Dlaczego nie chcę pisać o wystawie Ryszarda Waśki

Autor: Magazyn Sztuki Opublikowano:

Wojciech Ciesielski
Dlaczego nie chcę pisać o wystawie Ryszarda Waśki w Trafostacji Sztuki

Oczekiwania wobec pierwszej wystawy prezentowanej w nowo powstałym budynku najmłodszej instytucji kultury w Szczecinie były ogromne, podobnie jak obawy, jeszcze przed jej otwarciem, podnoszone przez niektórych komentatorów. Zdecydowano się na prezentację twórczości Ryszarda Waśki – artysty, który bez wątpienia odcisnął swoje piętno na obrazie polskiej sztuki. Ale czy wystawa spełniła wygórowane oczekiwania?

 

Na jej temat napisano już dużo, raz lepiej, raz gorzej. Jest ona także powodem wielu uwag w prywatnych rozmowach, które mam okazję toczyć na przykład z zaprzyjaźnionymi artystami, na temat stanu kultury w Szczecinie. Jednak im dłużej wystawa ta pozostaje w obrocie nieustannych komentarzy i analiz, tym bardziej nie chce mi się do niej odnosić i o niej opowiadać. W kilku punktach postaram się wyjaśnić dlaczego. Najpierw jednak powinienem chyba wyjaśnić czemu ten tekst popełniłem. Po pierwsze mieszkam w Szczecinie i odnoszę wrażenie, że oczekuje się ode mnie, czyli od piszącego od czasu do czasu krytyka, bym wypowiedział swoje zdanie o tej wystawie, a najlepiej zgodne z oczekiwaniami danego odbiorcy. Po drugie chciałbym wyjaśnić tym kilku zainteresowanym osobom w Polsce, a być i może być może i jakiemuś dociekliwemu badaczowi z przyszłości, dlaczego komuś mogło się nie chcieć tak ciekawego wątku poruszać.

Szczecin był metropolią, która bardzo długo nie miała własnej galerii miejskiej, w której sztuka współczesna mogła funkcjonować dzięki samozaparciu i niezwykłej energii jej niezbyt licznych miłośników. W ostatnich latach taki stan rzeczy zaczął na szczęście się zmieniać, a nadzieję na dalszy rozwój tej sytuacji wiązano między innymi z powołaniem Trafostacji Sztuki. A jednak od pewnego czasu zaczynają męczyć mnie pytania typu „co się tam u was właściwie dzieje?”, zadawane przez zaciekawionych współkreatorów kultury, a odnoszące się do sporów toczonych wokół nowej placówki. Zresztą zdanie to zazwyczaj wypowiadane jest z wyraźnie wyczuwalnym rozbawieniem w głosie. Przez lata Szczecinianie, mimo podejmowania niewątpliwie wartościowych działań, odczuwali niedosyt uwagi skierowanej w ich kierunku przez resztę kraju. To także się zaczyna zmieniać, lecz czy aby na pewno o taką uwagę chodziło?

Jak zaczęła się ta waśń pomiędzy obecnym zarządzającym instytucją a przedstawicielami Stowarzyszenia Zachęty Sztuki Współczesnej w Szczecinie i Akademii Sztuki, opisałem w innym swoim artykule[1], zresztą jest to obecnie wiedza dość powszechna. Opiszę więc jej początki w dużym skrócie. Wieloletnie zabiegi stowarzyszenia, doprowadziły do podjęcia przez radę miasta uchwały o powołaniu Trafostacji Sztuki oraz wyznaczenia na jej siedzibę budynku starej transformatorowni przy ul. Świętego Ducha. W sierpniu roku 2012 Urząd Miasta rozpisał przetarg na zarządcę nowej galerii miejskiej. Do przetargu zgłoszono dwie propozycje: szczecińskiej Zachęty i Baltic Contemporary sp. z o.o., powołanej specjalnie w tym celu spółki. Dość nieoczekiwanie dla wszystkich, z powodu błędu formalnego oferta Stowarzyszenia została odrzucona. W tym momencie rozpoczął się spektakl, pełen nagłych zwrotów akcji, forteli, wybiegów, pomówień, gróźb sądowych i wielu jeszcze innych tego typu działań, które w chwili obecnej wydaje się przekreśliły całkowicie szansę na jakąkolwiek merytoryczną ugodę. Z biegiem czasu spór jednak, zamiast powoli się wyciszać, zaognia się, a kolejne jego etapy wywołują u mnie coraz większe zażenowanie. Pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że nie opowiedzenie się po żadnej ze stron, nie będzie skutkować znalezieniem się w gronie przegranych, jeszcze zanim dojdzie do rozwiązania. Tak naprawdę owych stron konfliktu jest więcej niż tylko te dwie oficjalnie zwaśnione, a w wojnie tej, mam wrażenie, największymi przegranymi są sama sztuka i wizerunek miasta. W cieniu tego sporu, który zresztą bardzo szybko rozlał się na cały kraj, pozostają bowiem niemal wszystkie artystyczne działania podejmowane w Szczecinie, choćby tylko w domyśle, w aluzyjnym komentarzu życzliwych krytyków.

