Duszno w Bangkoku

Autor: Miłosz Słota Opublikowano:

Art & Culture Center Bangkok

Kantor w Brazylii, Matejko i Malczewski w Pekinie i Seulu, „Dziady” i „Wycinka” w Chinach. A co w Tajlandii? Wystawa polskiej sztuki współczesnej, czyli druga część polsko-tajskiego projektu „Proximity/Bliskość”. Daleko i blisko. Co w Art & Culture Centre, czyli w jednej z najważniejszych galerii sztuki współczesnej w Bangkoku, mają do powiedzenia artyści i kuratorzy? Dlaczego w Tajlandii prezentuje się polską sztukę? Czemu akurat tak? Czemu akurat taką? O jaką właściwie bliskość chodzi? Po co aż tak blisko?

Tytuł wystawy jest tezą. W jednym z wywiadów kurator Bartosz Otocki podkreśla, że „sztuka nowoczesna operuje tym samym językiem na całym świecie[1]”. Kuratorka Pichaya Aime Suphavanij mówi z kolei, że wystawa pokazuje uniwersalizm współczesnego języka artystycznego, uwypukla podobieństwa, które są obecne pomimo dystansu kulturowego[2]. Wniosek: blisko współczesnej sztuce tajskiej do polskiej i na odwrót.

Nie jestem znawcą sztuki tajskiej, więc wierzę na słowo. Bliskość jest faktem i clou wystawy. Skoro więc polscy i tajscy artyści - parafrazując „Myśli nieuczesane” Leca - przywarli do siebie tak blisko, że nie ma już miejsca na żadne uczucia[3], to czy jest jeszcze coś do dodania? Tak skłaniające mnie do zobaczenia tej wystawy przeświadczenie o dysonansie kulturowym, mającym odbicie w sztuce, okazało się ułudą. Ktoś mnie oszukał; albo sam się oszukałem. Przecież sztuka ma dzisiaj charakter globalny – żyjemy w dobie coraz to nowszych spektakli artystycznych. Biennale w Wenecji, Documenta w Kassel, Biennale w Sao Paulo, Sydney, Istambule, Dakarze, Moskwie, Johannesburgu, podróżujące Manifesta – prezentujący tam prace artyści, mimo różnych narodowości i dzielących ich różnic kulturowych, mówią podobnym językiem. Tym stwierdzeniem mógłbym zakończyć.

Ale skoro byłem już tak daleko, nie wypada nie przyjrzeć się wystawie z bliska. „Polska prezentacja w Bangkoku to zjawisko złożone, hybrydowe i wymykające się opisowi dającemu zamknąć się w kilku zdaniach. Z wielu powodów nie sposób określić jednoznacznego charakteru tej ekspozycji, gdyż trudno sprowadzić ją do jednego wspólnego mianownika w kategoriach tematycznych czy formalnych[4]” - wynika z opisu wystawy. Postaram się jednak nazwać moje wątpliwości i wrażenia. Dotyczą one nie tyle samych prac i artystów, co struktury i fundamentów teoretycznych wystawy. Bo w przypadku „Proximity...” największy ciężar spoczywa na sposobie pokazania polskiej sztuki w kraju, którego mieszkańcy nie mają raczej pojęcia o polskiej kulturze. Zanim zobaczyłem ekspozycję, zastanawiałem się: jak powinna wyglądać wystawa polskiej sztuki w kraju, którego kultura jest diametralnie inna? Czy powinna być skupiona wokół konkretnego problemu? Czy powinna być przekrojową prezentacją polskiej sztuki współczesnej? Czy powinien być to przypadkowy kolaż różnych prac? Czy jest to w ogóle możliwe? Każde z tych pytań jest w pewnej mierze naiwne.

Fundamentem wystawy jest explicite wyrażona teza, że współcześni twórcy tajscy i polscy, używając podobnych mediów i środków wypowiedzi, tworzą prace, które dużo więcej łączy, aniżeli dzieli. Kategoria narodowości i pochodzenia nie ma tutaj żadnego znaczenia; gdyby zestawić ze sobą prace twórców polskich i tajskich na jednej wystawie, to – jak zaznaczają kuratorzy – byłaby ona spójna. „Proximity...” nie chce pokazywać różnic, a uwydatnić globalny język sztuki współczesnej. Nie ma być też rodzajem lekcji, bo każde dzieło sztuki ma w sobie tajemnicę, którą odbiorca ma rozszyfrować indywidualnie[5]. No i chodzi o to, żeby przedstawić te wartości i te fundamentalne aspekty człowieczeństwa, które odczuwamy niezależnie od różnic kulturowych.

