Spędzanie życia

Autor: Stach Szabłowski Opublikowano:

Projekt "Miejsce 2" - dawna kotłownia fabryki karabinów, Gdańsk, fot. Lucyna Kolendo

Stach Szabłowski

Życie przemija. „Życie” - projekt Marcina Zawickiego i grupy Las - przeminęło wręcz błyskawicznie; jeden wakacyjny weekend i po wszystkim. Nie zniknęło jednak bez śladu. Zostawiło trop, który prowadzi w interesującym kierunku – w stronę miejsca, w którym ustala się nowy balans między sztuką, rozrywką, gentryfikacją i tzw. „miejskim stylem życia”.

*
Jak wyglądało „Życie”? Wyobraźcie sobie roślinny gąszcz wyrastający w jednym z tych postindustrialnych zakamarów, które tak cenimy za ich surową malowniczość. W hali, która kiedyś była kotłownią pruskiej fabryki w Gdańsku, pięły się drzewa i różna pomniejsza flora. Część flory zarastającej kotłownię była pospolita i prawdopodobna, ale inne okazy – np. jadowite, kolorowe huby i grzyby, sugerujące opcję jakiejś interesującej intoksykacji – wyglądały jak mykoidalne stwory z obrazów Marcina Zawickiego; kto zna malarstwo tego artysty, ten jest oswojony z ikonografią psychodelicznej grzybni, która zarasta wiele z jego płócien.

Instalacja płynęła na fali elektronicznej ścieżki dźwiękowej skomponowanej przez duet Las, który zakończył trzydniowy pokaz live actem, nawiasem mówiąc bardzo dobrym.

Ze zbudowaniem sztucznego gąszczu była kupa roboty. Instalacja została zrobiona z monumentalnym rozmachem, ale za to tylko na chwilę. Pytanie: na co cały ten trud? 

Szukanie odpowiedzi na to pytanie zainteresowało mnie bardziej, niż zagłębianie się w gąszcz, który Zawicki zasadził w kotłowni. Lubię się przez te gąszcze przedzierać kiedy są namalowane. Zresztą nie ja jeden; nagrody i wyróżnienia w Artystycznej Podróży Hestii, na Bielskiej Jesieni, na Geppercie, zwycięstwo w konkursie na najlepszy dyplom w Polsce, doktorat z malarstwa, stanowisko na Gdańskiej Akademii – sztuka Zawickiego doczekała się wielu instytucjonalnych potwierdzeń. Dla odbiorców domagających się od artystów kreowania momentu awangardowego albo zabierania głosu w ważnych sprawach publicznych, malarstwo Zawickiego może jawić się jako przyjemność tym bardziej grzeszna, że konserwatywna. Ktoś powie: burżuazyjna fanaberia, dekadencka i eskapistyczna. Niech będzie, ale umówmy się: czym byłoby życie (artystyczne) bez takich „fanaberii”? Podoba mi się przy tym, że Zawicki nie szuka alibi dla swojej artystowskiej postawy; jest malarzem nie tylko biegłym, ale i uczciwym.

*
Tymczasem w „Życiu” Zawicki wystąpił nie jako malarz, lecz instalator. To coming out artysty, który „instaluje” od dłuższego czasu, tyle, że w swego rodzaju konspiracji. Jego ulubionym gatunkiem jest (martwa) natura. Zawicki tworzy zwyrodniałe zielniki, przerośnięte roślinne kłębowiska, florę fantastyczną, ale opartą na faktach. Te z kolei są spreparowane: stworzenie obrazu malarz poprzedza najczęściej zbudowaniem precyzyjnej makiety malarskiego kadru. Te kunsztowne modele nie są wystawiane, ale stanowią rodzaj ukrytej gwarancji realności fikcji, które oglądamy na płótnach.

Instalacja „Życie” przypominała makiety, na podstawie których Zawicki zazwyczaj maluje obrazy, tyle, że w skali makro – i tym razem bez malarskich konsekwencji, za to ze ścieżką dźwiękową. 