Tak naprawdę cała ta sytuacja, łącznie z pierwszą wystawą Trafostacji, jest jak soczewka, w której skupiają się wszystkie możliwe skrzywienia obecne w obrębie funkcjonowania sztuki w Polsce. W średniej wielkości mieście, położonym na uboczu ogólnokrajowych szlaków kulturowych i finansowych, wszystkie postawy i działania zyskują ekstremalny wymiar, a każda walka ,mimo że jest tak samo zażarta jak wszędzie indziej, z racji niewielkiej skali, jest jeszcze bardziej widoczna i przez to spektakularna.

Po części jest to zasługa pewnej grupy politycznie zorientowanych urzędników, absolutnie przekonanych o słuszności przyjmowanych przez siebie rozwiązań, zawsze gotowych do eksperymentowania na żywej tkance. Jak bardzo sytuacja szczecińska nie jest wyjątkowa pod tym względem, niech świadczy podobny spór toczony w Poznaniu wokół galerii Arsenał. Także tam postanowiono „oddać” pod zarząd wybranej w konkursie organizacji pozarządowej miejską instytucję, zupełnie nie licząc się z opinią środowiska. Lecz tylko w taki sposób zyskuje się niemal stuprocentową kontrolę nad daną placówką. Dotychczasowa groźba ewentualnego odwołania krnąbrnego dyrektora zostaje zastąpiona groźbą rozwiązania kontraktu z zarządzającym, a zatem de facto całkowitym rozwiązaniem jednostki.

Zresztą rozdzielanie według własnego uznania skromnych środków finansowych przeznaczonych na kulturę w imię rzekomych zasług, doskonale antagonizuje środowisko. Artyści zbyt zajęci wyścigiem po pieniądze nie mają czasu na dodatkowe roszczenia i krytykanctwo. Ogromna cześć energii jest poświęcana, zamiast na powoływanie nowych kreatywnych przedsięwzięć, raczej na środowiskowe spory i utarczki, które później znudzeni urzędnicy komentują w godzinach pracy pod pseudonimami na pełnych jadu forach internetowych. Niestety taki swarliwy obraz zwaśnionej kultury dociera najczęściej do powszechnej opinii publicznej.

Poza tym, jak rezolutnie zauważył dyrektor pewnej narodowej instytucji w Warszawie nie płacąc honorów za udział w wystawie, samo prezentowanie twórców jest wystarczające. Przecież w ten sposób mają oni darmową reklamę, a jeśli pokazywane obiekty pochodzą z publicznych zbiorów, tym gorzej dla artystów, bo przecież zawsze można byłoby się powołać w duchu ustawy na „dozwolony użytek publiczny” bez wykonywania komukolwiek nawet najdrobniejszej przysługi. Nie przesadzajmy jednak, nie wszyscy pracownicy sektora państwowego to diabły wcielone.

Być może problem jest o wiele głębszy i tak jak chciał to widzieć Jean Baudrillard, tak naprawdę cały ten artystyczny „światek” funkcjonuje jedynie dzięki grze pozorów? „Wszyscy jesteśmy temu winni; w istocie twierdzę jedynie, że nie jest to już nic więcej niż faza rytualna, zrytualizowana, rytualistyczna. To sposób na zanegowanie, który należy do całkowicie oklepanego dyskursu o nicości, przyprawiająca o mdłości egzaltacja, która nie zmienia niczego w rytuale świata sztuki, gdyż potrafi wchłonąć za sprawą zbiorowego, masochistycznego, samoobronnego odruchu tych ludzi, którzy skądinąd nie działają zwykle jedynie jakimiś mechanizmami finansowymi, czy oportunistycznymi. To istnieje, lecz nigdy nie panowało całkowicie nad twórczością artystyczną”.[2]

