Zbyszek Taszycki tworzy "nienazwane"

Autor: Magazyn Sztuki Opublikowano:

Zbigniew Taszycki, "bez tytułu", litery usypane z soli za pomocą szablonu, MSW w Szczecinie, 2014, fot. Paweł Kula

Anna Sienkiewicz
Zbigniew Taszycki, „Kilaufafanuzinihatari”, Muzeum Sztuki Współczesnej, oddział Muzeum Narodowego w Szczecinie, 10.04 - 01.06.2014

Tytuł – pierwszy element, drogowskaz wyznaczający kierunek analizy dzieła. Co się jednak dzieje jeśli jesteśmy tego elementu pozbawiani, praca pozostaje „bezimienna”? Zbigniew Taszycki jest artystą, który pozbawia swoje dzieła imion, zaciera trop. Pozostawia widza wobec wykreowanej prze siebie przestrzeni bez tej podstawowej podpowiedzi. Wystawa Taszyckiego w Muzeum Narodowym w Szczecinie przewrotnie została naznaczona tytułem. Widz jednak pozostaje bezbronny wobec – KILAUFAFANUZINIHITARI. Cóż, jedynie kurator i artysta potrafią bez zająknięcia wypowiedzieć to słowo. Zabieg ten podkreśla podejście artysty do wszelkich definicji w tym definiowania własnych dzieł. Wprowadzanie nazewnictwa uważa za „zanieczyszczenie klarowności”. Dlatego też po przekroczeniu progu galerii odbiorcy zastaną dzieła pozbawione tej „instrukcji obsługi”.

W tej ekspozycji jak i w wielu działaniach Taszyckiego – materią poddaną twórczej ingerencji staje się przestrzeń. To ona gra tu główna rolę, pojedyncze prace są jej podkreśleniem. Ona wyznacza kierunek twórczych poszukiwań. Istotnym stwierdzeniem staje się słowo „pomiędzy”- Taszycki w swoich realizacjach właśnie ”pomiędzy” wyznacza miejsce dla widza. Widz ma stać się elementem stworzonej przez artystę sytuacji. Znaleźć się w miejscu pomiędzy przestrzenią istniejącą, a tą wykreowaną. Interpretacja twórczości Taszyckiego jest więc procesem przekraczania granic, spojrzeniem na to co dzieje się w owym punkcie „pomiędzy”.

Przestrzeń muzeum czy galerii staję się najczęściej ramą czy tłem dla zaprezentowanych dzieł – mogłyby one z powodzeniem istnieć na innej powierzchni. Problem ramy naprowadza na teorię Jacquea Derridy dotyczącą Parergonu. Derrida pisał iż: „ (…) niezmienny wymóg – odróżnienia znaczenia wewnętrznego czy właściwego od sytuacji danego przedmiotu – organizuje każdy filozoficzny dyskurs o sztuce, znaczeniu sztuki i znaczeniu w ogóle (…) Zakłada też z góry dyskurs o granicy między wnętrzem przedmiotu sztuki a tym, co wobec niego zewnętrzne, w tym wypadku dyskurs o ramie.”[1], a także: „Zamykanie w jakichś ramach można uważać za sztuczny zabieg interpretacyjny polegający na ograniczaniu przedmiotu przez wyznaczanie mu granic.”[2]

W swej twórczości Taszycki wyzbywa się ram i granic. Rozlewa swoje dzieło na całą powierzchnię, łączy się to z jego podejściem do określenia – abstrakcyjny. Jego sztuka nie jest sztuką przedstawiającą, jednak abstrakcyjność nie polega jedynie na jej formie. Istotnym staje się już sama myśl, odczucie, impuls abstrakcyjny – niekreślona więź neuronalna zinterpretowana przez nasz umysł, odczyta i zobaczona. Ów tajemniczy początek tworzenia przekuty na formę ingerencji w przestrzeń.


Zbigniew Taszycki, obraz na podłodze, sól, stal, szablon, MSW w Szczecinie, 2014, fot. Paweł Kula

 


Zbigniew Taszycki, rysunek węglem na ścianie, MSW w Szczecinie, 2014, fot. Paweł Kula

 


Zbigniew Taszycki, wykładzina, puder dla dzieci, MSW w Szczecinie, 2014, fot. Paweł Kula

 

Podejście Taszyckiego do przestrzeni łączy się na pewno z faktem, iż studiował on architekturę wnętrz, można się tu dopatrywać źródeł atencji z jaką przekuwa ją na swoje realizacje. Uporządkowany warsztat architekta dostrzec można w elementach alfabetu wizualnego, którymi posługuje się artysta, niezmiennie istotną rolę w kreowaniu artystycznych form pełnią: kolor, światło oraz kompozycja. Stanowią one główne źródło bodźców, jednocześnie decydując o minimalistycznym wyrazie danego dzieła. Używając podstawowego języka artysta musi poświęcić wiele czasu na dostosowanie tych skromnych środków do konkretnego miejsca – nie może być żadnego niepotrzebnego elementu, fałszywej nuty.

