Z peryferiów do centrum i z powrotem ..

Autor: Ryszard Ziarkiewicz Opublikowano:

Wystawa zat. „Z peryferii”, 25.01 – 23.03.20, BGSW w Słupsku, Baszta Czarownic, CAT w Ustce

Czy wystawa w Słupsku jest zmyłką zrobioną dla własnych elit, żeby je zaciekawić i przyciągnąć uwagę? Wiadomo, że elity nie chcą być prowincjonalne, bo niby jaki mają w tym interes? Podobnie jest ze sztuką. Jeśli ktoś sądzi, że sztuka chce być prowincjonalna, a artyści  są z takiej postawy dumni, też się myli. Artyści zawsze chcą być w czołówce pierwszej ligi, a nie w czołówce p r o w i n c j o n a l n e j!  Dotyczy to nawet Rycharskiego, chociaż słowo „nawet” – przyznaję – może tu być lekko naciągane.

Co oznacza intrygujący tytuł najnowszej wystawy, otwartej w ostatni piątek w BGSW w Słupsku  - „Z peryferii”?

Sztukę ze Słupska? A może położonego zaledwie 60 km dalej na zachód Koszalina, w którym wszystkie wystawy, które tam robiłem przez ostatnie 15 lat były na ten temat, choć nazywały się inaczej? Też nie. Kuratorzy wystawy (Edyta Wolska i Roman Lewandowski) w krótkim tekście opublikowanym na stronie galerii wyjaśniają, że chodzi o przestrzeń wewnętrzną, w której można się schronić i prowadzić „prywatny”, peryferyjny dyskurs ze światem. Przyznam, że poczułem zawód, tym bardziej, że w wystawie bierze udział Dawid Rycharski – specjalista od peryferyjnych światów rzeczywistych, a nie wyobrażonych. Kuratorska interpretacja tytułu jednak mnie zastanowiła - jak radzą sobie z tym zadaniem  artyści  z Koszalina, z którymi współpracowałem w Scenie, i którzy po raz pierwszy zostali zaproszeni do udziału w wystawie w Słupsku zrobionej z rozmachem i pewnością siebie.  Liderami wystawy słupskiej są Rycharski, Surowiec i Matyszewski, powszechnie znani artyści, obok których wpisujemy koszalinian: Teplicką, Ciesielskiego i Pacholskiego. Wypada zatem zadać pytanie, co tę wystawę wyróżnia i jeszcze raz zastanowić się nad  tytułem – „Z peryferii” (ów) emanujący smutkiem i  w połowie urwanym. Wiemy skąd – z peryferiów, ale nie wiemy dokąd, ewentualnie gdzie? Tytuł sugeruje, że wchodzę na wystawę sztuki innej, stylistycznie i mentalnie odległej od Centrum, która może mnie zaszokować odkryciem innego, obcego świata „prowincjonalnego”. Jaki to może być prowincjonalizm polski? Rozumiem, że chodzi tu o sferę szeroko pojętej kultury. Prowincja zaczyna się tam, gdzie z horyzontu znika Pałac Kultury (i Nauki), a pojawia się wieża parafialnej świątyni. Niektórzy idą jeszcze dalej – odrzucając formy i kształty – wskazują na dźwięki i zapachy radykalnie inne tu i tam. Niezależnie od tego, co uznamy za ważniejsze, ta interpretacja zakłada dwubiegunowość rzeczywistości, w której jeden z nich jest zawsze lepszy, a drugi zawsze gorszy i to w każdej kategorii. W tej koncepcji interpretacji rzeczywistości chodziłoby o ideologiczną walkę zwolenników dwóch biegunów, o wizję świata wykształconą przez spór, różnice, bitwy, wojny,  r e w o l u c j ę. Przechodząc się po wystawie już po chwili widać, że nie o taki rodzaj prowincji tu chodzi.  Gdyby pomieszać w podpisach prac – nic by się nie stało, bo one nie są ani znaczeniowo ani formalnie prowincjonalne. Zostały stworzone przez jednostki, które ani nie uciekają z centrum ani do niej nie uciekają.  Dlatego wystawa w Słupsku równie dobrze może się nazywać „Z centrum”.

Może peryferia trzeba  tu rozumieć jako koncepcję heglowską, to znaczy peryferiów jako miejsca wygnania sztuki z centrum uwagi człowieka, co stało się na przełomie XIX i XX wieku. Słynna postheglowska „koncepcja utraty środka” to oparta na jego myśli, rozwinięta później przez innych filozofów niemieckich teoria wg. której, sztuka już nie trafia w sam środek ludzkiego życia. Jest na peryferiach. To co dotyczy na prawdę egzystencji ludzkiej, gdzie człowiek boryka się z losem to są sprawy filozoficzne, światopoglądowe, cywilizacyjno-techniczne, a bynajmniej nie sprawy sztuki tak jak ją do XIX wieku rozumiano. Myśl ta kontynuowana jest przez Heidegera i Witkiewicza już w XX wieku, jako teza o zaniku uczuć metafizycznych. Im bardziej jesteśmy racjonalni, im bardziej się demokratyzujemy, im mniej jest ludzi, których stać na elitarne życie duchowe, tym bardziej grozi uwiąd sztuce. Wbrew pozorom, jakie tworzy współczesna cywilizacja algorytmów, dla sztuki nie ma już miejsca w centrum, a na peryferiach z kolei nie ma warunków do jej rozwoju, a zatem jej los jest przesądzony. Przynajmniej z punktu widzenia filozofii sztuki peryferyzacja, o której piszą kuratorzy wystawy,  jest raczej zapowiedzią katastrofy niż metodą na (prze)trwanie. Czy nie dlatego właśnie artyści coraz  „więcej mówią, coraz więcej podróżują, szastają się od bieguna do bieguna, ale coraz mniej robią? Manifestują swój niepokój – manifestując tym samym swoją indolencję, swoją niezdolność trafienia w podstawowe zjawiska naszej współczesności.”[1]