Trzeba było malować tę makietę, a nie ją pokazywać, miałem ochotę powiedzieć artyście, ale dałem spokój. Monumentalny gąszcz „Życia” został już w kotłowni ogromnym nakładem pracy wyhodowany, a za moment i tak miał zostać wykarczowany; instalacja, jak się rzekło, wyrosła tylko na jeden letni weekend.

Zawicki jakby zapomniał o zasadzie działania mechanizmu, który napędza jego sztukę. Ten mechanizm miał produkować wirtuozerskie reprezentacje, pełne niedomówień obrazy, miał wytwarzać intrygującą dwuznaczność i stan zawieszenie między realizmem i manipulacją.

W „Życiu” dwuznaczność się zgubiła. Życie nie znosi jednak próżni; kiedy coś zgubi, coś innego niechybnie się znajdzie. W wypadku „Życia” zgubiły się może urok a nawet istota praktyki Zawickiego, znalazły się za to konteksty; wplecione w nie „Życie” z efemerycznej atrakcji pewnego minionego weekendu zmienia się w zdarzenie paradygmatyczne.

M. Zawicki "Życie", Gdańsk, 2017, fot. mat prasowe. IKM
M. Zawicki "Życie", Gdańsk, 2017, fot. mat prasowe. IKM

*
„Życie” zostało zrealizowane jako drugie wydarzenie z cyklu „Miejsca” prowadzonego od początku roku przez Instytut Kultury Miejskiej. W Gdańsku IKM jest dużym graczem, ważnym publicznym producentem artystycznym. Organizuje eventy w swojej siedzibie, ale głównym frontem jego działalności jest miasto. Jednym z flagowych przedsięwzięć IKM są urządzane co roku w sojuszu z Gdańską Galerią Miejską „Narracje”, festiwal sztuki w przestrzeni publicznej. Chodzi w nim o tematyzowanie wybranej dzielnicy Gdańska poprzez interwencje artystów w jej przestrzeń.

„Miejsca” to takie „Narracje”, tyle że punktowe; nie chodzi już o całe dzielnice, lecz o konkretne lokacje, wyświetlane przez pojedynczą realizację zaproszonego artysty/artystki. Wspólnym mianownikiem obydwu przedsięwzięć jest efemeryczność. Miałem przyjemność kuratorować ostatnią edycję Narracji. Muszę przyznać, że kiedy nad nią pracowałem, przechodziły mnie wanitatywne dreszcze. Rok przygotowań, podróży roboczych, wizji lokalnych, planowania, dyskusji, przedzawałowych stanów serca i oddychania z ulgą; zaangażowania artystów, projektowania, produkowania, spinania budżetu i jego wydawania – a potem dwa jesienne wieczory dla publiczności i koniec: po „Narracjach” zostaje tylko wspomnienie.

Szaleństwo? Tak, ale jest w nim metoda. „Narracje” w dwa wieczory gromadzą publiczność liczącą solidnych kilka tysięcy osób, za nic mających pogodę, która zazwyczaj w czasie tego festiwalu jest fatalna; większość instytucji sztuki w Polsce o takiej widowni nie może marzyć w ciągu miesiąca. Jak się przekonałem, „Życie” również cieszyło się wielkim powodzeniem. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że wystawioną w galerii, tę samą instalację byłoby dużo trudniej sprzedać publiczności. Jednym z kontekstów dla projektu Zawickiego i Lasu jest bowiem kryzys wystawy jako medium. Ludzie niechętnie chodzą, na wystawy, wolą eventy – i to najlepiej takie, które nie odbywają się w galerii, lecz w jakimś „prawdziwym” miejscu.

Nominalnie, zarówno w „Narracjach” jak i „Miejscach” chodzi o sztukę. Odbiorcy wiedzą jednak, że nie zostaną zamknięci z tą z sztuką sam na sam w jakimś white cubie, niczym turysta w zoo, który znalazł się nagle po niewłaściwej stronie ogrodzenia wybiegu dla drapieżników. W „miejskich” projektach w najlepszym razie sztuka pomaga eksplorować miasto, rzuca na nie światło pod jakimś interesującym kontem, w najgorszym – jest tylko pretekstem, żeby wyjść z domu i miasto (zazwyczaj zresztą swoje własne) zwiedzać. W obu wypadkach staje się wehikułem urban-turystyki.