Spójrzmy zatem, na problem wystawy Ryszarda Waśki w Trafostacji z perspektywy mojego podwórka, krytyki artystycznej. O samej ekspozycji już trochę napisano, są to jednak relacje skrajnie odmienne. Oczywiście można powiedzieć, że dzieje się tak ponieważ sztuka jest fenomenem u którego podstaw leży możliwość ciągłej reinterpretacji, nie ma żadnych stałych, łącznie z tym co sztuką jesteśmy gotowi nazwać. Tak więc każda ocena jest uprawniona, choć nie zawsze godna uwagi. Każdy argument, o ile logicznie i konsekwentnie użyty pozwala na udowodnienie dowolnej tezy. Nie byłoby w tym nic złego gdyby nie szczególna postawa cechująca nas, krytyków – posiadaczy monopolu na wiedzę o tym co jest dobro, a co złą sztuką. Czasami można odnieść wrażenie, że nie do końca merytoryczne przesłanki decydują o końcowej ocenie we wszystkich tego typu relacjach, a raczej upodobania i antypatie autorów.

O wystawie pisze się dobrze, bo kuratorka wpadła nam w oko lub liczymy na dalszą współpracę z galerią albo zapłacono nam za recenzję i nie wypada dobroczyńcy zrównać z ziemią. Generalnie wzajemne głaskanie się po głowach jest oczekiwaną przez wszystkich normą. Ale czasami bywa też odwrotnie, często z równie osobistych przyczyn: środowisko nie przepada za dyrektorem instytucji, ktoś nie zapłacił honorarium, kuratora uważamy za debila. Wzorem komiksowych bohaterów łączymy w jednej osobie funkcje prokuratora, sędziego i kata decydując o tym kto, w naszym mniemaniu, jest godzien przetrwać dla potomności, a kto nie. Na szczęście, jak już pisałem, opinii jest tyle ilu piszących, każdy może wybrać coś dla siebie. Lecz zamiast promować ów pluralizm sądów, w imię promocji własnej osoby zwalczamy się wzajemnie udowadniając, że na nasza prawda jest najwłaściwsza.

Zresztą, a nie jestem w tym przeczuciu odosobniony, obecnie panuje prawdziwa nadprodukcja tekstów, objaśnień, gloss, recenzji, relacji, sprawozdań, rozmów i wszelkiego rodzaju tekstów, które skołowaciałym odbiorcom maja wyjaśnić co jest z bogatej oferty kulturalnej najważniejsze. Okazuje się, że przy równoczesnej nadprodukcji wydarzeń, z których każde jest działaniem godnym geniuszu, nie tylko nie wiadomo co wybrać, ale czy w ogóle za wybieranie się zabierać. Wszędzie dominuje agresywny język promocji. Hasła, które są puste w swej istocie, tylko zaciemniają obraz. Niestety nie uważam Ryszarda Waśki za: „wizjonera i kuratora, który przez ostatnie trzy dekady, z włączeniem całej swojej rodziny, tworzy nowy rozdział światowej historii sztuki.”[3], jakkolwiek nie jest mi obca jego twórczość, zwłaszcza w ramach Łódzkiego Warsztatu Formy Filmowej. Doceniam również jego działania jako pomysłodawcy i kuratora cyklu wystaw „Konstrukcji w procesie”.

Wbrew jednak owym szumnym hasłom, rozgłaszanym w każdym niemal zakątku medialnej rzeczywistości, polskie instytucje wystawiennicze, z nielicznymi wyjątkami, świecą pustakami. Ów bolesny fakt dotyczy w takim samym stopniu TRAFO Trafostację Sztuki. Czy jest to wina owego nadmiaru, biesiadno-folwarcznego charakteru polskiego społeczeństwa, beznadziejnej edukacji kulturalnej, czy jakiejś innej przyczyny, w tym momencie trudno mi dociekać. Na otwarciach pojawiają się zawsze te same postacie, wzajemnie poklepujące po plecach i posługujące się hermetycznym językiem, kolejny obraz utrwalony w świadomości szerokich mas społeczeństwa. Nic dziwnego, że kreatywni urzędnicy co pewien czas proponują likwidację tej czy innej instytucji. Zresztą i artystów będzie można niedługo zlikwidować, dzięki niedawnemu przełomowi dokonanemu przez dwóch warszawskich pracowników Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Okazuje się, że obecnie tych pierwszych można powołać do istnienia gestem wyboru kuratora, tak jak kiedyś Duchamp wybierał przedmioty do swoich ready mades.

