Koszalin musi przyspieszyć

Autor: Magazyn Sztuki Opublikowano:

Robert Knuth, "Kocham Koszalin", bilbord 2008; w ramach projektu "Kocham Koszalin" realizowanego przez Muzeum w Koszalinie, kurator R. Ziarkiewicz

Ryszard Ziarkiewicz

W ostatnich dniach na ręce Prezydenta Koszalina Piotra Jedlińskiego wpłynęły aż dwa listy dotyczące Kolekcji Osieckiej przechowywanej w Muzeum w Koszalinie. Pierwszy od Sekcji Polskiej Międzynarodowego Stowarzyszenia Krytyków Sztuki (AICA), drugi od prorektora Akademii Sztuki w Szczecinie Waldemara Wojciechowskiego.

Skąd takie nadzwyczajne zainteresowanie Koszalinem? Przypomnijmy – na początku roku 2017 grupa artystów i byłych pracowników muzeum wystosowała list otwarty do władz miasta zaniepokojona losem Kolekcji Osieckiej – niepowtarzalnego zbioru dzieł sztuki polskiej powstałej po 1945 roku zgromadzonej w dziale Sztuki Współczesnej. Kolekcja nierozerwalnie złączona jest ze słynnymi plenerami w Osiekach, które odbywały się w latach 1963-1981. Autorzy listu zwracali uwagę na zaniedbania i słabe wyeksponowanie kolekcji w muzeum.

Muzeum – instytucja miejska - próbowało się bronić przed zarzutami, ale przekonało do swoich racji nielicznych. Tymczasem list poszedł w świat i zaczął właśnie wydawać owoce. I nie są to pewnie owoce ostatnie.

Sytuacja dla Koszalina niezręczna, bo ponownie zostaje mu wypomniane złe rozpoznanie własnych zasobów kulturowych (kolekcja w liście od AICA jest określana jako „bezcenny zbiór”) i ich fatalne zarządzanie przez powołaną do tego celu miejską instytucję.

W praktyce oznacza to, że od niemal trzech dekad muzeum nie radzi sobie ani organizacyjnie, ani intelektualnie z majątkiem, który w wypadku Kolekcji Osieckiej, czy to się komukolwiek podoba czy nie, ma rangę dobra narodowego. Oba listy musimy właśnie tak traktować – jako wyraz zaniepokojenia stanem majątku narodowego, którego depozytariuszem jest Koszalin.

Listy napływające do włodarza naszego miasta są przyjazne i zachęcające do zmian. Oferują także znaczącą pomoc przy promocji kolekcji. Pojawia się okazja, żeby coś zmienić. Czy władze miasta  rezolutnie złapią wiatr w żagle i stworzą warunki do dyskusji na ten temat, która zainicjuje zmiany?  

Gdyby mnie ktoś spytał o zdanie, jak wybrnąć z tego kłopotu, powiedziałbym tak: biorąc pod uwagę realia Muzeum w Koszalinie, w tym zasoby ekspozycyjne i magazynowe, najlepszym rozwiązaniem docelowym jest powołanie odrębnej instytucji – „MUZEUM SZTUKI NOWOCZESNEJ”, które przejmie kolekcję – zadba o właściwą ekspozycję, opracowanie, konserwację, zakupy i obsługę. Taka decyzja byłaby na miarę jubileuszu stulecia awangardy. Dodam, że to nie jest mój pomysł, ale Mariana Bogusza i Jerzego Fedorowicza z roku 1963. Ta nowa, zbudowana od podstaw instytucja muzealna, pełniąca różne dodatkowe funkcje usługowe dla lokalnego i globalnego środowiska kultury, byłaby strzelistym aktem inkorporacji do lepszego świata, do którego mają prawo mieszkańcy Koszalina, a dla starego Muzeum w Koszalinie symbolicznym wypędzeniem z własnych murów postkomunistycznego szatana - bo tak kolekcja jest postrzegana przez wielu z pracowników. Krótko mówiąc sugeruję, że taka koncepcja jest dobra dla wszystkich stron „konfliktu”, który ma naturę ideową. Chodzi o to, by nie podsycać tej wojny, ale ją opanować. Dla Koszalina i całego Pomorza Zachodniego lepiej zbudować nowe muzeum, niż go nie zbudować. Lepiej dbać o swoją historię, niż ją ignorować.

Dlatego w toczącej się obecnie w Koszalinie debacie o strategii rozwoju kultury, warto umieścić Muzeum Sztuki Nowoczesnej jako bezwarunkowy priorytet.   Po co? A no po to, żeby zobaczyć to cudo jakim jest Kolekcja Osiecka na dobrej, opartej na zrozumieniu języka sztuki i pomyśle narracyjnym wystawie, żeby zobaczyć różne wystawy sztuki najnowszej w komfortowych warunkach, żeby mieć alternatywną księgarnię i kino, archiwizować i opisywać rzadkie momenty autentycznego dialogu społecznego, a w wersji maksimum konstruować go w rzeczywistym czasie. Bo na tym w skrócie polega kultura. A wszystko to w samym centrum miasta, tuż przy starym muzeum i opakowane przez wybitnych koszalińskich architektów. Czy to aż tak wiele? Wszystkim wątpiącym i nieprzejednanym wrogom tego pomysłu dedykuję bilbord zaprojektowany przez Roberta Knutha opublikowany w roku 2007 w ramach projektu „Kocham Koszalin” na frontowej ścianie muzeum od strony ulicy Młyńskiej, jako przykład autentyzmu sztuki. Koniecznie trzeba dodać, że realizm tego bilbordu jak i wszystkich pozostałych, tak boleśnie naruszył skodyfikowany i zazdrośnie strzeżony przez władzę język publicznej wypowiedzi, że akcję zamknięto w popłochu już przy trzecim projekcie. Tak było 10 lat temu. Czy coś się zmieniło, czy nadal boimy się artystów i sztuki?

Sprawdźmy to w debacie o kolekcji, która jest źródłem sporu o wizję przyszłości Koszalina.   

Ps. Za tydzień opublikuję tekst o Kolekcji Osieckiej, w którym opowiem, dlaczego jest ona wyjątkowa i warta naszych lokalnych pieszczot i zachwytów oraz wytłumaczę, co jest nie tak z jej aktualną ekspozycją.

Pani Beata (modelka) na tle bilbordu,Koszalin 2008