 Rzućmy teraz okiem na sztukę i wystawę  żeby zobaczyć, jak teoria pasuje do rzeczywistości.
 A zacznijmy od gigantów tej ekspozycji, czyli od trójcy Surowiec, Rycharski, Matyszewski. Nie zawiódł Surowiec, który pokazał trawy i zioła zebrane z cmentarzy i obozów zagłady. Wybrał, co piękniejsze i zalał żywicą w płaskich kasetonach otrzymując trójwymiarowy, finezyjny zielnik. Widzę, jak niektórzy wpatrują się z nadludzką uwagą  w te delikatne źdźbła szukając zapewne jakiegoś fizycznego dowodu winy. Rosły przecież na polach użyźnionych trupami. Zawiódł Rycharski pokazując dobrą, ale starą i wszystkim znaną pracę w formie filmu dokumentalnego zat. Multimedialne strachy na dziki i ptaki (2011), chociaż on jeden wpasował się bez problemu w tytuł wystawy. Rozczarował Matyszewski, który zmultiplikował pierś kobiecą. Wypadło nieco groteskowo. Patrząc na piersi Matyszewskiego odkrywam, że kryterium uczestnictwa w wystawie było miejsce zamieszkania, gdzieś poza centrum. I po kłopocie..

Łukasz Surowiec, Roślinarium, CAT Ustka, fot. Z. Pacholski
Paweł Matyszewski, CAT Ustka, fot. Z. Pacholski
Andrzej Ciesielski, CAT Ustka, fot. Z. Pacholski

A jak wyszli na tym tle Koszalinianie? Mam mieszane uczucia. Nowe prace Ciesielskiego wykonane z przemysłowych półproduktów – tym razem są  to tekturowe rurki na które maszyny nawijają papierowe ręczniki – podobają mi się, ale, bądźmy szczerzy, to są prace, których źródło tkwi głęboko w latach 70. XX wieku. Peryferyjny izolacjonizm Ciesielskiego polega na tym, że artysta nadal robi wyłącznie to, co lubi. Nie wiem, czy to dobrze dla artysty, stwierdzam tylko fakt, że tak właśnie jest. Natomiast Pacholski pokazał dobrze znane zdjęcia z  cyklu „Wykopki”. Owszem, one są bardzo dobre, ale pokazane po raz enty  w tej samej wersji nie robią wrażenia. Najciekawszą propozycję pokazała Teplicka, ale i tu mamy kłopot, bo artystka ciągle szuka swojego stylu i tematu. Wydaje mi się, że obrazy, które tym razem pokazała są warte naszej uwagi.

Po przeczytaniu kuratorskiego wstępu do wystawy uważam, że artystą najlepiej dopasowanym do jej idei, był Tomasz Rogaliński. Szkoda, że nie został zaproszony do udziału w wystawie, bo nikt inny nie pasuje tak dobrze jak on do tego fragmentu: „Współczesny artysta, który intencjonalnie wybiera funkcjonowanie na prowincji, przedmieściach czy też penetruje suburbia, mniej lub bardziej intencjonalnie wchodzi w rolę trickstera, a zatem przyjmuje postawę mocno ambiwalentną i pełną wieloznaczności. Trickster bowiem stosuje pastisz, paradoks, żongluje metaforami i z łatwością się przemieszcza, przy czym nieobce są mu rewiry codzienności czy świat marginesu oraz brulionu. Wszystko to są ekwiwalenty strategii, które możemy odnaleźć w twórczości artystów tworzących na obrzeżach głównego artystycznego nurtu i poszukujących wolności poza akademickim dyskursem.”[2] No cóż, wyszło jak wyszło, gdy wszyscy udają, że wiedzą o co chodzi. Gratulacje dla Łukasza Surowca za zielnik z „pól śmierci” oraz za pięknie pospawane pręty dla Krzysztofa Maniaka, które z fotografią Pacholskiego  zrobiły ciekawy postmodernistyczny environments.

Na koniec wypada pogratulować kuratorom i podziękować za uwagę poświęconą Koszalinowi. Swoją drogą jak to się dziwacznie poukładało pomiędzy nami: Koszalin nie ma galerii sztuki najnowszej, ale ma własne środowisko artystów nowoczesnych, Słupsk ma galerię, ale nie ma lokalnego środowiska artystów. Nic tylko współczuć!

Weronika Teplicka, fragment ekspozycji w Galerii Kameralnej, fot. Z. Pacholski

Zdzisław Pacholski, Krzysztof Maniak, fragment ekspozycji, Galeria Kameralna, fot. Z. Pacholski

[1] St. Morawski, Kryzys pojęcia ‘sztuka’, wykład, Osieki, sierpień 1970, w: „Archiwum osieckie 1963-1981. Dokumenty awangardy”, red. R. Ziarkiewicz (w przygotowaniu)

[2] Fragment tekstu kuratorów (Edyta Wolska, Roman Lewandowski) opublikowany na stronie BGSW oraz Facebooka https://www.facebook.com/events/1590064481131544/