 Innym kontekstem dla „Życia” jest gentryfikacja. Pokutuje obiegowa opinia, że artyści zwiastują ją jak czterej jeźdźcy apokalipsy. Stereotyp? Może, ale na Dolnym Mieście w Gdańsku, gdzie Zawicki pokazywał „Życie” łatwo w niego uwierzyć. W 1998 roku w tej dzielnicy powstało Centrum Sztuki Łaźnia. Pamiętam, jak Gdańszczanie straszyli wtedy przyjezdnych, takich jak ja, Dolnym Miastem - i wyglądało na to, że sami też czują się w dolnomiejskich rewirach nieswojo. Dziś nie ma się czego bać; polbruk, ścieżki rowerowe, nowa zieleń miejska i jaśniejsze oświetlenie ulic układają się przyjazną scenografię spektaklu „miejskiego stylu życia”. Stare kamienice, które jeszcze niedawno jawiły się jako bastiony groźnego lumpenproletariatu, teraz stanowią klimatyczne vintage’owe tło dla dzieł uwijających się w okolicy developerów. Przypisanie sztuce wszystkich zasług za tę odmianę byłoby totalną przesadą, ale pozostaje faktem, że na początku była sztuka. „Życie” wpisuje się w ideę rewitalizacji dzielnicy poprzez nasączanie jej duchem kreatywności.

„Miejsca” miały służyć odkrywaniu miasta poprzez sztukę, ale tak poprawdzie Królewska Fabryka Karabinów, w której Zawicki zrealizował instalację została odkryta już dawno temu. Zakład ma XIX wiecznie korzenie; za PRLu szyto w nim futra, potem zaliczył typowe transformacyjne bankructwo. Teraz jest w prywatnych rękach. Obecny właściciel gościnnie wita w Fabryce Karabinów inicjatywy twórcze, zachęca też branżę kreatywną do wynajmowania biur w malowniczych loftach; kilka młodych firm skorzystało z tej opcji. Poza tym w zabytkowo-industrialnym klimacie rozkwita kultura hipsterska; jest i knajpa serwująca rzemieślnicze piwa, i letnie targi eko-żywności, i wyselekcjonowane foodtracki i muzyka elektroniczna. Zastanawiające przy tym, jak bardzo to miejsce z duszą jest podobne do innych offowych miejsc z duszą w zrewitalizowanych obiektach poprzemysłowych; można by pomyśleć, że to franczyzy jakieś wielkiej sieci. Na dobre i złe, człowiek czuje się w nich jak u siebie w domu. Jest tu miejsce i dla sztuki, pod warunkiem, że nie będzie zbyt absorbująca – i nie będzie zawadzać w zażywaniu miejskich uciech. „Życie” Zawickiego w drogę hispsterom nie wchodziło; samo było jedną z takich uciech.

Zastanawiałem się, na jakiej wadze kłaść takie wydarzenie jak „Życie”? Z punktu widzenia krytyka była to nieszkodliwa ale i nieudana praca. Z punktu widzenia uczestnika był to udany event, podany do konsumpcji w sosie dobrej muzyki, ciekawej pofabrycznej architektury i w sąsiedztwie fajnej, choć przecież w swojej industrialnej „oryginalności” dość przewidywalnej knajpy. Malarstwo Zawickiego można nazwać salonowym, w pozytywnym znaczeniu słowa. Ta etykieta niczego jego obrazom nie ujmuje, nie zmienia to jednak faktu, że sztuka publiczna w Polsce rozwijała się do pewnego momentu jako dyskurs polemiczny wobec konceptu sztuki salonowej. Ba! miała stanowić alternatywę również dla dyskursu sztuki instytucjonalnej. Z tej polemiczności brała się nawiązująca do tradycji i wokabularza sytuacjonistów retoryka artystycznej „interwencji”. Mówiło się, że sztuka w przestrzeni publicznej to świetny wehikuł dla artystów, którzy chcieliby opuścić galeryjne wieże z kości słoniowej, i udać się w kierunku realnych, nie instytucjonalnych kontekstów, w stronę tzw. prawdziwego życia.