Jedna z realizacji pokazanych na wystawie w Szczecinie złożona jest z prostych elementów: białej wykładziny i świetlówek. Pojawienie się widzów ożywia tę efemeryczną, zadziwiającą przestrzeń - uczucie stąpania po miękkiej podłodze – tak różni się od tego do czego przyzwyczajają galeryjne sale. Zmysły muszą przekonać umysł, który zaskoczony początkowo nie odnajduje się w tej sytuacji. Każda kolejna osoba zostawia dodatkowo ślad swojej obecności. Stopniowo, wykładzina staje się coraz ciemniejsza (brudniejsza). Można to potraktować jako symboliczne przedstawienie zagęszczającej się mapy myśli wokół dzieł Taszyckiego, każdy widz to kolejna interpretacja. To czego widz doświadcza nie jest ograniczone żadnym literacki dyskursem, nasuwa się jednak pytanie czy każdy odbiorca czuje się w takiej sytuacji komfortowo? Ewentualny dyskomfort potraktować można jak pierwsze próby nauki czytania. Proste „litery” użyte przez artystę dopiero po pewnym czasie zaczną się układać w słowa. Słowa abstrakcyjne, które przemawiać będą do widza przefiltrowane przez jego własną wrażliwość.


Zbigniew Taszycki, wykładzina, farba fluorescencyjna, neonówki, MSW w Szczecinie,
2014, fot. Paweł Kula

 

Taszycki wystawia zmysły i umysł widza wystawia na wiele prób, zmusza do poddania się nowym doświadczeniom. Już sam tytuł wystawy wymaga indywidualnego podejścia
i interpretacji. Słowa czy też litery, które pojawiły się na wystawie, wyzbyte zostały swej pierwotnej roli, nazywania rzeczy, bezpośredniego znanego nam przekazywania informacji. Obraz skonstruowany z czarnych blach i usypanych na nich liter z soli nie daje się odczytać, przynajmniej nie tak jak jesteśmy do tego przyzwyczajeni. Litery stanowią ornament, delikatny podatny na zniszczenie. Ograniczają także poruszanie się po galerii – zajmują bowiem sporo przestrzeni holu. Zmuszają do wyznaczania nowych ścieżek przemieszczania się po galerii.

Nowe doznania przestrzenne konotują też obrazy zawieszone w formie swoistego labiryntu. Pozwalają na wejście „w głąb” obejrzenia płótna z każdej strony. Nie wiszą one płasko na ścianie - są dostępne w całej swej materialnej postaci. Żeby dotrzeć do kolejnych obrazów można się pochylać, skręcać, wirować wśród pozostałych zwiedzających. Obecna w tej pracy jest kategoria ambiwalencji, która znosi dychotomie, a przynajmniej pozwala im współistnieć. W tym miejscu znów warto przywołać myśl Derridy, w której ambiwalencja była określona jako lek przeciw totalizacji.[3] Totalizacji, czyli poddawaniu się jednemu kluczowi interpretacyjnemu. Naruszając uporządkowaną strukturę galeryjnych ścian do jakiej widz jest przyzwyczajony artysta pozbawia go bezpiecznej pozycji. Stwarza możliwość nowego doświadczenia.

Sztuka Taszyckiego jest trudna do opisania, wymaga aktywności odbiorczej, trudno jest ją zamknąć w słowach. Gdzieś pomiędzy nimi można uchwycić cząstkę jego idei. Jednak bezimienna przestrzeń potrzebuje widza – aby on nadał jej swoją obecnością konkretne na ten moment odbioru imię.


Zbigniew Taszycki, obrazy, neonówki, przestrzeń, MSW w Szczecinie, 2014, fot. Paweł Kula

 


[1] J. Derrida, Prawda w malarstwie, Wydawnictwo słowo/obraz/terytoria, Gdańsk 2003, s. 93.

[2] Ibidem, s. 71.

[3] Za: A. Markowska, Czytanie Derridy oglądanie obrazów a pożytki z historii, [w:] Ł Kiepuszewski (red.) Historia sztuki po Derridzie, Wydawnictwo Naukowe UAM, Poznań 2006, s. 240.