Reasumując: sztuka polska posługuje się językiem zrozumiałym dla Tajów ze względu na uniwersalne jakości; nie istnieje podział na „nasze” i „wasze”. Jak więc powinna wyglądać wystawa, która byłaby zgodna z tymi założeniami? Na pewno głównym kryterium wyboru nie może być tylko narodowość twórcy. Trzeba zaprojektować wystawę tematycznie, bo za pewnik uznaliśmy już, że istnieje pokrewieństwo w zakresie stosowanych technik. Kuratorzy zaznaczają jednak, że wybór prac na wystawę podyktowany był dodatkowo ograniczeniami organizacyjnymi. „Nie mieliśmy budżetów na wożenie samolotem gigantycznych instalacji czy obrazów, postawiliśmy na media cyfrowe, wideo, drukowane fotografie, niewielkie instalacje, do których materiał można było zakupić na miejscu[6]” - mówi Otocki. To z pewnością zawęża spectrum prezentacji.

Jak wygląda wystawa? W dużym skrócie: otwiera ją „Lekcja jogi” Tomasza Kozaka. Wideo, które podejmuje ponadczasowe oddziaływanie „aryjskiego” toposu, bazuje na tekstach Tadeusza Micińskiego. To wielowątkowy kolaż, który silnie nawiązuje do polskiej mitologii narodowej. Czy potwierdza tezę, że dystans w sztuce współczesnej nie istnieje? Nie jestem przekonany. Ta dość hermetyczna (a jednocześnie bardzo interesująca) praca wymaga znajomości przedmiotu i wątków, które podejmuje. Początek jest więc raczej dystansujący. Jednak im dalej, tym coraz bliżej. Prace wideo Piotra Skiby („Vulgar Display of Power” i „Man, that Negro stole my show”), Anny Witkowskiej („Icarus”), Franciszka Orłowskiego i Jana Szewczyka („Mizukiri”) dotykają problematyki niezwiązanej z konkretną kulturą czy szerokością geograficzną. Mówią o człowieku. Wideo Agaty Bielskiej „Silent hero” w jasny sposób mówi o lęku przed obcym, tolerancji „innego” i nieznanego. Podobnie „Przesilenie” Pawła Kuli czy „Gigant” Grzegorza Drozda odnoszą się tego, co nie zamyka się w hermetycznych kategoriach.

Nie ma tutaj miejsca na wyliczanie i interpretację wszystkich prac. Istotne jest jedno – rzeczywiście, w większości przypadków pochodzenie autorów nie ma tutaj znaczenia. Zmienia się czasami kontekst, kuratorzy w komentarzach do poszczególnych dzieł tłumaczą wynikające z różnic kulturowych konsekwencje, które mogą wpływać na interpretację prac. Jaki jednak jest leitmotiv tej wystawy? Z opisu wynika, że „to zestawienie pulsujące różnorodnością”, które „ma jednak dwa punkty graniczne narracji rozpięte pomiędzy ujęciem socjologicznym, noszącym znamiona sztuki krytycznej, oraz czymś bardziej tajemniczym i niejednoznacznym, operującym stylistyką zbliżoną do mitu i fantasmagorii”. Co to znaczy? O czym mówi ekspozycja? Czym jest jako całość „Proximity...”? Nie pytam o poszczególne prace, bo sztuka nie musi być uporządkowana, jej konstrukcja nie musi być logiczna, oddziaływanie przewidywalne i zaplanowane. Zastanawiam się nad czynnikiem, który spowodował, że akurat prace tych jedenastu artystów zostały zaprezentowane jako reprezentatywne dla polskiej sztuki współczesnej. Wreszcie: czy to jednak nie nazbyt symplicystyczne, ogólne i naiwne twierdzić, że relację pomiędzy Polską i Tajlandią można opisać, mówiąc o bliskości? Owszem, jako koncept może wydać się to w pierwszej chwili ciekawe i zaskakujące. Czy w ten sposób jednak nie skracamy sztucznie dystansu kulturowego i mentalnego, który istnieje? Oczywiście, że współcześnie Polska i dawny Syjam mają ze sobą bardzo wiele wspólnego na gruncie sztuki. Ale tyle samo wspólnego na gruncie współczesnej sztuki mamy z twórcami brazylijskimi, meksykańskimi, tureckimi i chińskimi. Trudno tego uniknąć, żyjąc w globalnej wiosce.

