Rybie oko patrzy!

Autor: Magazyn Sztuki Opublikowano:

Aleksander Kuhl, Domek grabarza, 2013

Ryszard Ziarkiewicz

Biennale Sztuki Młodych \"Rybie Oko 7\" BGSW w Słupsku 11.10-30.11.2013

Trzeba oddać organizatorom, a zwłaszcza dyrektorce Bałtyckiej Galerii Sztuki Współczesnej w Słupsku Edycie Wolskiej, że ciężka praca popłaca.

 

Słupsk - niewielkie miasto leżące na pomorskim szlaku łączącym dwie metropolie Szczecin i Gdańsk, miasto bez właściwości, przez które jak najszybciej przejeżdża się i zapomina, ma jednak atrakcyjną imprezę. Biennale o dziwacznym tytule \"Rybie Oko\" przyciąga młodzież artystyczną oraz historyków i krytyków sztuki z całej Polski.

BIENNALE ma już 14 lat.
Przyjeżdżam do Słupska. Pierwsze, co widać to to, że miasto jest niewielkie i nie ma własnego rynku sztuki. Sztuka współczesna jest więc tam obecna wyłącznie w instytucjach państwowo-samorządowych. Dobrze i źle, ale raczej dobrze, bo instytucje te działają, są dobrze utrzymane, realizują autorskie programy. Jednym słowem jest w tym działaniu obecna jakaś strategia polityczna. Źle, bo nie ma lokalnego środowiska oprócz wirtualnych fanów na facebooku.

Najważniejszym elementem tej lokalnej strategii jest organizacja Biennale Sztuki Młodych „Rybie Oko”. Powiedzmy to wprost: to jedyne biennale sztuki młodych w Polsce a do tego pod nieco przerażającą nazwą. Ale po ilości zgłoszeń na biennale widać, że nikt się tym nie przejmuje. Imponuje również wysokość nagród. Ich fundatorami są minister kultury, marszałek pomorski oraz prezydent Słupska i burmistrz Ustki. Strategia pobudzania prowincji przez kulturę czytelna i chwalebna. Jednak Edycie Wolskiej – dyrektorce Bałtyckiej Galerii Sztuki Współczesnej w Słupsku i Ustce - nie zazdroszczę. Jest ona, choć wcale tego nie chce, Heroiną broniąca resztki wielkości i godności upadających miast całego Pomorza (oprócz metropolii Trójmiasta i Szczecina). Krótko mówiąc zamiast cieszyć się sztuką, dawkuje ją społeczeństwu lokalnemu jako awangardowe panaceum na choroby społeczne, w tym bezrobocie, i środek rozmywający cień komornika wampira ze Słupska.

Sztuka jest młoda, a młodość jest szybka
Najważniejszym momentem Biennale jest autoprezentacja artystów przed gronem zaproszonych kuratorów i redaktorów pism artystycznych. Wynika z niej pewien uogólniony obraz najnowszej sztuki, żadna rewolucja, a jednak coś nowego w nim jest. Sztuka jest coraz mocniej efemeryczna, „zielona” i niesformalizowana. Coraz mniej obiektów sztuki w sensie tradycyjnego dzieła. Tryumfują drobiazgi, strzępy, fragmenty, krótkie wycinki czasu. Na pierwszy rzut oka widać, że najlepsze rzeczy mają klimat facebooka. Fast forward. A czy to źle? Zapewne nie, ale widać gołym okiem, że ten klimat nie służy malarstwu, które nie tylko na biennale w Słupsku jest w wielkim odwrocie.

Zamiast opisywać biennale, które jest typową wystawą obiektów – kroniką prac jury - trzeba wymienić dwa, trzy, cztery, .. sześć nazwisk, które umknęły skąd inąd profesjonalnej komisji oceniającej nadesłane prace. Są to Małgorzata Łuczyna, Ola Kozioł, Łukasz Trusewicz, Krzysztof Maniak, Michał Hyjek i Mateusz Choróbski. To takie typowe niedopatrzenie każdego konkursu. Ale, w wypadku Rybiego Oka, może jest to znak, by w przyszłości podejmować jurorskie decyzje przesłuchując dosłownie artystów. Ze względu na efemeryczny charakter współczesnej twórczości, nie wszystko da się wypatrzeć bez komentarza artysty.

Małgorzata Łuczyna i Mateusz Choróbski są reprezentantami sztuki dokumentalno-intelektualnej, pozostała czwórka sztuki efemerycznej o zabarwieniu zielonym nawet wtedy, gdy rozgrywa się ona w mieście (Trusewicz, Hyjek).

Spośród tej szóstki wielkich przegranych 7 edycji Rybiego Oka najbardziej mi żal Oli Kozioł (Akademia Sztuk Pięknych w Łodzi), która właściwie zanegowała sztukę w formie do tej pory uprawianej i otworzyła dla niej nową przestrzeń, która jest gdziekolwiek, lub tam gdzie jest artystka. W ten sposób sztuka pojawia się, albo objawia w formie najprostszej. Trzeba było Oli Kozioł, by odkryć, że sztuka jest wszędzie, lub że nie ma czegoś takiego jak sztuka – jest tylko niezwykła/zwykła rzeczywistość. Kozioł zaznacza siebie w pejzażu idąc przez pole, wyciągając w bok ręce, przytupując i śpiewając. Jej dzieła to wędrówka, która wpisuje jej postać w horyzont, pielgrzymka. Dosłownie ona, jej plecak, droga.

Drugim moim wielkim bohaterem 7 edycji Rybiego Oka jest Łukasz Trusewicz (Uniwersytet Artystyczny w Poznaniu), którego działania znałem już wcześniej, ale w pełni odkryłem ich walor dopiero w Słupsku. Trusewicz jest naturalnym performerem, zamienia trochę na tej samej zasadzie jak Kozioł rzeczywistość w sztukę i odwrotnie.

Performances artysty są banalnie proste: pocięcie na kawałki kibolskiego szalika Lecha, prostowanie krzywego pomnika, przerabianie obraźliwych haseł wymalowanych w przejściach podziemnych i ciemnych zaułkach, demonstracyjne przeskakiwanie przez wymyślny płot ufundowany przez Kulczyka, który podzielił publiczną przestrzeń parku na niezrozumiałe i niefunkcjonalne strefy. Są to więc efemeryczne interwencje miejskie. Właściwie sztuka ulicy. Bez cienia patosu, dydaktyki i scentralizowanej formy.

Żeby trochę zrównoważyć te uwagi powiem na koniec, że wśród nagrodzonych mam swojego faworyta również. Jest to Aleksander Kuhl (Akademia Sztuki w Szczecinie), który na biennale przysłał orła – godło państwowe – zrobionego z gwoździ wykopanych przez artystę na cmentarzu w Szczecinie. Wszystkie gwoździe pięknie pogięte i zardzewiałe – na moje oko wiele sprzed 1945 roku, a więc jeszcze szwabskich. Z tych trumiennych gwoździ wyszedł Kuhlowi całkiem zgrabny ptak. Znak, że artyści są inteligentni, nieposkromieni, nieprzewidywalni, i, a jakże, niebezpieczni!

Mariusz Wolny Our Childern Play, 2013, nagroda marszałka województwa pomorskiego

Michał Bugalski, Nie chcę iść spać, fotografie