Owa agresywna autopromocja dotyczy zresztą w równym stopniu samych artystów, czego przykładem znowu może zostać postać Ryszarda Waśki. Jego wywiad udzielony „Gazecie Wyborczej” przy okazji otwarcia wystawy w Szczecinie wprost usiany jest opowieściami o nieustającym paśmie sukcesów.[4] Zresztą trudno się dziwić, artyści funkcjonujący w rzeczywistości wszechmocnego rynku sztuki skazani są na ciągłą walkę o coraz wyższe faktory, pozwalające podnosić wartość sprzedawanych dzieł. W ostateczności prowadzić może do przeobrażenia się twórcy w sprawnego rzemieślnika, wytwórcę intrygujących gadżetów, czasami ścigającego się na „błyskotliwość” z copywriterami. W naszej przaśnej rzeczywistości, ta sama potrzeba zapewnienia sobie godnego bytu decyduje o podejmowaniu się przez artystów zleceń natury publicznej i udziale w kuratorskich eksperymentach. Jednakże zamówienia na pomniki, oratoria ku czci, patriotyczne murale, to także element rynku, jeszcze jedna forma mecenatu nad artystami, którzy mogą, lecz nie muszą tego typu realizacji się podejmować.

Pewnie jestem naiwny, bo wydawało mi się , że ludzie podejmują działania zgodnie i w duchu przyświecających im gdzieś idei, zwłaszcza w sztuce. Jednak okazuje się, że Baudrillard ze swoją wizją artystów i instytucji działających jak agencje wywiadowcze ciągle funkcjonujących w imię dawno zapomnianej wojny, mógł mieć rację. Podobnie jak Jerzy Ludwiński, moim zdaniem jeden z najwybitniejszych polskich krytyków sztuki, uważam że sztuką może być wszystko, z wyjątkiem tego co jest do niej podobne, a o prawdziwej jej wartości decyduje przede wszystkim artystyczna postawa twórcy. W świetle moich poglądów i potencjalnych oczekiwań wobec recenzji tej konkretnej wystawy, które są zupełnie inne niż mogło by się to wydawać, postanowiłem, w ten, a nie inny sposób się wypowiedzieć.

Na zakończenie jeszcze tylko kilka słów. Jeśli zna się historię polskiej sztuki oraz śledzi w miarę na bieżąco to co się w niej dzieje współcześnie, wystawa „Genesis” Ryszarda Waśki do końca nie przekonuje. Wybór tego konkretnego artysty na inaugurację nowej instytucji pozostawia niedosyt. Zgrzytem zdecydowanie są także koneksje rodzinne łączące twórcę z instytucją, chociaż jak zapewniają organizatorzy decyzja o zaproszeniu Waśki zapadła na długo przed zatrudnieniem jego córki w charakterze Kierownika Działu Kuratorskiego. Z drugiej strony wystawa ta może się podobać, jest dobrze zaaranżowana mimo bardzo trudnej przestrzeni zaadoptowanej transformatorowni, a Ryszard Waśko był i pozostaje sprawnym artystą, chociaż w moim mniemaniu raczej nierównym. Warto zatem samemu wyrobić sobie zdanie na ten temat. Gdy pisałem tekst o wystawie Christiana Jankowskiego, zadałem szereg pytań dotyczących tej nowej instytucji, wtedy jeszcze w budowie. Pytania te pozostają nadal aktualne, a obraz rysuje się już mniej optymistycznie. Po Waśce przestrzenie TRAFO wypełni 7 edycja ogólnopolskiego festiwalu architektury „Westival 2013”. Jak to wróży na przyszłość?

--------

Ryszard Waśko, „Genesis” 02.08-20.10.2013, Trafostacja Sztuki, Szczecin

 


[1] Wojciech Ciesielski: The Eye of Szczecin/Oko Szczecina, [w:] Magazyn Sztuki, wydanie internetowe, dostępne w Internecie: http://magazynsztuki.eu/index.php/wydarzenia/95-the-eye-of-szczecin-oko-szczecina

[2] Jean Baudrillard: Spisek sztuki, Sic!, Warszawa 2006, s.99.

[3] Tekst promocyjny wystawy, dostępne w Internecie: http://www.trafo.org/index/exhibition/id/28

[4] Warsztat z gwiazdami, wódka z Gwiazdą. Wystawa Waśki w Szczcinie [ROZMOWA], [w:] Gazeta Wyborcza. Wydanie Internetowe, dostępne w Internecie: http://wyborcza.pl/1,75475,14492841,Warsztat_z_gwiazdami__wodka_z_Gwiazda__Wystawa_Waski.html?as=1