Objawienia Konrada Kuzyszyna

Autor: Magazyn Sztuki Opublikowano:

Aleksandra Gieczys-Jurszo

Czy artysta zagrał mi na nosie? Takie pytanie może sobie postawić odbiorca wystawy „Ładunki” Konrada Kuzyszyna, którą do 30 stycznia tego roku można było oglądać w Bałtyckiej Galerii Sztuki Współczesnej w Słupsku.

Proszę Pana, czy to żart?
Wrażenie takie może brać się z kontrastu, jaki wydaje się zachodzić pomiędzy tym, co artysta ma do powiedzenia na temat samej ekspozycji, a tym, co zostało na niej pokazane. Kuzyszyn w tekście wprowadzającym do wystawy stawia sprawę poważnie zadając pytanie: „Czy sensy wynikające z uprawiania sztuki wizualnej mogą nakładać się na te, wynikające z wiary albo religii?”. Po takim entre można by spodziewać się czegoś podniosłego, nawiązującego do utartych schematów sztuki sakralnej. Tymczasem Kuzyszyn niczego takiego nam nie proponuje.

 

 

Nad całą wystawą dominują dwa filmy wideo przedstawiające nagiego mężczyznę (artystę). W pierwszym filmie widzimy go na plaży podskakującego przed napierającym na brzeg morzem. W drugim obrazie artysta wykonuje te same ruchy tyle że przed pustą ścianą. Wszystko to – również poprzez dość amatorską produkcję filmów – sprawia co najmniej niepoważne wrażenie. Możliwa jest jednak taka interpretacja zaprezentowanych prac, która wpisuje się całkowicie w nakreślony przez artystę zamiar.

Dwie możliwe odpowiedzi
Analizując obydwa filmy da się w nich zauważyć symbole, które w sposób jednoznaczny wskazują na sakralną problematykę omawianych realizacji: nagość, morze i pusta ściana.

Nagość to utrwalony w zachodniej kulturze symbol otwartości i bezradności. Bywa też oznaką dziecięctwa – rozumianego dosłownie, jak i bardziej metaforycznie: jako niezaradność domagająca się otoczenia opieką. Takie odczytanie zostaje jeszcze wzmocnione przez akt podskakiwania, który również można konotować z typowym dziecięcym zachowaniem, które – z jednej strony – może oznaczać radość albo – co również prawdopodobne – natarczywe domaganie się czegoś. Zaraz okaże się, że wybór pomiędzy tymi dwoma interpretacjami będzie owocował zupełnie odmiennymi odczytaniami obydwu prac.

Z kolei morze i naga ściana mogą być w tym przypadku zinterpretowane jako obiekty odnoszące do sacrum, a więc tego, co stoi w centrum życia religijnego. Morze to symbol bezkresu, nieskończoności, cyklicznego powtarzania się tego samego: odwiecznego i świętego ładu. Kuzyszyn nawiązuje tutaj do tradycji, która proponowała docieranie do sacrum poprzez kontakt z przyrodą. Warto podkreślić, że choć u swych archaicznych początków jest ona zakotwiczona gdzieś w pogańskim doświadczeniu świętości, to mieści się również w chrześcijaństwie, które Kuzyszyn uważa za swój duchowy matecznik. Natomiast pusta ściana to znany z buddyjskich kultur Dalekiego Wschodu znak pustki – duchowej harmonii i spełnienia. Medytacja przed pustą ścianą jest jedną z praktyk realizowanych w buddyzmie zen.

Jeśli spróbujemy połączyć w całość te wszystkie symbole, które pojawiają się w omawianych pracach, to okaże się, że uzyskamy całkiem ciekawy efekt interpretacyjny, który może być dwojaki. Jeśli akt skakania mężczyzny uznamy za wyraz jego radości, to otrzymamy wizerunek kogoś, kto cieszy się, bo pozostaje w kontakcie z sacrum. Wtedy też pytanie, które zadał artysta – „czy sensy wynikające z uprawiania sztuki wizualnej mogą nakładać się na te, wynikające z wiary albo religii” – znajdzie pozytywną odpowiedź. Okaże się więc, że sztuka może być bramą do sacrum. Jeśli natomiast skakanie uznamy za dziecięcy akt domagania się czegoś – w tym wypadku, jak się wydaje, świętości – to odpowiedź nie będzie już tak jednoznaczna. Kuzyszyn nie wypowiada się więc jednoznacznie, zostawiając widzowi pole do domysłów.

A może to jednak kpina...?
Ale może to wszystko to tylko nasze zmyślenie? Wszak Kuzyszyn we wspomnianym już tekście pisze wprost: \"Postmodernistyczne rozdęcie obszarów sztuki oraz jej duchowe wyczerpanie wykształciło umiejętność uprawiania strategii ideowo-wystawienniczej”. Jeśli tak jest, to i sensy różnych realizacji w obszarze sztuki współczesnej uległy coraz większemu zatarciu. Skoro tak, to może się okazać, że rzeczywistym dawcą znaczeń jest nie artysta, a krytyk. Tak naprawdę wymyśla on sens dzieła. Artysta jest dla niego jedynie „dostawcą materiału” do swobodnych gier językowych, którymi oplata on artystyczne realizacje.

Być może jest więc tak, że wszystko to, co napisałam powyżej, to jedynie moje zmyślenie, swobodna gra wyobraźni próbującej uchwycić sens prac, które – to przecież również jest możliwe – same w sobie są jego całkowicie pozbawione. W takiej perspektywie byłyby one jedynie kpiną z profesji krytyka sztuki, który próbuje nadać znaczenie czemuś, co jest programowo z niego odessane.