Nie twierdzę, że kuratorzy zrealizowali w Bangkoku wizję nieautentyczną czy wyimaginowaną. Uważam po prostu, że poprzez swój wybór pozbawiają odbiorcę tego, co według mnie najcenniejsze. Zdeprecjonowali fascynującą różnorodność. Podkreślać różnice nie zawsze znaczy epatować tanią egzotyką. Zanim zobaczyłem wystawę, tego samego dnia odwiedziłem Muzeum Sztuki Współczesnej w Bangkoku (MOCA). Zapewne dlatego tak bardzo nie rozumiem podstawowych założeń, struktury i celów „Proximity...”. W MOCA nie eksponuje się ani jednej pracy wideo, więc twierdzenie, jakoby wszyscy posługiwali się tymi samymi mediami cyfrowymi, jest życzeniowe. Prezentowana tam współczesna sztuka różni się od tej, którą znamy. Obrazy, rzeźby czy instalacje (również te z ostatnich kilku lat) w dużej mierze wciąż oparte są na paradygmacie estetycznym, który sprzężony jest z intelektualnymi fundamentami. Sztuka ta na poziomie estetycznym i semantycznym jest dla Europejczyka nie do końca zrozumiała, jest wyrażona innymi metodami. Język jest zupełnie odmienny, często (mniej lub bardziej) silnie uwarunkowany religią i filozofią. Jest lokalny, a nie globalny. Mimo to, w każdej pracy jest coś, co odczuwa się ponad poziomem poznania racjonalnego. W odmienności prac tajskich twórców, które widziałem w MOCA, nie zatraca się istota. Istota sztuki, która często wykracza poza możliwości opisu, eksplikacji, przetłumaczalności, a jej poznanie opiera się na intuicji. To sztuka radykalnie odmienna, a jednak bliska na poziomie znacznie głębszym, aniżeli bliskość, o której mówią kuratorzy „Proximity...”.



Art & Culture Center, Bangkok

Oczywiście, wystawa w MOCA nie daje pełnego obrazu współczesnej kultury artystycznej Tajlandii – tak samo, jak pełnego obrazu sztuki polskiej nie daje „Proximity...”. Nawiązując do niej, nie porównuję jednak jakościowo prac artystów, nie porównuję stylistyki, popularności używanych środków. Podkreślam przede wszystkim, że konfrontacja z odmienną tożsamością współczesnej sztuki tajskiej jest w moim odczuciu dużo bardziej fascynująca i przejmująca, aniżeli odnalezienie najprostszych punktów stycznych z twórczością artystów polskich. Uogólniając – konfrontacja z odmienną „logiką” myślenia twórczego jest mi bliższa.

Zestawić ze sobą „Proximity...” i wystawę w MOCA to jakby spojrzeć na sam Bangkok. Z jednej strony ogromna, nowoczesna i kosmopolityczna metropolia, centrum ekonomiczne z kilkudziesięciopiętrowymi wieżowcami. Z drugiej strony setki ulicznych sprzedawców, smażona szarańcza, mnisi i tuk tuki. Z jednej strony fascynacja Zachodem, z drugiej wszechobecne wizerunki króla i rodziny królewskiej oraz głęboko zakorzeniona w ludziach zgoda na życie w mocno rozwarstwionym społeczeństwie. Mówić tylko o bliskości sztuki tajskiej i polskiej to znaczy widzieć tylko wieżowce albo tylko szarańczę. Nie rozumiem, dlaczego będąc już tak blisko, chcemy udowadniać, że jesteśmy jeszcze bliżej. Według mnie robi się zbyt ciasno i duszno. I nudno. Na własne życzenie.

„Proximity/Bliskość”, Art & Culture Center Bangkok 07-10.2015
Kuratorzy: Pichaya Aime Suphavanij, Bartłomiej Otocki

 

Agata Bielska, Silent Hero, 2012

Anna Witkowska, Icarus, 2005

Grzegorz Drozd, Farang, 2015

Grzegorz Drozd, Gigant, 2015

Piotr Skiba, Vulgar Display of Power, 2013

Piotr Skiba, Vulgar Display of Power, 2013

 


[1] Pierwsza taka wystawa. Szczecinianin pokazał polską sztukę w Tajlandii, Rozmowa Ewy Podgajnej z Bartoszem Otockim,„Gazeta Wyborcza”,http://szczecin.gazeta.pl/szczecin/1,34959,18352568,pierwsza-taka-wystawa-szczecinianin-pokazal-polska-sztuke-w.html?ssoPermanentSessionId=3aca0a91b4536feb6415666c198285caf011004a0ff13556bfe3f80773ecfbd5; data dostępu: 23 września 2015 r.

[2] Zob. Rozmowa z Batoszem Otockim i Pichaya Aime Suphavanij: https://www.youtube.com/watch?t=139&v=i_pW-jBKDkY

[3] Stanisław Jerzy Lec, Myśli nieuczesane wszystkie, Warszawa 2006, s. 32.

[4] http://13muz.eu/news/pokaz/845/aktualnosci/Proximity-Bliskosc-wystawa-13muz-w-Bangkoku-3.07.2015

[5] Zob. Rozmowa z Batoszem Otockim i Pichaya..., op. cit.

[6] Pierwsza taka wystawa..., op. cit.