedmiotem zainteresowania artystki, ale raczej samo poszukiwanie. Poszukiwanie tożsamości. Oraz odnajdywanie jej.

Należy zadać sobie pytanie: w którym miejscu dokument przestaje nim być, a zaczyna istnieć jako coś innego, jako dzieło sztuki? Gdzie leży granica między filmem dokumentalnym, a filmem, który bez chwili zastanowienia nazwalibyśmy „artystycznym”? Uśmiecham się sam do siebie, bo wiem, że odpowiedź na to pytanie – o ile w ogóle istnieje – będzie mglista i nieuchwytna. Mimo to warto jest zastanowić się nad fenomenem „Looking for Jesus”, spróbować choć w najmniejszym stopniu odpowiedzieć sobie, co sprawia, że projekt ten jest tak intrygującym dziełem.

Odnoszę wrażenie, że „poszukiwanie” jest centralną osią filmu. Mówi o tym już sam tytuł „Szukając Jezusa”. Pierwsze zetknięcie z tym dziełem, to zetknięcie z „poszukiwaniem”. Artystka, przechadzając się po ulicach Jerozolimy, filmuje spotkania z kolejnymi osobami, których przypadki są przecież idealnym wyrazem wewnętrznej potrzeby wiary i odnalezienia obiektywnej, wyższej prawdy. Jeśli mowa tutaj o jakimkolwiek dokumentowaniu, to właśnie o znaczeniu poszukiwań w życiu każdego z nas. Poszukiwaniu znaczenia wewnętrznego, duchowego głodu, czy może nawet łaknienia, jakim się kierujemy. Każdy z nas żyje w pogoni za własną tożsamością, staramy się ją pojąć, chwycić i trzymać tak długo, aż zrozumiemy. Pragniemy odnaleźć samych siebie.

Bohaterowie filmu robią to w niezwykle ciekawy sposób. Odwołują się przecież do Źródła, do Stworzyciela – do Kreatora wszelkiej tożsamości. Dający się we znaki głód, pożerający duszę od środka, wymaga zaspokojenia, dlatego też postaci z filmu Kozyry są w swojej odmienności, a może i dziwaczności, tak autentyczne. Ich identyfikacja z Mesjaszem, Bogiem i Jezusem wydaje się identyfikacją wyższą niż wszystkie inne – bo sięgającą do samego Początku. Rzecz jasna można wzruszyć ramionami i stojąc z boku powiedzieć, że „Głupim jest ten, kto szuka siebie z dala od siebie”. Jednakże „Looking for Jesus” zdaje się mówić coś całkiem przeciwnego.

Szukaj siebie. Szukaj siebie za wszelką cenę. Szukaj siebie poza sobą. Być może, gdy odnajdziesz swoją tożsamość w Innym – spojrzysz z powrotem w stronę własnego Ja i... zrozumiesz.

Kozyra nie filmuje psychozy ludzi przybyłych do Jeruszalaim. Artystka przypomina swojemu odbiorcy, że odnajdywanie siebie w innych, stanowi integralną część życia. Ten fakt właśnie decyduje o niezwykłej, artystycznej wartości „Looking for Jesus”. Bo, choć projekt ten zrealizowany został w konwencji dokumentu, to nadrzędną jego wartością nie jest sam zapis ułamka rzeczywistości (w tym przypadku choroby psychicznej), ale zabranie głosu w sprawie. Kozyra wybiera koncept filmu dokumentalnego, ale pozostawia go jedynie na poziomie narzędzia i przekazując odbiorcy wiadomość w sposób wyjątkowy, chciałoby się rzec - oszałamiający.

Jej opowieść się jeszcze nie skończyła. Wciąż pozostaje wiele do znalezienia. Poszukiwanie naszej tożsamości nie kończy się przecież nigdy.