Tymczasem postulat skracania dystansu między sztuką a życiem spełnia się – ale na swój przewrotny sposób. Instalacja Zawickiego jest świetnym obrazem takiego spełnienia.

Sztuka naprawdę staje się tu częścią życia, a mówiąc dokładniej „miejskiego stylu życia”. W ramach tego stylu granica między krytyczną świadomością obywatela miasta, a światłym konserwatyzmem młodego mieszczaństwa jest płynna; pierwsze niepostrzeżenie przechodzi w drugie – i zabiera ze sobą sztukę razem z kilkoma innymi kontrkulturowymi atrybutami. Firmy w loftach, knajpy w fabrykach, eko-jedzenie, wystawy w (sprywatyzowanych) pustostanach; to ma wyglądać trochę jak kultura squatterska, trochę jak alternatywa. Ale nią nie jest bo, jak wiemy skądinąd, there is no alternative – oczywiście, jeżeli nie liczyć wyboru stylu w jakim będziemy konsumować: bardziej „korpo” czy bardziej „po miejsku”.

To zabawne; sztuka jest tak przywiązana do awangardowego konceptu zmieniania świata artystycznym gestem, że łatwo przegapia moment, w którym to publiczność przerabia ją na swój obraz i podobieństwo. Po 1989 roku namysł nad sposobami oddziaływania artystów na zbiorową świadomość był ważnym wątkiem polskich debat teoretycznych. Rozprawiano też, jakby tu wyedukować publiczność tak, by dorosła do wyzwań stawianych jej przez sztukę, i była w stanie tym wyzwaniom intelektualnie i światopoglądowo sprostać.  Sęk w tym, że rozważania te toczono przy założeniu jednokierunkowej komunikacji. Tymczasem brak jest niezbitych dowodów na to, że społeczeństwo odebrało i wzięło sobie do serca wysyłane przez świat sztuki komunikaty. Znaczenie wyraźniej uwidaczniają się za to symptomy wpływu oczekiwań społecznych na sztukę; pisałem o tym niedawno na łamach Dwutygodnika w kontekście zmian w polityce i instytucjonalnym wizerunku MSN. Kultura eventu, lepiej dostosowana do zdolności koncentrowania uwagi przez postinternetową publiczność niż „powolne” formy w rodzaju wystawy. Festiwalizacja, wyciszanie aspołecznych momentów sztuki i podkreślanie jej rozrywkowego potencjału; to niektóre parametry „Życia” Zawickiego & Lasu, które stają się zarazem parametrami nowych artystycznych formatów. Kino od dawna jest bardzo wyraźnie podzielone: tu mamy bezwstydną komercję, tam arthouse dla widzów z ambicjami, jeszcze gdzie indziej ostry eksperyment. W sztuce radykalny eksperyment to najnowsza klasyka, punkt odniesienia, który niekoniecznie jednak został uzgodniony z publicznością. Można powiedzieć, że sztuka na ponad wiek wymknęła się zupełnie spod kontroli publiczności, ale nic nie trwa wiecznie. Publiczność, coraz bardziej pewna siebie, coraz trudniejsza do spacyfikowania i skoszarowania w instytucjach, oswaja sztukę; traci ona w tym procesie trochę swej krytycznej drapieżności i dzikiej nieprzewidywalności, ale coś za coś: staje się za to bardziej przyjazna dla użytkownika, żeby nie powiedzieć konsumenta.

 

Marcin Zawicki „Życie”, dawna kotłownia Królewskiej Fabryki Karabinów na Dolnym Mieście w Gdańsku, 18-20 sierpnia 2017. Na zakończenie prezentacji odbył się koncert projektu LASY. Organizator: IKM – Instytut Kultury Miejskiej Gdańsk